sobota, 29 stycznia, 2022
Strona główna Sprzęt KULKĄ I PATYKIEM W LESZCZA

KULKĄ I PATYKIEM W LESZCZA

Uwielbiam wracać do jezior, niedostępnych oczek i rzeczek Suwalszczyzny. Przeżyłem tam wiele wspaniałych przygód, nie tylko wędkarskich. Celem moich wypraw były jeziora na skraju Puszczy Augustowskiej. Niektóre są duże, a więc i kapryśne. Silne wiatry spychajĄ łodzie dobrze zakotwIczone, ryby zaszywają się w zakamarkach i nie chcą żerować. Jak to na dużej wodzie. Ale tam właśnie z 12-metrowej głębi wyciągam leszcze. Płocie też niczego sobie.

Początki
Pierwsze dwa wypady w poszukiwaniu leszczy na głębokiej wodzie wypadły bardzo mizernie. Trafiłem prawdopodobnie na niezbyt dobre dno, zbyt muliste. Wyciągnięta kotwica była pełna czarnej, obrzydliwej mazi. Wielu twierdzi, że to jest właśnie najlepsze miejsce, ja jednak wolę łowić leszcze na podłożu nieco bardziej piaszczystym.

Właściwe miejsce
Znalazłem w końcu 12-metrową głębię w pięknej, otoczonej puszczą zatoczce. Precyzyjnie oznaczyłem to miejsce wymyśloną przez siebie bojką. Z twardego styropianu wyrzeźbiłem kulkę i pomalowałem ją na zielono, żeby nie zwracała uwagi innych osób. Wygląda jak nierozwinięty jeszcze kwiat grzybienia białego. Łodygę zrobiłem z zielonej, plastykowej rurki. Jeden koniec mocnej żyłki doczepiłem do rurki, na drugim przywiązałem ciężarek i opuściłem go na dno. Takie proste stałe oznakowanie okazało się bardzo skuteczne. Przez cały wędkarski urlop sztuczna pływająca roślinka znakomicie wyznaczało łowisko. Trafiałem tam bez problemu. Piszę o tym dlatego, że łowić codziennie w tym samym miejscu na dużym jeziorze bez oznakowania jest prawie niemożliwe.

Proste najlepsze
Moja drewniana łódź stała na ośmiu metrach, a łowiłem aż na dwunastu. Widać więc, że znalazłem stok – miejsce niemal wymarzone na leszcza. Wszystko oczywiście zaczęło się od ziemniaków, które kupiłem u chłopa. Gdy poprosiłem go o kartofle stare, z ubiegłego roku, natychmiast powiedział: – Widzę, że wybierasz się pan na grubego leszcza! – Ziemniaki, umyte
i ugotowane w mundurkach, pokroiłem w dość grubą kostkę. Ugniotłem wraz z makaronem (kolanka) dwadzieścia kul. Połowę wrzuciłem w łowisko późnym wieczorem, drugą połowę drugiego dnia rano nim zacząłem łowić.

Superspławik
Gdy świtało, moje specjalne spławiki na leszcza, własnej produkcji (nikt na takie nie łowi!), stały jak zaczarowane. To był wspaniały ranek – najmniejszego wiatru, ciepło i pochmurno, słońce wychodziło tylko od czasu do czasu. Taka pogoda na wielkim jeziorze to marzenie, zdarza się bardzo rzadko. No i się zaczęło – leszcze tak się moimi ziemniakami objadały, że aż bąble leciały. Chociaż działo się to na głębokości 12 metrów, wszystko było widać jak na dłoni. Wystarczyło w te bąbelki delikatnie wprowadzić przynętę. Każde branie to lekki podskok spławika i wyłożenie. Cóż za widok! Nie wolno się spieszyć, ale reagować trzeba zdecydowanie. Zacięcie dużej ryby na takiej głębokości musi być mocne, ale hol spokojny i bez plusku.

Jakie kolanko, taka ryba
Im większy makaron na haku, tym większa ryba. Haki miałem tak duże, że zakładałem na nie po dwa kolanka. Leszcze brały natychmiast, gdy tylko przynęta opadła. Widocznie lekko poruszający się makaron był bardziej atrakcyjny od tego, który moczył się zbyt długo. Gdy bowiem nie brały, poruszałem przynętą i to wystarczało. To był mój rekordowy połów. Wśród dziesiątki złowionych leszczy aż siedem przekraczało wagę czterech kilogramów. Dawny limit dzienny (już nie obowiązuje) skończył się około godziny dziewiątej, a one brały dalej.

Jerzy Łętowski

Poprzedni artykułMAJ NAD BIEBRZĄ
Następny artykułKRÓTKA NIMFA I PSTRĄGI

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments