wtorek, 28 czerwca, 2022
Strona główna Bez kategorii SANDACZOWA MELIORACJA

SANDACZOWA MELIORACJA

Najwięcej sandaczy łowię latem. Dzień długi, ryby dobrze żerują właściwie o każdej porze i – o dziwo – nad wodą nie ma tak wielu wędkarzy, jak w rzekomym sezonie sandaczowym,
czyli w czerwcu oraz jesienią.

Sandacze są najpewniejszą zdobyczą w dużych zbiornikach, takich jak Turawa i Mietków, gdzie najczęściej wędkuję. Stado jest liczne, a w grupie te drapieżniki są bardziej agresywne niż w pojedynkę i nawet przy beznadziejnym żerowaniu udaje się któregoś sprowokować do ataku. Na rozległym łowisku mam w czym wybierać. Jednego dnia mogę odwiedzić miejsca o zupełnie odmiennych właściwościach. Nie bierze na południu, płynę na zachodni brzeg; w jednym rejonie woda jest cieplejsza, w innym chłodniejsza. Mały zbiornik to jak słoik, wszystko jest jednolite, temperatura wszędzie taka sama. Są okresy wspaniałych brań, ale bywa też, że przez długie tygodnie nie można złowić żadnego sandacza.

Od czerwca do jesieni

W czerwcu sandacze spotykam w całym zbiorniku. W większości są jeszcze na tarliskach – dwumetrowych płyciznach o twardym dnie lub w pobliskich karczach. Po tarle jakiś czas żerują w płytkiej, cieplejszej wodzie, bo tam gromadzi się dużo drobnicy. Ale większość to nie znaczy, że wszystkie! Niektóre dość szybko spływają do kryjówek znajdujących się na głębokości od 4 do 5 metrów, najczęściej w pozostałościach po zatopionych lasach, czasem na czystych blatach lub w drobnych korzeniach. Poziom wody w zbiornikach często się waha, zwłaszcza wiosną. Kiedy spada, sandacze wędrują, zatrzymując się w zagłębieniach i nieckach. Jeżeli natomiast woda przybiera, wypływają na nowo zalane obszary. Jedynie przy stałym poziomie zostają w jednym rejonie przez dłuższy czas.

Najwięcej sandaczy łowię latem. Dzień długi, ryby dobrze żerują właściwie o każdej porze i – o dziwo – nad wodą nie ma tak wielu wędkarzy jak w rzekomym sezonie sandaczowym, czyli w czerwcu oraz jesienią. W wakacje wielu wędkarzy przestaje pływać, bo nie wierzą w dobre brania. To prawda, lipiec jest chimeryczny, ale i wtedy trafiają się dni fantastycznego żerowania. Sandacze nie lubią światła, na Turawie jednak często się zdarza, że podczas upalnej i bezwietrznej pogody warstwa glonów na powierzchni wody sięga 30 centymetrów. Tak gruby kożuch skutecznie ogranicza przenikanie światła i, jak sądzę, pod wodą jest ciemno jak w nocy. Podczas takich zakwitów sandacze nie stoją przy dnie, lecz pływają w pół wody – agresywne, jakby podenerwowane. Latem zdecydowanie najlepszym łowiskiem są blaty na środku zbiornika w pobliżu niewielkich wzniesień, a większość brań mam na przynętę unoszoną z dna. Środek dnia, słońce w zenicie, kark mokry – to najlepszy czas na letniego sandacza.

Latem sukces zależy od tego, czy się sandacze znalazło. Jesienią istotniejsza jest technika i kunszt wędkarza, bo najczęściej trzeba spiningować pomiędzy skupiskami większych korzeni oraz innych zawad. Te klasyczne stanowiska zna prawie każdy bywalec Turawy lub Mietkowa. Im dalej w jesień, tym czas żerowania tych drapieżników przesuwa się bliżej godzin południowych i popołudniowych. Bardzo dobre stają się zmierzchy, wtedy sandacze wychodzą na płytką wodę, aby przez godzinę lub dwie intensywnie żerować.

Kogutem gdzie się da

Sandacz nie jest rybą ciekawską, więc żeby zaatakował sztuczną przynętę, musi ją uznać za spłoszoną ofiarę, intruza lub rywala. Od kilku lat, gdzie to tylko możliwe, spininguję kogutem, bo jego agresywna praca najbardziej przemawia mi do wyobraźni. Idealnymi miejscami do łowienia tą przynętą są stoki starego koryta rzeki, blaty, górki, nasypy, kamienne lub żwirowe usypiska, zatopione drogi. Karcze również można obrzucać kogutem, ale trzeba być gotowym na stratę wielu przynęt albo na szamotanie się z zaczepem. Uwalniacze i odbijaki są skuteczne tylko wtedy, kiedy manipuluje się nimi w pionie. Trzeba więc za każdym razem napływać nad zawadę i wyciągać z niej kotwicę, a przy tym robi się hałas. Pozwalam sobie na to jedynie w okresach słabego żerowania, kiedy ryb szukam pływając od zaczepu do zaczepu. Przy dobrych braniach bez wahania rwę zahaczoną przynętę, żeby nie płoszyć namierzonych sandaczy. (O uwalniaczach, które działają również ze skosu, pisaliśmy w „Wędkarzu Polskim” nr 3/2000 – red.).

Gdy łowię na koguty, rzadko zdarza mi się stracić rybę podczas holu. Sandacze atakują je z furią i chwytają o wiele pewniej niż jakąkolwiek inną sztuczną przynętę. W 95% ataki następują podczas opadu. Kogutem wyciąga się sandacza z kryjówki, niejako zmusza się go do zaatakowania zdobyczy. Gumka natomiast jest skuteczna wtedy, kiedy się ją precyzyjnie poda sandaczowi pod pysk, przy czym jego reakcja to nie zawsze jest chęć pochwycenia ofiary, często chodzi o odgonienie rywala lub intruza. Melioracja, jak nazywamy spiningowanie kogutem, to ustawiczne bicie o dno, przewracanie kamieni, przesuwanie cegieł. I tak tej przynęty należy używać. Żmudna i ciężka to praca, nie każdy ją lubi, ale owoce są warte tego trudu. Kogut nie nadaje się do klasycznego prowadzenia, bo wtedy w ogóle nie pracuje, jego pióra się sklejają i idzie martwo.

Po zarzuceniu koguta wędkę trzymam pod kątem 45 stopni do lustra wody, gdy jest fala – trochę niżej. Czekam aż przynęta, swobodnie opadająca na naprężonej żyłce lub lince, dosięgnie dna. Gdy wyczuję stuknięcie, podrywam ją mocnym, 1,5-metrowych wymachem wędziska za głowę i równocześnie kręcę kołowrotkiem. Przy klasycznym przełożeniu 1 : 5 dwa obroty korbką wystarczają, aby wybrać luz powstały po powrocie kija do pozycji wyjściowej. Przynęta znów może opadać na naprężonej żyłce. To ideał, do którego rzecz jasna trzeba dążyć. Jednak przy wietrze, zwłaszcza bocznym lub silnym, żyłka nieznacznie wiotczeje. Należy to likwidować dodatkowymi obrotami kołowrotka, a nie wyższym uniesieniem kija, bo stracimy całkowicie kontakt z przynętą.

Każdy opad koguta kończy się uderzeniem o dno. Na płaskim blacie tor ruchu przynęty łatwo przewidzieć, ale na nierównościach każdy skok jest inny i kolejne poderwanie koguta może się skończyć długim opadem wzdłuż pionowej ściany stoku. Cały czas więc obserwuję linkę, bo sandacz, nawet gdy zaatakuje koguta zdecydowanie, może potem stanąć lub popłynąć w bok lub do góry, a wtedy na kiju go nie wyczujemy. Naprężony zestaw ułatwia zacięcie na czas, dlatego wbrew temu, co zalecają niektórzy „znawcy” tematu – nie wolno dopuszczać do zwiotczenia żyłki. Kogut nie jest też przypisany tylko do dna, szperam nim skutecznie również w toni. Wtedy kołowrotkiem kręcę szybciej: trzy – cztery obroty, krótki opad (na naprężonej żyłce!) i gwałtowne poderwanie do góry.

Gumy w zaczepach
Miękkich przynęt (oczywiście uzbrojonych w główki z antyzaczepem) używam tylko tam, gdzie sandacze trzeba dłubać, a więc w karczach, patykach, zatopionych drzewach, gruzowiskach, resztkach budynków. Im również staram się nadać nietypową, agresywną pracę. Jednostajne prowadzenie przynosi efekt jedynie w czasie bardzo dobrego żerowania, kiedy najskuteczniejsza jest tzw. włóczka, czyli wleczenie przynęty po dnie. We wszystkich innych przypadkach trzeba kombinować. Stosuję więc opad, mocne poderwania, przyspieszenia, niekiedy gumkę przytrzymuję parę sekund na dnie. Jeżeli czuję, że żyłkę przerzuciłem przez gałąź zatopionego krzaka, kilkakrotnie podciągam i opuszczam przynętę, a dopiero potem zeskakuję. W taki sam sposób wspinam się po pozostałościach murów, płotów itp.

Kształt i rodzaj gumki, moim zdaniem, nie ma większego znaczenia. Stosuję duże i średnie kopyta, jankesy, największe twistery. Wiele sandaczy złowiłem na pierwsze „siekańce” Relaxa, czyli shady z podciętym ogonem. Jesienią, ze względu na duże prawdopodobieństwo ataków szczupaka, dość często rzucam ripperem Lunker City z nacięciem wzdłuż brzucha.

Każdy sandaczowiec ma swoje ulubione kolory i tylko na takie przynęty łowi. Poglądy na skuteczność poszczególnych barw są tak różne, że bardziej się liczy chyba wiara lub przyzwyczajenie aniżeli jakieś racjonalne przesłanki. Moje kolory: wiosną i latem to motor-oil, zielony brokat, seledyn i żółta perła, a od połowy sierpnia już tylko motor-oil.

Na początku sezonu stosuję duże przynęty (mówię tu o Turawie, Mietkowie oraz Głębinowie, które znam dobrze, na innych „zaporówkach” może być inaczej). W czerwcu jest to minimum największe kopyto. Latem w wodzie pojawia się narybek i sandacze chętniej atakują małe przynęty, o długości 6 – 7 cm. Na początku września powracam do dużych rozmiarów i łowię nimi do końca sezonu, włącznie z zimą, gdy nie ma lodu. Używam ciężkich główek, bo pozwalają wyczuć pracę przynęty i rozpoznać co jest na dnie: piasek, żwir czy grube kamienie. Dla mnie na łowisku o głębokości pięciu metrów i wiejącym wietrze 20-gramowa główka wcale nie jest przesadą. To ołów szuka sandaczy i je łowi. Jeżeli są w miarę aktywne, rzadko odmówią. A kiedy nie żerują? Odpowiednio ciężką główką można poszperać w uskokach dna, wpłynąć w dołek, obłowić koryto. Barierą są zaczepy, tam z ciężarem trzeba stonować.

Marek Puczyński
(not. wb)

Poprzedni artykułPROCHU NIE WYMYŚLIŁEM
Następny artykułPRZEŁOM Z SANDACZAMI

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments