czwartek, 30 czerwca, 2022
Strona główna Bez kategorii O KLENIACH NA SPINING

O KLENIACH NA SPINING

Rzucić takim zestawem nie można było daleko, ale i na to znalazłem sposób. Rzucałem, a później ręką wysnuwałem żyłkę z kołowrotka. O zaczepy się nie bałem, bo…

Koniec lutego rozpoczyna porę łowienia największych kleni. Trwa ona około miesiąca, a później powtarza się dopiero jesienią. We wrześniu i październiku można złowić sztuki ważące po kilka kilogramów.

Szukam prostych odcinków, na których są kamienne umocnienia. Rzucam woblerem jak najdalej w środek rzeki i wypuszczam żyłkę na jakieś siedemdziesiąt metrów. Zapinam kabłąk i szybko kręcę korbką, by wobler zszedł jak najgłębiej. Przestaję kręcić zanim jeszcze żyłka pomiędzy woblerem i szczytówką się wyprostuje. Odtąd kręcę już bardzo wolno, przesadnie wolno, i czekam. Pierwsze uderzenia są wtedy, kiedy żyłka się prostuje.

Żeby złowić dużego klenia, trzeba dobrze znać łowisko. Kiedy woda w Odrze jest niska, szukam przy prostkach wyrw w brzegu i jam wypłukanych w dnie. Później się staram, żeby właśnie w tych miejscach znajdował się wobler w chwili, gdy żyłka się prostuje.

Klenie łowię wyłącznie na woblery i to własnej roboty. Robię je w wielkościach od trzech do siedmiu centymetrów i w różnych kolorach. Wszystkie są pływające i mają drobną żywą akcję.

Dariusz Danielewicz
Głogów


Klenie nauczyłem się łowić na Nysie Kłodzkiej. Można powiedzieć, że miałem łatwe zadanie, bo dwadzieścia lat temu rzeka była nimi wybrukowana. Małe klenie łowiło się dosyć łatwo, ale duże, powyżej kilograma, trzymały się blisko zaczepów.

Początkowo rwałem niewiarygodne ilości obrotówek. Nie było innego wyjścia. Blachę trzeba było prowadzić bardzo wolno. Rzucałem w głębokie miejsce w poprzek nurtu i początkowo prowadziłem ją jak najgłębiej. W miarę, jak dochodziła do płycizny, ruchem szczytówki podnosiłem ją do powierzchni. W tym momencie były brania. Ale właśnie w takich miejscach jest najwięcej patyków, na których zostawiałem obrotówki.

Najwięcej kleni łowiłem podciągając obrotówkę pod prąd. Po kilku latach doszedłem do wniosku, że najlepszy jest long jedynka z przypłaszczonym skrzydełkiem, żeby dawał duże bicie. Później zacząłem zakładać kotwiczki z cienkiego drutu. Osłabiałem je jeszcze bardziej, odginając obcążkami kilkakrotnie łuk kolankowy. Łowiłem też nieproporcjonalnie grubą żyłką. Do takiej małej obrotówki zakładałem nawet trzydziestkę.

Rzucić takim zestawem nie można było daleko, ale i na to znalazłem sposób. Rzucałem, a później ręką wysnuwałem żyłkę z kołowrotka. O zaczepy się nie bałem, bo z każdego mogłem blaszkę wyciągnąć, a ta, powoli tonąc na grubej żyłce, dawała się znieść prądowi w różne ciekawe miejsca. Tym sposobem złowiłem dużo ładnych kleni, choć wiele też po krótkiej walce odpływało. Łowiłem tylko te, które zaatakowały obrotówkę, kiedy była jeszcze w zaczepie. Jeśli, rzecz jasna, pozostawał po nim chociaż  jeden nie odgięty grot.

Wiesław Dębicki


Klenie są czasem w miejscach, w których się ich nikt nie spodziewa. Najczęściej łowię je na prostych odcinkach. Faszyna, narzuty kamienne lub wybetonowane brzegi też mogą być dobre, pod warunkiem że są tam odbicia prądu lub inne zawirowania przy powierzchni. Tuż za nimi stoją klenie i czekają na jedzenie.

Na klenie można używać wyjątkowo dużo przynęt. Zaatakują sandaczowego woblera grzebiącego po dnie i malutką wahadłówką chlapiącą po powierzchni. Najchętniej stosuję, i to przez cały rok, małe aglie z czerwonymi kropkami na paletce lub bez dekoracji, ale z czarno-czerwonym chwościkiem. Przystrzygam go trochę, żeby woda nie wynosiła błystki do powierzchni. Używam też pięciocentymetrowych twisterów z ozdobnymi główkami i małych woblerów w pastelowych kolorach, które muszą mieć na sobie trochę koloru brudnej zieleni.

Klenie mają dwie słabości. Pierwsza to taka, że nie atakują szybko płynącej przynęty. Powiedziałbym nawet, że bardzo lubią przynętę stojącą w prądzie. Woblera lub obrotówkę można trzymać nawet minutę zanim zdecydują się na atak.

Druga słabość polega na tym, że spłoszone nie uciekają z łowiska tylko oddalają się od brzegu w kierunku nurtu. Czasami trzeba kilku godzin, żeby powróciły na dawne stanowiska, ale jeśli można rzucić przynętą na ich nową pozycję, są nadal do złowienia.Stanisław Jałocha
Kraków

Poprzedni artykułNIE SĄDŹMY PO POZORACH
Następny artykułSZCZUPAKI ZE ŚMIETNIKA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments