czwartek, 27 stycznia, 2022
Strona główna Bez kategorii ZWYKLE ŁOWIĘ RANO I WIECZOREM

ZWYKLE ŁOWIĘ RANO I WIECZOREM

Ostatnie trzy sezony jesienne  poświęciłem głównie szczupakowi, spiningowi i gliniankom. Wiedziałem, że w niektórych znanych mi wyrobiskach łowiono nawet dwucyfrowe drapieżniki. Od początku założyłem sobie, że interesują mnie tylko szczupaki średnie i duże (od 60 cm). Niestety, metrowego jeszcze nie udało mi się złowić, wyciągnąłem jednak trochę sztuk 2-, 3- i 4-kilowych. I chociaż wędkarzem jestem raczej zapalonym niż dobrym, to przecież myślę, wyciągam wnioski i w rezultacie popełniam mniej błędów.

Najlepsze rezultaty osiągałem od pierwszego wyraźnego ochłodzenia wczesnojesiennego aż do okresu, kiedy przez kilka nocy z rzędu notowane były niskie temperatury ujemne. Przekonany jestem do łowienia szczupaków przy ustabilizowanej pogodzie, bo udane łowy mam najczęściej wtedy, gdy przez co najmniej trzy dni nie przechodził żaden front atmosferyczny. Najintensywniejsze żerowanie szczupaka obserwowałem po długim okresie stabilizacji na krótko przed zmianą pogody.

Zwykle łowię rano i wieczorem, najchętniej w dni bez jaskrawego słońca, z umiarkowanym lub dość silnym wiatrem stałym (nie zmienia się co chwilę jego kierunek i siła). Zawsze lepiej jest prowadzić przynętę w wodzie słabo prześwietlonej, sfalowanej.

Stwierdziłem, że czynnikiem decydującym o złowieniu szczupaka jest rozmieszczenie i zachowanie drobnicy, zwykle w gliniankach bardzo licznej. Gdy wszędzie pełno oczkujących małych rybek, niewielkie są szanse, że szczupak wybierze sztuczną przynętę. I odwrotnie, gdy drobnica jest pochowana lub zbita w stada, łatwiej o sukces.

Drapieżników szukam zarówno w kryjówkach, jak i na żerowiskach. Przekonałem się, że przyzwoity szczupak ma kilka czatowni i kryjówek na obszarze tym większym, im sam jest większy. Aby odkryć te rejony, trzeba dużo łowić, obserwować wodę, a także wysłuchiwać wiarygodnych opowieści kolegów o ich kontaktach z rybami. Co roku kilka sierpniowych świtów poświęcam na spacer wzdłuż brzegów i obserwację wody.

Większość moich ładniejszych szczupaków złowiłem po wcześniejszym namierzeniu ich stanowisk. Owe stanowiska z trudem dawało się odkryć z brzegu, bo niczym szczególnym się z tej perspektywy nie wyróżniały. Nie były to tzw. miejsca bankowe, dzięki czemu zamieszkujące je szczupaki mogły spokojnie dorastać. Brania najczęściej miałem w okolicy podwodnych górek, grzbietów i uskoków. Dlatego szczególnie dokładnie obławiam wszystkie namierzone zagłębienia i rynny wcinające się w niegłębokie zatoki. Większość szczupaczych stanowisk znajdowała się blisko zarośniętych płycizn, od kilku do mniej więcej 20 m od ich krawędzi.

Kiedy nabierałem pewności, że w jakimś rejonie mieszka wart zachodu szczupak, pozostawało najtrudniejsze: dobrać odpowiednią przynętę i tak ją poprowadzić, by sprowokowała drapieżnika do ataku.   Przekonałem się, że bezmyślne i długotrwałe biczowanie wody w rejonie domniemanej kryjówki mija się z celem. Staram się raczej spenetrować gorący rejon kilkoma rzutami z różnych stanowisk brzegowych. Naprowadzając przynętę z różnych kierunków, za każdym razem pod innym kątem w stosunku do linii brzegowej, uzyskuję maksymalny efekt prowokacji.

Przez ten czas wypracowałem sobie klucz do doboru przynęt. Zawsze używam go na początku łowienia. Miejsca płytkie (do 1,5 m), zarośnięte i pełne zaczepów obławiam zwykle woblerem pływającym (najwięcej brań miałem na 10-centymetrową imitację okonia). Stanowiska do 3 m głębokości przeszukuję perłowymi ripperami z czarnym grzbietem, perłowymi i szaro-zielono-brązowymi twisterami oraz obrotówkami nr 2, 3, 4 (najłowniejsze są blachy pracujące szeroko, dające się wolno prowadzić – stawiające wodzie duży opór). Na większych głębokościach dokładam do kotwiczek dociążenie, a arsenał przynęt wzbogacam o duże białe twistery i rippery oraz błystki wahadłowe.

Przynęty staram się prowadzić pół metra nad dnem możliwie wolno, bez nagłych przyspieszeń i zahamowań. Gdy nie mam brań, a łowię jigami, zaczynam prowadzić je skokami. Rozpoczynam od skoków parocentymetrowych, a kończę na dłuższych, penetrujących duży obszar nad dnem. O ile to możliwe staram się prowadzić przynęty równolegle do brzegu, ale najlepiej, kiedy wędrują one z płycizny na głębię.

Wspomniałem już, że według moich obserwacji przed zmianą pogody szczupak żeruje szczególnie intensywnie. Częściej się wtedy przemieszcza i atakuje skupiska małych rybek na pełnej wodzie, na szczytach górek bądź też na płyciznach. Czasami takie powtarzające się ataki udaje się zaobserwować.

Aktywnemu szczupakowi na żerowiskach najczęściej podsuwam perłowego rippera z brokatem o wielkości zbliżonej do rybek w atakowanym stadzie. Wtedy przynętę prowadzę w różnym tempie, niekoniecznie wolnym. Polowanie na aktywnego szczupaka, choć bardzo emocjonujące, rzadziej kończy się sukcesem, gdyż ryba pomiędzy jednym a drugim atakiem robi często kilkudziesięciominutowe przerwy, czasami atakuje tylko raz.

Pewnego wrześniowego ranka zeszłego roku, kiedy prowadziłem małego perłowego rippera po łagodnie opadającym stoku, zauważyłem 10 m od siebie uciekające płotki i tuż za nimi falkę tworzoną przez atakującego drapieżnika. Zrobiłem co tylko mogłem, aby wprowadzić w ten rejon mojego rippera. I udało się. Drapieżca, mający tak na oko 5 kilogramów, zrobił zwrot w kierunku szybko prowadzonej przynęty. Poczułem szarpnięcie i zaraz po nim całkowity luz. Zębaty przeciął gołą osiemnastkę.

Ta i kilka innych porażek z dużymi szczupakami nauczyły mnie, że z delikatnością sprzętu w niewielkich, pełnych zaczepów łowiskach nie można przesadzać. Potwierdzeniem tego jest zdarzenie sprzed dwóch lat.

Pewnego jesiennego wieczora oglądałem hol dużego szczupaka, który w końcu zerwał kilkanaście metrów żyłki. Następnego dnia kilkadziesiąt metrów od brzegu zobaczyłem duży pływak z zerwanej żywcówki. Obserwowałem go przez trzy dni. Wczesnym popołudniem był dość daleko od brzegu w miejscu, w którym rozległa płycizna kończyła się stokiem opadającym na 4 metry. Bardzo wolno krążył tam w promieniu 10 – 15 metrów. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, powoli (trwało to około pół godziny) przesuwał się w kierunku wypłycenia. Na pół godziny przed zachodem słońca zajmował niezwykle ufortyfikowaną pozycję: od strony brzegu gęste trzcinowisko, z boków trzcinowe wysepki, zaś od otwartej wody niewidoczne pale i kołki. Czwartego dnia od zerwania obserwacja się skończyła, gdyż spławik zniknął. Widać szczupak zdołał się go pozbyć.

Mam nadzieję, że w przyszłości nawiążę bezpośredni i emocjonujący kontakt z moim zębatym znajomym, jeśli tylko on tam jeszcze jest.

Jarosław Śmigielski

Poprzedni artykułBŁYSTKI I INNE SKUTECZNOŚCI
Następny artykułSZCZEŻUJE I SKÓJKI

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments