piątek, 28 stycznia, 2022

MAŁE WAHADEŁKO

Błystki wahadłowe to świetne przynęty, nic więc dziwnego, że są w ciągłym użyciu. Może nie są teraz tak popularne jak kilkadziesiąt lat temu, ale przez cały czas, kiedy królowały gumowe przynęty, doświadczeni spiningiści wahadełek z rąk nie wypuszczali.

Wahadłówkami różnych wielkości łowi się podobnie, więc jakiekolwiek podziały mogłyby się wydawać sztuczne, gdyby nie to, że są w tej grupie przynęty przeznaczone na konkretne ryby, a nawet łowiska. Najlepszym przykładem są karlinki i trzebiatówki. W wodzie zachowują się niemal identycznie. Kolebią się na boki, gdy prowadzi się je bardzo wolno, ale wystarczy lekkie przyspieszenie, by wpadały w obroty. Różnią się grubością blachy, z jakiej zostały wykonane. Karlinki, wykonane z grubej blachy, a tym samym ciężkie, nadają się do łowienia bez pomocnika. Trzebiatówki, lekkie jak papierek, muszą mieć ołowianego pilota, zaciskanego na żyłce około 70 cm przed blachą – inaczej nie można by ich było sprowadzić do dna.

Wahadłówki te nie powstały z czyjegoś widzi mi się. Potrzeba wynikła z różnego ukształtowania koryt rzek. Na Parsęcie karlinkę można wprowadzić w głębokie miejsca, zajmując odpowiednie stanowisko na brzegu. Meandry mają przecież to do siebie, że woda jeden brzeg podmyje i zrobi rynnę przy skarpie, a na drugim brzegu odłoży wypłukany z dna piasek. Regulując pochylenie kija i szybkość skręcania linki, wybierając miejsce, w którym prąd nie będzie zbyt mocno napierał na linkę, wprowadzimy blachę, tam gdzie chcemy. Mając do dyspozycji przynętę relatywnie małą do swojego ciężaru, damy sobie również radę w miejscach, gdzie w wodzie leżą poprzewracane drzewa. Wystarczy plasowanie rzutu, kontrola spływu, omijanie widocznych zaczepów.

Rega jest inna. Płynie w pradolinie, otoczona torfowymi łąkami. Poprzeczny przekrój rzeki dosłownie przypomina koryto. Niemal pionowe ściany brzegu, często głęboko podpłukane. Tutaj blachy nie można naprowadzać na wybrane miejsca. Najlepiej, żeby zarzucona pod drugi brzeg, kręciła się od razu, jak tylko dotknie powierzchni wody, i natychmiast poszła do dna. Stworzono więc lekką, mocno wykrępowaną wahadłówkę, z pilotem w postaci ołowianego ciężarka. Ołów plum, a za nim blacha, która z miejsca zaczyna wirować.

Z nadbrzeżnych krzaków albo spod zwisających nad głową gałęzi trudno byłoby rzucać blachą pilotowaną ołowiem. Do Parsęty więc taki zestaw się nie nadaje. Ale nad Regą gołe łąki i można machać znad głowy.

To przykład, jak przynęty zostały dopasowane do konkretnych warunków terenowych i do poławianych ryb, troci i łososi. Dziś wędkarze stosują je z powodzeniem także w innych rzekach, nie tylko pomorskich, i nie tylko na salmonidy. To zrozumiałe, nie ma bowiem przynęty, na którą nie można w ogóle ryb połowić. Trzeba tylko znaleźć właściwe miejsce i odpowiednio ją podać.

Innym ciekawym przykładem są przynęty Heintz i Ghost. Tworzono je z myślą nie o konkretnym łowisku, a o specyficznym zachowaniu ryb. Łączy je podobna praca, oddziela zaś szmat czasu. Od wymyślenia jednej do powstania drugiej upłynęóło grubo ponad sto lat.

Tak oto o wahadłówce Heintz pisze w latach 30. XX w. Feliks Choynowski w książce “Wędkarstwo na wodach polskich”:
“Można bez najmniejszej przesady stwierdzić, że dla wędkarza, który zamierza uprawiać metodę rzutowo-obrotową, jest błystka Heintza pod każdym względem najodpowiedniejszą sztuczną przynętą spinningową. W praktyce mej miałem niejednokrotnie wypadki, że pstrągi, które tylko podchodziły do sztucznej muszki, atakowały momentalnie malutką błystkę, co więcej, brały ją nierzadko chętniej niż naturalną strzeblę na systemiku haczykowym.”

Rodowód tej przynęty sięga jeszcze wcześniejszych czasów, w których zawodowi rybacy, ciągnąc za czółnami po alpejskich jeziorach błyski uwiązane do sznurków, poławiali pstrągi jeziorowe. Heintz udoskonalił ich przynęty i dostosował do potrzeb wędkarzy. Już wówczas okazało się, że błyski są dobre nie tylko na pstrągi, także na inne drapieżne ryby.

Historia tej przynęty zaczęła się od pstrągów oraz badających je amerykańskich naukowców. Zauważyli oni mianowicie interesujące zachowanie ryb z porażonym błędnikiem. Do porażenia dochodzi u niektórych osobników, kiedy woda osiąga temperaturę czterech stopni Celsjusza. Ryby te pływały jak inne, zdrowe, ale od czasu do czasu robiły obrót dookoła osi ciała. Przebadano kilka tysięcy pstrągów i okazało się, że chore ryby obracają się po przepłynięciu około 1,8 metra. Od tej obserwacji praktyczny naród miał już tylko jeden kroczek do zastosowań. Naukowcy sprzedali producentom przynęt wiedzę, a ci w okamgnieniu wykonali przynętę, która naśladuje sposób poruszania się porażonych rybek. Nazwali ją Ghost.

Ghost nie przypomina żadnej z dotychczasowych przynęt spiningowych, może też i dlatego jest mało znany.

Można wręcz powiedzieć, że jak wiele innych przynęt popadł w zapomnienie. Nie wiadomo, czy tego żałować, ale watro wiedzieć, że identycznie pracuje Heintz, późniejsza francuska Eira i wiele im podobnych przynęt. Błystka płynie jak przecinak, co jakiś czas wykonując obrót. Zwykle tuż po nim następuje atak drapieżnika. Przynęty, jak widać, powstają w różnych okolicznościach, ale z jedną motywacją – mają być łowne. Nie sposób więc przy tej okazji nie wspomnieć o komercji, która nieraz prowadzi do ślepego zaułka. Wiele masowo produkowanych przynęt jest dobrych, jeżeli są zgodne ze swoimi pierwowzorami. To znaczy wtedy, gdy mają taką samą wielkość, wagę, kolor, uzbrojenie i tak dalej. Tymczasem wyłącznie ze względów komercyjnych, jak mówimy “pod klienta”, poszerza się ofertę i produkuje na przykład przynęty kształtem zgodne z pierwowzorem, ale innej wielkości, o innych ciężarach albo innej kolorystyce. Efekty bywają różne. Czasami utrafi się w nową dobrą wielkość, częściej jednak nie.

Pora już może kończyć ten przydługi wstęp do artykułu o wahadłówkach małych gabarytów. Nie mogłem go jednak pominąć. Podkreślam raz jeszcze: przynęty tworzono na konkretne ryby, warunki, nawet sytuacje. Jeżeli chcemy się dowiedzieć, w jakich warunkach będą się najlepiej spisywały, wypytajmy ludzi, którzy nimi łowią, ale też o ile to możliwe, poznajmy okoliczności ich powstania. Może to być cenna lekcja.

Jest taka malutka wahadłóweczka firmy Blue Fox o nazwie More-ungen. Ot do kupienia w blisterku bez “przewodnika”, gdzie i w jakich warunkach najlepiej zdaje egzamin. Waży cztery gramy, wykonana jest z bardzo grubej blachy i trzeba szybkości, żeby zaczęła pracować. W naszych wodach znajdzie się dla niej zastosowanie, bo nierzadko trzeba małym, migocącym cackiem dżigować na sporej głębokości. Ale ktoś ją wymyślił do czegoś innego. Na norweskie pstrągi żyjące w jeziorkach o bardzo przejrzystej wodzie. Żeby je złowić, trzeba przynętę zarzucić najdalej jak tylko można, prowadzić szybko i blisko powierzchni. More-ungen jest idealna do tego celu.

Innym przykładem ciekawej przynęty są rękodzieła znad Wisły, niczym się nie różniące od kawałka płaskownika, leżącego w żelaznym złomie. No, może tym, że jedna z blaszek jest z ołowiu. Pomyślane na bolenie, służą do szybkiego prowadzenia pod powierzchnią. Można je daleko zarzucić, a ołowianą blachę formować w palcach, jeśli chce się zmienić akcję. Łowi się tymi blaszkami również okonie i sandacze, kiedy te żerują na małych rybkach, które gromadzą się przed zimowaniem. Wielkością oraz szarym kolorem przynęty bardzo przypominają rybki przylepione do dennych namułów. Nic tylko dżigować, wypatrzywszy zgrupowanie małych rybek.

Zupełnie inną pracę z kawałka metalu wydobywa Stefan Przychoćko. To znany pomorski łowca ryb łososiowatych, również producent dobrych, cenionych przynęt. Robi wiele trociowych blach, w tym małą, ośmiogramową wahadłówkę, na którą padł już niejeden medalowy pstrąg potokowy i niejeden okazał łosoś. Zapytany, jak należy dobierać blachy do łowiska, odpowiada, że kierować się należy tym, by łowiący mógł wpuścić przynętę w miejsce, gdzie spodziewa się ryby. Zagadnięty zaś o to, jak powinna pracować, kładzie na płasko dłoń, obraca nią raz do góry, raz na dół, i mówi: czaru-maru. Później dodaje, że błystka prowadzona w toni powinna tak iść, by rybkę przypominała oraz że nieodzownym elementem łowienia wahadłówką jest doprowadzenie jej do takiego miejsca, w którym puszcza się ją w swobodny opad. Wtedy dopiero wahadłówka czaruje drapieżną rybę.

Unikalne wahadłówki robi Zbigniew Duda z Zamościa. Wiele z nich jest oryginalnych, bo okleja je rybią skórą, ale o tym, że są łowne decyduje w największej mierze ich kształt i z niego wynikająca akcja. Otóż wahadłówki Dudy, prowadzone w jednakowym, bardzo wolnym tempie, kolebią się. Jeżeli się troszeczkę przyspieszy ściąganie, obracają się dookoła osi w jedną stronę, by za chwilkę, gdy trochę zmienimy tempo i wrócimy do poprzedniego, zacząć się obracać w drugą stronę.

Zbigniew Duda robi wahadłówki różnej wielkości. Poza tym wahadłówki takiej samej wielkości robi z blachy różnej grubości. Dlatego łatwo je dobierać do łowiska oraz do sposobu łowienia. Można nimi wywołać słabą falę hydroakustyczną, kiedy się kolebią, lub silną, gdy wprowadzi się je w ruch obrotowy. Kiedy natomiast przynęta puści się w opad, delikatnej fali towarzyszą nieregularne błyski.
Wszystkie wahadłówki Dudy wykonywane są ręcznie, a następnie sprawdzane w łowisku i doginane, odginane na kowadełku. To żmudne zajęcie, ale decydując się na takie rękodzieło, mamy okazję zapytać, jak należy konkretną wahadłówkę prowadzić, albo zamówić przynętę na konkretną sytuację dla konkretnych ryb.

“Łowię klenie – opowiadał mi wędkarz znad Odry. – Lubię łowić nawet małe, bo ich brania są jak żadnej inne ryby, a łowieniu zawsze towarzyszy niepewność, czy w ogóle będą chciały brać. Klenie opatrzone są z woblerami, bo każdy nimi łowi. Znam Zbyszka. Poradził mi, bym spróbował je łowić na małe wahadłówki. Dał mi kilka zrobionych z grubej blachy, maluteńkich, trzycentymetrowych. Powiedział też, że mam je przywiązać do grubej żyłki, takiej w okolicach trzydziestki. Trochę mnie to zatkało, lecz wytłumaczył, czemu to ma służyć. Największe klenie łowiłem na napływach. Teraz też stanąłem przed główką. Rzuciłem w nurt i wahadłówka spłynęła na szczyt główki. Bałem się, że pójdzie w zaczepy, kiedy żyłka się wyprostowała jak struna. Ale nie poszła, bo utrzymywała ją nad kamieniami gruba żyłka. Klenie lubią przynęty, które płyną bardzo wolno. Tak mnie pouczał Zbyszek. Wahadłówka była nad kamieniami na przelewie. Kij trzymałem lekko uniesiony. W ogóle nie skręcałem żyłki. To wystarczyło, żebym z jednego miejsca złowił kilka ładnych kleni. Wcześniej, kiedy łowiłem woblerem, nigdy tego nie mogłem dokonać. Zrozumiałem, że to dzięki grubej żyłce. Bez obawy o jej zerwanie ciągnąłem klenia i już. Woblery miałem na cienkiej żyłce i bałem się, że przy siłowym ciągnięciu żyłka się urwie. Holowałem więc ostrożnie, a walczące ryby płoszyły inne ryby.

Dla wielu spiningistów błystka wahadłowa jest ostatnią deską ratunku. Jeżeli nie złowili żadnej ryby, mimo że stosowali różne przynęty, sięgają po wahadłówkę. A nuż się uda. To przykład bezmyślnego wykorzystywania wahadłówki. Tymczasem należałoby raczej pomyśleć, jak najlepiej dopasować przynętę do konkretnego miejsca. Dokładnie o takim łowieniu opowiada Andrzej Gliwa, którego w Polsce znamy jako producenta obrotówek Glan, tych z korpusem przypominającym odwłok owada. Wydawało by się, że kto jak kto, ale on właśnie nie ma powodu, by opowiadać o łowieniu pstrągów na wahadłówki, a jednak jest inaczej.

Spiningiście, który łowi pstrągi, potrzeba wielu przynęt. Nie po to, by którąś dopasować do dzisiejszych smaków ryby, lecz w tym celu, by dokładnie obłowić jakieś miejsce. W jednych miejsca najlepszy będzie wobler, w innych obrotówka, a jeszcze inne są jakby stworzone dla wahadłówki. Do takich miejsc należy przeciwny brzeg, i to bez względu na to, czy płytko tam, czy głęboko. Każda przynęta, którą się podaje tuż pod przeciwny brzeg, prowokuje ryby tylko na pewnym odcinku, najczęściej krótkim. Inaczej jest tylko z lekką, a nawet bardzo lekką wahadłówką.

Takich wahadłówek nigdzie nie można kupić, robię je więc sam. Wyklepuję im wgłębienia dosłownie na kolanie. Służy mi do tego kawałek grubej gumy, jak z wycieraczki, mały młoteczek i zaokrąglony klocek drewna. Wahadłówki robię ze skrzydełek obrotówek long 1. W niektórych wahadłówkach dokładam skrzydełko z longa 0, żeby błystka była troszeczkę cięższa, ale w zasadzie chodzi mi o kolor. Łącząc kolor mosiądzu ze srebrnym, mam ciekawe zestawienie kolorystyczne, które często bardziej prowokuje niż jednokolorowa przynęta.

O co w tym łowieniu chodzi i dlaczego stosuję tak lekkie wahadłówki, opowiem, opisując jak łowię. Jest to łowienie proste, chociaż wymaga dokładności i refleksu.

Rzucam jak najbliżej drugiego brzegu, dosłownie na centymetry. Staram się, by rzut był płaski, bo po parabolicznym locie na żyłce robi się balon, który później przeszkadza w zacięciu i je opóźnia. Po rzucie nie zapinam kabłąka, tylko blokuję żyłkę palcem, by schodziła w takim tempie, w jakim ja prąd wody zabierze. Cały czas obserwuję żyłkę. Przez kilka metrów wahadłówka idzie równolegle do brzegu. Powoli tonie, błyska, gdy woda nią rusza. Na tym etapie mam najwięcej brań, których nie wyczuwam, tylko je widzę po przyspieszonym ruchu żyłki. W pewnym miejscu blacha nie daje już rady i żyłka zaczyna ją zabierać na środek. Wtedy zamykam kabłąk, ale nadal nie skręcam. Czekam, aż żyłka się wyprostuje i na tyle naciągnie, że poczuję wahadłówkę na szczytówce. Trwa to dłuższą chwilę i dopiero zaczynam bardzo wolno nawijać żyłkę. Z tego ułożenia wahadłówki padają największe pstrągi.

Oryginalną metodę wykorzystywania malutkich wahadłówek miał, nieżyjący już … Wąsik z Lublina. Znam go jedynie z opowiadań wspólnych znajomych, więc co napiszę, jest tylko zasłyszane.

Ten ogromnej postury mężczyzna, który zauroczony był malutkimi i lekkimi przynętami, produkował je na sprzedaż (w redakcji uchowały oryginalnie zapakowane błyski, te ze zdjęcia mają już około dziesięciu lat). Cały czas coś w nich zmieniał, dopracowywał kształty, poszerzał asortyment wzorów. Uczestniczył w wielu zawodach, a także w koleżeńskich spotkaniach na łowisku. Jako jedyny z nas – wspominają jego znajomi i koledzy – przynosił wszystkie gatunki ryb. My mieliśmy okonie, bolenie, szczupaki, a on miał również płotki, krąpie, ukleje, sumiki karłowate, leszcze. Nie dlatego miał takie ryby, że się na te gatunki ustawiał. On miał taki sposób łowienia, że jak koło jego wahadłóweczki znalazła się jakaś ryba, to traktowała żelazo jak naturalny pokarm. Kiedy my rzucaliśmy i ściągaliśmy lub co najwyżej spuszczaliśmy wobler z prądem, on łowił od nas, można powiedzieć, odwrotnie. Siadał w takim miejscy na brzegu albo na główce, w którym miał przed sobą płynącą wodę. Zarzucał leciusieńką wahadłówkę, pozwalał jej spłynąć kilka metrów i zamykał kabłąk. Nigdy nie używał cienkich żyłek, najcieńszą stosował chyba dwudziestkę piątkę. Taka gruba żyłka nie pozwalała utonąć lekkiej blaszce, więc jak przestawał wypuszczać żyłkę, woda wynosiła blaszkę do powierzchni. Trzymał przynętę w jednym miejscu i tylko czasami delikatnie ruszył szczytówką, po czym znowu wypuszczał kilka metrów żyłki z kołowrotka. Jego wędkowanie cechowała cierpliwość. Wypuszczając po kilka metrów, prowadził wahadłówkę do stu metrów, a jak pozwalał zapas żyłki na szpuli, to jeszcze więcej. Płynąca woda robiła swoje. To ona ruszała lekką wahadłóweczką, a rola łowiącego sprowadzała się do takiego dobrania przynęty, żeby wielkością powierzchni pasowała do szybkości płynącej wody.

Marian Lewicki: Był upalny dzień, a znajomym obiecałem zupę rybną. Robię ją tylko z okoni, ale jak tu ich nałowić, kiedy jestem nad płytkim jeziorem, gdzie każde ziarenko piasku na dnie można policzyć. Mogłem też liczyć okonie, które widziałem w cieniu roślin. Próbowałem je nawet na robaka, ale brały takie małe, że robaka nie były w stanie połknąć. Po wyciągnięciu ich nad powierzchnię odpadały, jakby przyssawka zluzowała. Błysk rybki gniecionej w pysku przez okonia sprawił, że przypomniałem sobie o wahadłówkach Wąsika. Wygrzebałem jedną z nich, wąską, długą, leciutką. Doskonale imitowała malutką rybkę, najlepiej zaś, kiedy migotała, puszczona w opad na napiętej żyłce. Rzucałem nią w wolną przestrzeń pomiędzy zanurzonymi roślinami. Widziałem jak wiele razy wyskakiwały do niej okonie, ale złowiłem tylko jednego. Zamieniłem blaszkę na inną. Też Wąsika, ale szeroką. Nazwałem ją żabka, bo była do niej podobna. Na nią złowiłem kilkanaście okoni. Jak się okazało, nie tyle wygląd, ile czas opadania odgrywał główną rolę. Żabka opadała o wiele wolniej, ataki okoni były więc pewniejsze. To emocjonujące spiningowanie, kiedy zacina się rybę, gdy tylko przynęta znika z pola widzenia.

Wszystkie wahadłówki wykorzystuje się do łowienia w opadzie. Niektóre są specjalnie w tym celu robione. Innym trzeba dodać dekorację do kotwiczek, żeby spowolnić opad, albo dowiązać żyłki grube jak postronki, by otrzymać coś, co amerykanie nazywają efektem spadochronowym. Są jednak wędkarzy – wyłącznie ci łowiący okonie na jeziorze – którzy wymyślają cudeńka. Często dlatego, że należą do ludzi skromnie żyjących, a w okolicznych sklepach co najwyżej Alga C 3, Gnom 2 lub Mors wisi na półce.

Poznałem kiedyś takiego wędkarza. Dał mi za pękatą garść gumek wahadłówkę zrobioną z jakiegoś kuchennego sztućca. On uważał, że zrobił wspaniały interes, ja jestem pewien, że zyskałem więcej od niego. Blaszka sama w sobie ciekawa, ale jego opowieść…

Był obserwatorem przyrodniczych zjawisk co się zowie. Dla niego bowiem ryba była jedzeniem. Nie miał czasu na zabawy, musiał być lepszy od czapli. Był zresztą. Czapla dziobie wodę za rybkami tylko na płytkim, on okonie wyciągał z miejsc, w których czapla by się utopiła.

  • Nie zawsze na tę blaszkę idą okonie – opowiadał. – Trzeba je obserwować. Jak pływają pod rybkami, to lepsza jest obrotówka, bo je drażni. Ale rybki nie zawsze pływają. Męczą się i one. Okonie też. Jak się rybki zmęczą, ustawiają się nad chabaziami(opowiadający miał na myśli roślinność wodną – przyp. red.), a w chabaziach zaszywają się okonie, też na spanie.

Wtedy dopiero moja blaszka jest dobra. Rzucam nią, tam gdzie są rybki. Dobrze, jak mocno plaśnie, chociaż lekka. Jak pacnie, to okonie zbudzi, a wtedy się przyglądają, co je obudziło. Różnie do niej idą. Czasami zaraz po chlapnięciu. Więcej ich łowię, jak trochę pociągnę, tyle żeby za zielsko wyszła, a wtedy niech tonie. Nie spieszę się. Nawet niech doleci do dna, bo okonie raz biją przy powierzchni, a znowu kiedy indziej przy dnie. Te przy dnie są największe. Miałem też tak, ze poplątałem żyłkę. Daleko już byłem od chabazi, prawie na piasku, ale dno jeszcze było ciemne. I wtedy okoń szarpnął. Nie myślałem, że tak daleko odpłynie od chabazi. A szarpnął tak, że żyłkę sam rozplątał. One cały czas patrzą na blaszkę i czekają dogodnego. Ten się doczekał.

Widzi pan, ja łowię blisko brzegu, bo daleko mi zarzucić, to nie za bardzo. Żyła skręcona i gruba. A tam dalej jest drugi kożuch chabazi i jeszcze większe okonie. Może ma pan jakąś starą, cienką żyłkę? Jak dostanę, nikomu nie dam.

Wiesław Dębicki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments