sobota, 22 stycznia, 2022
Strona główna Historia BOLESŁAW ŚLASKI O RYBOŁOWACH

BOLESŁAW ŚLASKI O RYBOŁOWACH

Ciąg dalszy książki Bolesława Ślaskiego – “Rybołówstwo i Rybołówcy na Wiśle”.

Pomimo tego ujemnego obrazu rybołówstwa na Wiśle, skreślonego w dokumentach urzędowych, położenie materjalne rybaków zarówno w Warszawie, jak i poza Warszawą wcale jeszcze nie było liche, póki poławiały się w naszej Wiśle jesiotry; dopiero zupełnie niemal wyginięcie tych ryb od jakichś lat dwudziestu

(Przed 30 – 25 laty jesiotry poławiano bardzo obficie w okolicach Nieszawy i Płocka, przyczem cena ich w detalu nie przekraczała tam 1 złp., a w Warszawie 2 złp. za funt. 5 lat temu ukazały się one w znacznej ilości pod Puławami i pod Piotrowinem wprost Solca, ta bowiem część Wisły posiada aż ku Józefowu głębokie rafy, na których ryby rade się trą; wedle twierdzenia rybaków, jesiotry obierają sobie do tarcia „biały kamień”, inne zaś ryby trą się i na „czarnym kamieniu”. Pojedyncze jesiotry trafiają się niekiedy w czasie wielkich wód i w rzekach systematu Wisły: do niedawna nie były one wcale rzadkością w Narwi, a nawet przed paru laty ubito 6-pudowego jesiotra w dopływie Narwi Pissie, słynącej z obfitości węgorzy (p. czasop. „Ziemia” z r. 1914, str. 41)

i energiczne wyławianie innych gatunków bez żadnego oszczędzania zarybku w związku z rozwojem gospodarstw stawowych i ożywioną dowózką towaru z jezior sprowadziły rzetelną biedę na zawodowych rybaków wiślanych i mocno przerzedziły ich szeregi. Dziś i dopływy Wisły są w ogóle mało połowne, np. wielce rybna niegdyś Narew albo Zgłowiączka, która jeszcze przed 30 laty posiadała dostatek raków. Jak miś w ustach polskich łowców leśnych zyskał sobie miano „grubego zwierza”, tak znowu jesiotr jest prawdziwą „grubą rybą” dla naszych łowców wodnych, starsze pokolenie rybaków z lubością opowiada o tem, jak uczestniczyło niegdyś w „pławach” na jesiotry: były to istotne wyprawy rybackie, podobne do wypraw myśliwskich, skazujące uczestników na przebywanie zdala od domu, w zagrodach nadbrzeżnych lub nawet w skleconych naprędce chrominach, po kilka tygodni, gdyż jesiotry dróżyły gromadnie z morza od połowy kwietnia do czerwca. Ale podobne niewczasy „łowieckie” suto wynagradzał korzystny wynik rybitwy lub wysoki zarobek najemniczy. Przy połowie jesiotrów używano wielkiej sieci „drygi”, ze szpagatu plecionej; była to sieć potrójna, składała się mianowicie z gęstego „działa”, zwanego jadrem albo płótnem, i dwóch otulających je ścian o rzadkich okach, podobnie jak mamy w dzisiejszej „drygawicy”, z nitek dzianek, przyczem długość wspomnianej drygi dochodziła 200 sążni.

Ciągniono ją z dwóch łodzi: do mniejszej, przodem po rzece sunącej, siadywało dwóch rybaków, druga zaś większa niosła trzech, a mogła pomieścić 20 – 40; ludzie, „na pławach” zatrudnieni, zmieniali się co 12 godzin tak, iż w ciągu doby chodziły bez przerwy dwie „koleje” sieci. Kierował połowem „starszy”, który zajmował stanowisko w pośledniej łodzi albo, jak mawiano, „pracował na wygonie”: rozjeżdżał on drygę, t.j. zapuszczał ją stopniowo w wodę, biegnąc na owej „tęgiej” łodzi, i dawał hasła załodze mniejszego czółna, w której ręku spoczywał drugi koniec sieci. Takie zaciągi drygami na znacznej, bo kilkusetsążniowej, a starannie upatrzonej wprzódy przestrzeni, zwane „jesiotrowe pławy”, ściągały w jeden punkt nadbrzeżny do 200 „chłopa” i gromadziły prawdziwe flotyle rybackie, złożone z 40 statków. Do przechowywania czasowego złowionych jesiotrów na lądzie lub suchym piasku służyły „klatki”, t.j. wielkie skrzynie, z podłużek i żerdzi zbijane; później wiązano ryby postronkami, przez skrzele przewleczonymi, do wspomnianych wyżej „szryków” jazowych i zaraz ładowano na parowce, dążące ku Warszawie, która była głównym rynkiem zbytu jesiotrów. Przeciętna waga tych ryb, które dostarczały również znakomitego kawioru „wiślanego”, mogącego iść w porównanie z każdym innym gatunkiem, prócz sterletowego, wynosiła 300 funtów, a chociaż towar zawsze był pokupny, to jednak dostawiano go na sprzedaż w takiej ilości, iż „głowiznę”, cenioną według przytoczonej wyżej taksy w r. 1776 po 5 groszy funt, wprost odcinano i wrzucano do wody, niby nieużytek.

Ale takim masowym połowem jesiotrów, tworzącym naprawdę imponujący obraz myśliwski, parało się tylko starsze, wymierające pokolenie dzisiejszych rybaków powiślanych. Zaś z pośród młodszej generacji wielu całkiem ich nie widziało; zaledwie niektórym wybrańcom fortuny udawało się złowić gdzieś na głębiźnie tę potężną rybę zwykłą rozjezdną siecią, nieliczni również mogą się pochlubić spotkaniem oko w oko jesiotra – i co prawią dziwy o sile i zachowaniu się owego wiślanego potwora… Tak więc pewien rybak i zarazem wytyczny (Policjant wodny, którego obowiązkiem jest wytyczać tor wodny dla statków – dop. red.) z pod Góry Kalwarji opowiadał mi, że jesiotr, którego na fali zobaczył, bo go woda „przekantowywała”, zaatakowany mocował się z nim „kiej chłop” i targał łodzią, w której było jeszcze dwóch ludzi, w końcu adoli uległ, obezwładniony “sposobem”, a „farba” zeń obficie broczyła. Inny znowu bajarz zamiłowany w rybaczce przewoźnik z Saskiej Kępy, widział, jadąc łodzią z bratem, jak płynący Wisłą samotny jesiotr co i raz to wynurzał łeb nad wodę i „rozglądał się”, a gdy ci się doń podomknęli i chcieli go ująć przez zarzucenie żelaznego łańcucha dokoła twardych jego „sęczków”, to machnął „kiwą”, aż fala wzbiła się, niby fontanna, na kilka łokci w górę, i uszedł w oczach osłupiających rybaków, a łódka tylko się z nimi okręciła wartko dokoła. Dodać należy, iż był to jesiotr samiec, „mleczak”, który „bije”, który uderzeniem ogona łatwo może przetrącić nogę usiłującemu go obezwładnić rybakowi; samica bowiem, zwana również „ikrzakiem”, choć jest okazalsza, choć, jako „matka”, przywodzi stada mleczaków, płynąc na ich czele, nie „bije”. Dążąc w górę rzeki, jesiotr ukazuje się od czasu na powierzchni wód, czyli, jak mówią rybacy, „spławia się” i stąd niewątpliwie nasz lud żeglarski zowie jesiotrem spławek od kotwicy statkowej.

Drugi gatunek rosłych, a przedniego smaku ryb morskich, których w dorzeczu Wisły bywało ongi dostatkiem, łososie, są wprawdzie pospolitsze od jesiotrów, ale pojawiają się w niej, niestety, zbyt rzadko: dróżą one pod wodę, t. j. wędrują w górę rzeki i , dopływając aż do potoków górskich, tam składają ikrę. Ze szczególnej obfitości łososi słynęła Brda, to też Klonowicz, wymieniając ową rzekę wśród dopływów Wisły, które mija jego flis w drodze do Gdańska, pisze o niej:
Brda słodka, której gdy łosoś zakusi,
Łeptać ją musi.

Według świadectwa tegoż Klonowicza łososie wiślane, chwytane pod Sieciechowem, celowały smakiem nad wszelkie morskie.
Dorodne łososie, łapane na dopływach górnej Wisły na “oborę” (rodzaj jazu), mianuje tameczny lud „podrybkiem”, zaś drobniejszy ich gatunek, stale w morzu przebywający (Salmo degener, Trutta, nm. Meerforelle), zwą polscy rybacy nad Bałtykiem „mielnicą”. Pośledniejszym gatunkiem łososia jest „hakownik” albo, jak go jeszcze mieni przytoczona wyżej taksa z 1765 r., „kruk”; przedstawia się on częstokroć okazalej, aniżeli „prawy łosoś”, którego waga nie przekracza 30 funtów. Rybacy muszą sobie poczynać z tą rybą ostrożnie, bo wprawdzie nie gryzie ona, jak szczupak lub sum, ale „bije” na podobieństwo jesiotra, a oto fakt: chwycona w Popradzie ta królewska ryba, trzymana oburącz przez barczystego górala, wyrwała mu się i z taką siłą trzepnęła go ogonem w twarz, iż zwalił się jak długi do wody…

Przy połowie łososi nie używa się u nas żadnych sieci specjalnych: służą do tego celu pospolite dziś na Wiśle większe sieci rozjezdne, jako to: „drygawice”, „pławówki” lub nawet „siatki”, o których na właściwem miejscu powiemy słów kilka. Uzupełniając zaś wzmiankę naszą o tej rybie, jako rzadkim w ogóle na Wiśle zjawisku, zaznaczymy, iż trudno z góry przewidzieć, gdzie się ona ukaże: w jednym np. roku rybacy Puławscy złowili sporą ilość łososi, wówczas gdy Płoccy i Warszawscy darmo tej zdobyczy przez cały sezon wyglądali; zeszłego znowu roku warszawskim rybakom udało się „dostać” kilka sporych, z górą 20-funtowych okazów łososia, które sprzedawali po niebywałej, ale unormowanej do ogólnej drożyzny cenie – 2 ruble funt. I rzecz szczególna: utyskiwania na zanik łososi słyszeć się dają tak z ust naszych rybaków wiślanych, jak i tych, co, nad „Wielkiem morzem” siedząc, łowią je bądź niewodami i „ pławnicami”, bądź na wędy, zwane „takle”, przy użyciu, jako zanęty, śledzia. Z łososiowatych zasługują jeszcze na wzmiankę pstrągi („bzdręgi”), Salmo fario, które wprawdzie lubią nade wszystko klarowne wody rzek górskich i bliższego nas Prądnika, ale dostają się i rybakom powiślanym, zwłaszcza powyżej Puław.

Nie będziemy tu wyliczać wszelkich innych gatunków ryb, w Wiśle żyjących, przekraczałoby to bowiem ramy niniejszej drobnej pracy i byłoby powtarzaniem rzeczy, zkądinąd dobrze znanych. Nadmienimy wszakże, że tylko w dolnej Wiśle, której wody łączą się z wodami słonemi Baltyku, poławia się starnie i bątki, t.j. większe i mniejsze flądry (Pleuronectes) oraz parpory (Alosa finta), natomiast jedynie w wyżu Wisły trafiają się: oklejki (Alburnus delineatus), klepce (Abramis sapa), głowacze (Cottus poecilopus), i kiełbie niebozorki (Gobio uranoscopus). Z pospolitszych gatunków na naszej środkowej Wiśle godzi się wymienić: szczupaki, niegdyś znakomitej długości, karpie, leszcze, liny, karasie, okonie, ślizy, kiełbie, jazgarze, okleje, jazie, rapy, świnki itp. Do tych ryb, szczeżują opatrzonych, a zwanych przez rybaków „białemi”, dodać należy bezłuskowe albo inaczej „czarne”: węgorze (mające właściwie delikatną łuskę), sumy (dawne olbrzymy fauny wiślanej, dziś mocno skarlałe), miętusy i minogi, wreszcie raki. Rybacy wiedzą, jakie ryby są szczególnie cenione, a przytem i sami znają się na ich smaku: znakomitym, np., specjałem jest sandacz wiślany, który rzadko się jednak daje złowić i szybko śnie, doskonałe są również smażone na patelni certy, małe ryby morskie, wchodzące do rzek na tarło, z rybek jelców przyrządza się przepyszną galaretkę itp.

Najmniej poszukiwane są karłowate rybki, np. płoć, łowiona na wędki lub ręczne siatki przez różnych amatorów, albo olszówki, inaczej strzeble, zbywane już nie na wagę, lecz na miarę. Pod względem wielkości rybacy rozróżniają: „roślicę”, t.j. ryby najdorodniejsze, „średnicę”, czyli miernej wielkości i „drobnicę”, zwaną również „drobiem” lub „drobiuzgiem”.

Do połowu na naszej środkowej Wiśle, prócz wspomnianych już, a stanowiących dziś prawdziwy zabytek przeszłości dryg, używane są przez zawodowych rybaków jeszcze następujące większe sieci: „uwadów”, rybacy zaciagają niemi na znacznej przestrzeni, przyczem obierają sobie stanowisko na dwóch „wierzchach” albo „wierzchoł-kach”, z wody wyglądających. Ten sposób połowu zowie się „pławieniem siecią na wierzchołku”. Istnieją trzy odmiany wierzchówek: a) siatka, wspomniana już w ustawie cechu rybackiego m. Warszawy z r. 1532, składająca się z dwóch skrzydeł i posiadająca gęste oczka; długość jej dochodzi do 50 sążni (tzw. „poła”), a obsługuje ją co najmniej 3 ludzi; b) jelecznik, jest dwa razy dłuższy i szerszy, niż siatka, ma przytem oka o wielkości 1 cala w kwadrat, i c) pławowa albo stronna sieć, krócej pławówka, ma oka rzadkie („obrzednia”), 1,5 cala w kwadrat; ta odmiana wierzchówek bywa długa również na 100 sążni.

2). Kątówki, t.j. sieci z matnią, będące właściwie niewodami lub niewodkami; zapuszczone bywają na ‘cichych wodach”, mianowicie w kątach przybrzeżnych czyli zatokach, „zatoniach”, w odnogach rzek, zwanych „łachami”, przy wielkich tamach itp. 3). Drygawica, dziś bardzo na Wiśle używana. Składa się ona z trzech sieci, nałożonych jedna na drugą: dwóch zewnętrznych rzadszych, zwanych „podrygami”, i środkowej gęstszej („jadro” albo „płótno”). Ryba łatwo się przemknie przez rzadziznę, ale z jadra wywikłać się nie może i staje się łupem łowcy. Na jeziorach zowią tę sieć słępem (na Wigrach z litewska „gantą”) i zastawiają, na Wiśle zaś używają jako rozjezdnej, t.j. z łodzi rozciąganej, przyczem długość jej dochodzi tu zazwyczaj do 700 st. ang. Przy szerokości, czyli głębokości 20-25 st.

Do powyższych rodzajów sieci niezbędne są 2 czółna i obsługa, złożona z 2-6 ludzi. Rybacy, umieszczeni w pierwszej, mniejszej co do rozmiarów łodzi, trzymają jeden koniec sieci („lejt”), gdy drugim końcem („łodygą”) powoduje osada następnej łodzi; odpowiednio do tego, łodzie noszą nazwy: lejtak albo czółno zakładne i łodyga, przyczem kierownicy połowu zajmują stanowisko w tej drugiej. Czasami wystarcza jedna łódź: w takim razie część rybaków ciągnie sieć, idąc lądem lub brnąc wzdłuż brzegu, pozostali zaś rozkładają ją na wodzie, albo też, jak bywa niekiedy przy drygawicy, druga „popusta”, czyli linka uwiązana jest do beczułki (tzw. „kaczor), płynącej z prądem rzeki na podobieństwo łodzi. Czółna rybackie na Wiśle bywają różnej wielkości, a niekiedy nawet formy i budowy; są to najczęściej krypki – łodzie z tarcic zbijane, których boki, na wręgi osadzone, składają się z dwóch „poszyć” i wierzchniej „klamburty”, czyli „obszewki”, ale u niektórych rybaków wiejskich zachowały się jeszcze z dawnych czasów prawdziwe czółna tzw. dłubańce, z jednego pnia drążone, „opuchę”, czyli nadbitkę tarciczną u góry, a „próg” wewnątrz mające. Większym i doskonalszym okazem szkutki rybołówczej jest wspomniana wyżej łodyga: posiada ona krój wysmukły, ma przód i zad „podjezdne”, jednakowo do góry wzniesione, sama zaś jest „pojezdną”, sunąc po wodzie jak szczupak. Osobny rodzaj łodzi, u rybaków napotykanych, stanowią „baciki” i „ulanówki; są one nośniejsze od zwyczajnych krypek lub czołniaków, miewają ster, mogą być przytem opatrzone w razie potrzeby „szprysem” (maszcikiem).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments