czwartek, 30 czerwca, 2022
Strona główna Za granicą NAD GÓRNYM RENEM

NAD GÓRNYM RENEM

Od wielu lat wędkuję w Renie. Poznałem tu wielu wędkarzy, zarówno niemieckich jak i francuskich, gdyż Ren jest rzeką graniczną między tymi państwami, a przechodzenie na drugą stronę to od dawna żaden problem.

W Renie łowię koło miejscowości Breisach. To dobre łowisko, bo znajduje się blisko mostu i powyżej zapory, więc gromadzą się tutaj i ryby, i wędkarze. Żeby móc wędkować w Renie po stronie niemieckiej, należy zapłacić 5 euro za dzień lub 10 euro za tydzień. Pozwolenia kupuje się w sklepie wędkarskim. Ryb aż gęsto, a opłaty mniejsze niż na wielu łowiskach krajowych.

Ren, kiedyś bardzo zanieczyszczony, w ostatnich latach zmienił się nie do poznania. Woda jest czystsza, ale ryb łowi się mniej, bo o brania trudniej niż wówczas, kiedy była brudna. Czysta woda sprawiła, że kamienie nie obrastają śliskimi glonami. Swoje miejsce do życia znalazły na nich jakieś robaki, które są najlepszym, bo jedynym pokarmem dla niektórych ryb prądolubnych, na przykład dla brzan. Ryb jest nawet więcej, ale nie żerują jak kiedyś przez cały dzień. Gdy jest jasno, siedzą w zakamarkach, a kiedy się ściemnia, do domów zbierają się wędkarze. Jeszcze kilka lat temu w niedzielny poranek trudno było znaleźć wolne miejsce, dzisiaj wędkarzy jest niewielu. Trochę więcej jest ich po francuskiej stronie, ale zapewne dlatego, że tam nikt nie kontroluje pozwoleń.

Tutejsze ryby to przede wszystkim kleń, płoć, brzana, sandacz, sum i boleń. Przeważają, jak widać, ryby dające się łowić na przynęty roślinne lub zwierzęce, więc dominuje ciężka gruntówka. Tak samo łowią Francuzi i Niemcy, bo w bystrym nurcie i na kamienistym dnie pełnym zaczepów ta metoda jest najbardziej skuteczna. Tutejsze wędkowanie niczym się nie różni od tego, z jakim mam do czynienia w Polsce. Główne przynęty to groch, ser, kukurydza z puszki, biały robak i rosówka. Weźmie na nie brzana albo kleń, może także płoć, niekiedy trafiają się okazałe leszcze. Od czasu do czasu widać też spiningistów, ale są dla mnie dziwni. Większość z nich łowi dwudzielnymi woblerami w bardzo jaskrawych kolorach, jakby innych przynęt nie było.

Spotkałem się tu z ciekawym sposobem łowienia na żywca. Zestaw jest bardzo prosty: kilkumetrowy kij, gruba żyłka zakończona długim, cienkim, metalowym przyponem, do którego dowiązany jest spory haczyk. Ołowiana śrucina średniej wielkości zaciśnięta w miejscu łączenia żyłki z przyponem, a na haczyku żywiec. Jak widać, zestaw jest bez spławika. Żywca się zarzuca, potem on swobodnie spływa z nurtem rzeki. Jeżeli się gdzieś zaczepi, to łowca pozostawia go na dłuższą chwilę, potem delikatnie wyszarpuje i pozwala mu dalej spływać. Brania są bardzo widowiskowe, bo jak uderzy szczupak, to mocno wędką szarpie. Czasami na małego żywca bierze brzana.

Angel Verein Botzingen
Kilka razy w roku wędkuję w miejscowości Botzingen, bo mam tam kilku znajomych. Ten rejon Niemiec słynie z uprawy winorośli. Jest to główne zajęcie tutejszych mieszkańców, którzy na malowniczych, powulkanicznych wzgórzach mają wiele winnic. Tutejszy klub wędkarski liczy 18 członków. Dla orientacji podam, że w Botzingen żyje 5000 mieszkańców, całe Niemcy mają 80 mln ludności, a wędkarzy jest około miliona.

Od trzech lat szefem klubu wędkarskiego w Botzingen jest Klaus Gruen. Pełni tę funkcję społecznie, a klub finansuje się sam, żadnych dotacji nie dostaje. Każdy jego członek wpłaca rocznie 35 euro. Mają swój staw, który trzy razy w roku zarybiają pstrągami tęczowymi. Po wniesieniu odpowiedniej opłaty mogą w nim łowić również wędkarze spoza klubu. Każdy grosik jest wydawany bardzo rozsądnie. Dzięki temu klub mógł sobie pozwolić na dzierżawę czterech kilometrów przepływającej przez miasto rzeczki. Dbają o nią, wpuszczają, czyszczą brzegi, więc władze gminy zwolniły ich z opłat za dzierżawę.

Sporym zastrzykiem finansowym jest dla klubu festyn wędkarski organizowany w ostatni weekend wakacji. Przychodzą na niego setki mieszkańców. Wędkują dla zabawy, jedzą pysznie przyrządzone pstrągi ze stawu, popijają chłodne białe wino. Dwa dni zabawy, społecznie obsługiwanej przez członków klubu i ich rodziny, przynosi do wspólnej kasy kilka tysięcy euro.

Wędkarze są ogólnie znani ze swojej operatywności, tutejsi również. Postarali się o sponsorów, którzy dali im materiały budowlane. Sami w dwa lata postawili nad stawem „Dom wędkarza”. Teraz nad wodą, z wędką w ręce lub przy grillu, spędzają tam z rodzinami niemal każdą sobotę i niedzielę.

Są to już więc nie grosiki z corocznej składki, tylko spore pieniądze, przeznaczane na działalność, na przykład na zawody, na wspólne wyjazdy.

Mirosław Młostoń
Inowrocław

Kiedy się jest wśród wędkarzy innych narodowości, od razu porównuje się ich do nas samych. Między nami i Niemcami jest duża różnica w umiejętnościach. Łowimy lepiej i przemyślniej, ale Niemcy są lepszymi gospodarzami. Dowodzi tego także przykład Botzingen. Są też konsekwentni w przestrzeganiu prawa. Nie uważają, że uśmiercanie złowionej ryby to jakiś niewydarzony pomysł, którym nie warto się przejmować. Przetrzymywanie złowionych ryb w siatce to przecież zwykłe dręczenie zwierząt, a wypuszczanie ich to infekowanie wody chorymi osobnikami. Niemcy to rozumieją i nie łamią przepisów, chyba nie tylko dlatego, że grożą za to mandaty.

W Polsce niektórzy wędkarze głoszą teorie, dla mnie niezbyt mądre, że wypuszczanie złowionych ryb przyczynia się do większej rybności naszych wód. Zwolennikom takiego poglądu radzę pojechać do Niemiec. Niech zobaczą, ile ryb jest w tamtejszych wodach, a przecież po wyholowaniu każda idzie pod młotek. Więc nie w zabieraniu złowionych ryb problem, lecz w zarybianiu, na które u nas nigdy nie ma pieniędzy, a opłaty za wędkowanie są wyższe niż u Niemców.

Poprzedni artykułTRZEPOTANIE
Następny artykułOPOWIADANIE w Paradzie Rekordów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments