środa, 19 stycznia, 2022
Strona główna Spinning BOLENIE TUŻ PRZED ZIMĄ

BOLENIE TUŻ PRZED ZIMĄ

Bolenie jako myśliwi są najskuteczniejsze w bystrym nurcie. To widać po sposobie atakowania. Na płyciznach kamiennych główek, gdzie latem pływa niezliczona ilość drobnicy, uderzają raz, a skutecznie.

Kilkanaście lat startowałem w ogólnopolskich zawodach spiningowych. Poznałem ogromną ilość łowisk, w których pływały rozmaite ryby. Gdy podczas tych zawodów łowiło się w rzekach, to rybą dominującą w połowach długo był boleń. Nikt się nie zajmował okoniami, nie szukał szczupaków, wszyscy biegali za boleniem. Duża to ryba, więc dawała wiele punktów, a przy tym można ją było bardzo szybko złowić.

W wielu łowiskach tak jest do dzisiaj. Nie wszystkim jednak łowienie boleni wychodzi. Mało łowią ci, którzy uznali, że dobra przynęta wystarczy za wszystko inne i kto ją zdobędzie, sukces ma jak w banku. Podczas połowu boleni przynęty rzeczywiście odgrywają wielką rolę, trzeba jednak wiedzieć, jak nimi łowić i w jakich łowiskach ich używać.

Proponuję, żeby mój czytelnik, zapewne wędkarz, zaglądnął do pudeł-ka i przypomniał sobie historię niektórych przynęt. Daję sobie głowę uciąć, że będą tam takie, na które kiedyś łowił wiele, a później ryby przestały na nie brać. Na to składa się wiele przyczyn. Najpierw spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego kiedyś jakaś przynęta była łowna. Odpowiedź brzmi: Była łowna dlatego, że właśnie wtedy i właśnie w tym łowisku ona rybom odpowiadała, innym rybom w innym łowisku już nie. Prawdopodobnie w tych innych, nowych okolicznościach odzyskałaby swą łowność, gdybyśmy ją inaczej podawali. My tymczasem używaliśmy jej tak jak wówczas, kiedy bolenie biły w nią bez opamiętania.

W różnych porach roku bolenie zajmują odmienne stanowiska. To zrozumiałe, bo kieruje nimi chęć przeżycia. Ono też zależy od rozmaitych czynników. Można nawet ustalić ich hierarchię. Na pierwszym miejscu postawił-bym właściwości środowiska. W swoim akwenie boleń wybierze sobie taki rewir, gdzie woda będzie zawierać odpowiednią ilość potrzebnego mu tlenu. Na drugim miejscu stawiam dostępność pokarmu. Ilość tlenu w wodzie i dostępność pokarmu idą w parze. Dopiero na trzeciej pozycji widzę wolność od zagrożeń, takich na przykład jak ruch na brzegu lub atak innej drapieżnej ryby. Z tym ostatnim zagrożeniem boleń radzi sobie tak jak inne ryby. Wpływa tam, gdzie raczej nie powinien, chwyta rybki, bo głód jest silniejszy od rozsądku, i szybko zmyka do siebie.

Bolenie jako myśliwi są najskuteczniejsze w bystrym nurcie. To widać po sposobie atakowania. Na płyciznach kamiennych główek, gdzie latem pływa niezliczona ilość drobnicy, uderzają raz, a skutecznie. Kiedy polują tam, gdzie prąd wody jest spokojniejszy, na przykład przy piaszczystych wymiałach pomiędzy główkami lub przy urwanych brzegach, muszą to robić dwa, a nawet trzy razy. Gdy pierwszy atak nie wyjdzie, chwilę odczekują, a potem, wykorzystując swoją siłę i masę własnego ciała, ogłuszają lub zaganiają drobnicę i dopiero za trzecim podejściem udaje się im jakąś rybkę złapać. Kiedy polują bolenie, inne drapieżniki jakby pyski pozamykały. Albo w tym czasie nie żerują, albo bolenie biją tam, gdzie ich wrogów akurat nie ma.

Tak jest latem. Późną jesienią to się zmienia. Owszem, wtedy bolenie nadal lubią szybkie prądy wśród kamieni, gdzie jest sporo rybek, ale wpadają tam na krótko, żeby napełnić brzuchy. Ich miejscem stałego pobytu jest teraz spokojny nurt, czasami niemal stojąca woda. Przypominam, że mowa tu o późnej jesieni. Woda jest już zimna i nawet gdy ledwo płynie, to tlenu w niej dużo, z czego tlenolubny boleń jest bardzo zadowolony.

Jednak od czasu do czasu i o każdej porze roku coś się w rzece zmienia. A to poziom wody się podniesie (lub opadnie), a to temperatura wzrośnie (lub się obniży), rzeka usypie z piasku wyspy lub odsłoni kamienne rafy. Wtedy rybom zmieniają się warunki życia. I albo drapieżniki mają dostatek pokarmu i ignorują nasze przynęty, albo go na gwałt szukają i walą we wszystko, co im przed pyskiem przemyka. Więc dobra przynęta to jedno, ale najlepszy wabik na nic, jeżeli nie znajdziemy rybnego łowiska.

Wiedzieli o tym uczestnicy zawodów, o których już wcześniej wspomniałem, dlatego na początku każdej tury działy się rzeczy, które u wielu widzów wywoływały na przemian śmiech i zdumienie. Na sygnał startu niektórzy tak rwali do przodu, że zelówki woderów palili. Byli i tacy, którzy specjalnie do tych biegów się sposobili. Bez względu na porę roku mieli na sobie lekki strój, na nogach tenisówki, w plecakach była cieplejsza odzież, wodery, pudełka z przynętami, w ręku dwa, czasami trzy spiningi. Dziwnie to wyglądało, kiedy tacy odmieńcy biegli nadbrzeżnymi łąkami. Pasące się krowy, owce i kozy od nich uciekały, nawet pilnujące ich psy podkulały ogony, ale spiningowi biegacze wiedzieli, po co się ścigają. Chcieli zająć dobre, zwykle już wcześniej rozpoznane boleniowe miejscówki. Kto dotarł pierwszy, mógł być pewien, że bolenia złowi, nawet gdyby nie był dobrym wędkarzem, tylko sprawnym biegaczem. Jeżeli bolenie nie za bardzo chciały z nim współpracować, to on i tak zachowywał przekonanie, że w tym właśnie miejscu one są i na pewno któregoś uda mu się capnąć.

Najlepszymi łowiskami boleni są opaski. Wśród tworzących je kamieni bystro płynąca woda wymyła wiele wgłębień. Tam z kolei, gdzie kończą się kamienie i gdzie spod nich wystają resztki faszyny, jest rynna i są podmycia, w których może się schować każda ryba, również duża. Drobnica korzysta z dobrodziejstwa kryjówek pomiędzy kamieniami i z tego, że prąd wody ciągle jej niesie pokarm. Bolenie, które pożerają ten drobiazg, są więc zawsze w pobliżu.

Jednak opaska nie jest dla boleni domem. Co robią, kiedy skończą żerować? Mają dwie możliwości. 1. Chowają się w rynnie na dnie opaski, ale tego nie jestem pewien. 2. Płyną do główki, która zaczyna opaskę, albo do tej, która ją kończy. Te stanowiska zajmują latem i późną jesienią. Na niektórych odcinkach rzek przy takich główkach spędzają nawet zimę. Jeżeli są stamtąd wypłaszane, to na jakiś czas odpływają, ale potem wracają. Jestem o tym przekonany, bo je tam łowiłem nawet w środku mroźnej zimy. W niektórych łowiskach, najwięcej jest ich na Odrze, dużo boleni stoi nawet przy kilku ostatnich główkach za opaską, patrząc z prądem rzeki. Pod warunkiem oczywiście, że jest tam odpowiednio głęboko.

Kiedy przychodzi późna jesień i woda w rzece jest już zimna, bolenie łowię na główkach znajdujących się przed lub za opaską. Na opaskę przenoszę się tylko wtedy, gdy mocno przygrzeje jesienne słońce. Wówczas małe rybki nabierają wigoru, a bolenie to skwapliwie wykorzystują.

Jesienią opaskę i główkę obławiam tymi samymi woblerami. Od letnich różnią się tym, że są trochę większe, a przede wszystkim mają większy brzuszek, czyli całą boczną powierzchnię. Takie woblery trudniej wyważyć, bo choć szersze, też muszą migotać, czyli lusterkować.

Na opasce prowadzę woblery trochę inaczej niż przy obławianiu główek. Wychodzę z założenia, że tutejsze bolenie są aktywne, więc prowadzę woblery dość szybko, lecz o wiele wolniej niż w lecie. Nie rzucam też daleko, najwyżej na kilkanaście metrów. Woblery mają swoją wagę, więc gdybym je prowadził powoli, a rzucał daleko, łapałyby zaczepy. Teraz o wiele dokładniej przyglądam się wstecznym prądom, które powstają blisko kamieni z opaski. Woblera rzucam kilka metrów dalej i potem go na te wiry naprowadzam. Na duży srebrny kąsek przypominający uklejkę albo małą płotkę boleń jest teraz łasy.

Przy opasce ściągam woblera w tempie ciągłym lub przerywanym. Kiedy obławiam główkę, w ogóle nie kręcę kołowrotkiem. Jesienią nie łowię na napływach. Rzucam tylko kilka razy dla kontroli i dla spokoju sumienia. Najpewniejsze są miejsca tuż za przelewem i pod warkoczem.

Zaczynam od przelewu, bo obławiając to miejsce, nie muszę stać na szczycie główki, więc zbytnio ryb nie płoszę. Rzucam na przedłużenie główki. Latem rzucałem lekko pod prąd i szybko ściągałem. Teraz rzucam lekko z prądem, zapinam kabłąk i w ogóle nie skręcam. Woblera niesie prąd wody, własny ciężar lekko go zatapia, trochę się kolebie – zupełnie jak zdychająca rybka, jakże łatwy do zdobycia kąsek! Czasami boleń go nie zauważy, więc kiedy wobler spłynie za główkę i żyłka zwiotczeje, pozwalam mu się jeszcze trochę bardziej utopić i ściągam go bardzo wolnymi obrotami korbki. Branie może być w każdym miejscu, przez które przepływa wobler. Teraz jednak bolenie biją inaczej, nie tak raptownie jak latem, ale mocniej. Są w dodatku większe.

Z tej samej główki obławiam miejsca pod warkoczem. Żeby to zrobić, przechodzę na szczyt główki. Z jednego miejsca (stanowiska już nie zmieniam) obławiam warkocz na dwa sposoby. Najpierw rzucam kilka metrów poza pewne charakterystyczne miejsca w warkoczu. Kiedy się na niego dokładnie popatrzy, to można zobaczyć większe placki spokojnej wody. Woblera rzucam trochę w bok od nich, w kierunku środka rzeki, i na te placki go naprowadzam. Tam go na razie trzymam, a kiedy już wpływa na wodę pomarszczoną, zaczynam go ściągać. Bez pośpiechu, powoli, jakby to nie był boleń, tylko szczupak.

Tym sposobem łowię bolenie, kiedy żerują. Częściej jednak bolenie siedzą pod warkoczem. Rzucam więc najdalej jak mogę i zostawiam przynętę na napiętej żyłce. Prąd na nią napiera i wobler płynie pod warkoczem. Nie ściągam go, więc bardzo powoli tonie, czasem nawet dotknie dna. Bez pośpiechu, raz – dwa razy obrócę korbką lub powoli i płynnie podniosę szczytówkę. Łowię tak, żeby wobler udawał pozbawioną sił rybkę. Tym sposobem i w takich miejscach małych boleni się nie łowi.

Nie tylko jednak miejsce jest ważne. Kiedy się łowisko obławia późną jesienią, trzeba do niego dobrać właściwą przynętę. Te woblery, które robię – nad ich wzorami pracowałem kilka lat – nie są ciężkie. Bolenie je atakują właśnie dlatego, że zatapiają się powoli. Nie można nimi rzucać tak, jakby w korpusie miały po kilka dekagramów ołowiu. Moje woblery lusterkują nawet w swobodnym opadzie, a prąd wody potrafi je wyłożyć na bok.

Notował WD

Poprzedni artykułKRÓTKA LEKCJA ŁOWIENIA
Następny artykułWĘDKA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments