poniedziałek, 27 czerwca, 2022
Strona główna Spinning DROPSZOT RODZIMY

DROPSZOT RODZIMY

Kiedyś łowienie okoni na Mazurach wyglądało tak. Pierwsza w ruch szła wędka z żywcem. Kiedy stwierdzano, że okonie dobrze biorą, przechodzono na spining, bo taką wędką można łowić ryby o wiele szybciej. A kiedy się okazywało, że i na spining brania są częste, sięgano po wędkę podlodową, nazywaną na Mazurach korzystką. Jest to taka wędka-deseczka, najwyżej trzydziestocentymetrowa, z nawiniętą żyłką. Jedno odwinięcie to 20 centymetrów. Kiedy jeden wędkarz wymacał, na jakiej głębokości są okonie, podawał tę informację drugiemu, mówiąc ile razy trzeba odwinąć żyłkę, by na nie trafić. (Mowa oczywiście o łowieniu z łodzi.) Na przykład „piętnaście” oznaczało piętnaście odwinięć, czyli głębokość trzech metrów. Tamte czas musiały się skończyć, bo tylu okoni w jeziorach już nie ma.

Wynaleziono więc inny, jeszcze skuteczniejszy sposób łowienia. Tutaj konieczna jest dygresja. Nie tylko nasi wędkarze, ale również koledzy po kiju w innych krajach, dowiadują się czasem, że metoda, którą stosują od niepamiętnych czasów i o której sądzili, iż wymyślili ją ich przodkowie, znana jest gdzieś daleko, w miejscach, z którymi nie mieli żadnych kontaktów. Nic w tym dziwnego. Mając do dyspozycji jedynie kij, linkę i haczyk, człowiek doskonalił te proste narzędzia oraz modyfikował sposoby posługiwania się nimi tak, by były jak najskuteczniejsze. I zapewne nieraz w różnych miejscach świata wpadał na ten sam pomysł.

Amerykanie już kilkadziesiąt lat temu produkowali wklejanki do dropszota. Wtedy też zaczęły się rozpowszechniać miękkie przynęty. U nas zapewne o tym jeszcze nie wiedziano. Ale chociaż dostęp do techniki i nowoczesnych wówczas materiałów był ograniczony, to jednak coś tam do nas docierało, więc i nasi wędkarze zaczęli je wykorzystywać dla swoich potrzeb. Do bambusowych dolników dokładano szczytówki wyszlifowane z palików, po których prowadzono przewody pastuchów elektrycznych. Nie mieliśmy lateksu, na miękkie przynęty cięliśmy więc w paski lekarskie rękawiczki.

Oto co o łowieniu okoni mówi Andrzej Kłujsza z Giżycka. Kiedyś okonie łowiliśmy na bycze jaja. To były imitacje rybek wykonane na bazie plastikowych, przezroczystych rurek, jakich inseminatorzy używali do zapładniania krów. Właściwie przynęty te wymyślono na sieje spod lodu. Robiono na nie wędki, na których było pięć, siedem rybek, uwiązanych jedna nad drugą w metrowych odstępach. Łowiący opuszczał zestaw do przerębli i odwijał kilka metrów żyłki. Później, trzymając deskę, do której przymocowana była żyłka, odchodził od przerębli i podchodził do niej. W tym czasie zestaw schodził lub podchodził pod lód.

Łowiąc okonie z łódki dało się założyć najwyżej trzy rybki, a za obciążenie służyła wahadłówka albo ołowiana plomba. Mniej więcej w tym czasie, gdy pokazały się twisterki, na które okonie brały lepiej niż na bycze jaja, zabroniono wiązana do jednej wędki kilku przynęt. Przeszliśmy wtedy na jeden haczyk z twisterkiem.

Wiele lat później miałem na łódce wędkarza, który łowił okonie bocznym trokiem. Okazało się, że mój sposób łowienia jest lepszy. Ani razu podczas całego dnia nie splątałem zestawu, a on wiele razy. A jeżeli już w jakimś momencie łowiliśmy tyle samo okoni, to jego były wyraźnie mniejsze.

Zestaw od lat pięćdziesiątych, kiedy ojciec pierwszy raz pokazał mi, jak się łowi okonie, wiążę zawsze tak samo. Na końcu żyłki ciężarek, siedemdziesiąt centymetrów nad nim haczyk, na haczyku twistrek.

Łowię spokojnie. Zarzucam, napinam żyłkę, lekko ruszam szczytówką. Długo trzymam przynętę w jednym miejscu. Podczas ruszania szczytówką ołów trochę podchodzi. Wtedy likwiduję luz, napinam żyłkę, i znowu delikatnie drgam szczytówką. Nie zarzucam daleko, bo okonie najczęściej biorą, gdy przynęta jest blisko łódki. Kiedy zestaw podciągnę pod łódkę, bardzo powoli go podnoszę. Mając już zestaw w toni, drgam szczytówką znowu i bardzo powoli podciągam przynętę. Wtedy też okonie uderzają.

Tyle o mazurskim dropszocie. Jeszcze słów kilka o karsiborskim. Karsibór to miejsce znane. Polska okoniowa Mekka na Zalewie Szczecińskim. Wędkarze łowili tu okonie na sprzedaż, rekordziści nawet od 120 do 145 kilogramów dziennie (tyle wynosi rekord). Takie ilości ryb można wyciągnąć jedynie na systemiki. Tutejszy to osiem skoczków na głównej lince. Skoczki to tuby (najlepsze w minionym roku to miód ze złotym brokatem), w których umieszczone są dwugramowe główki z długimi haczykami. Zestawy prowadzono na kijach teleskopowych, około czterometrowych. Na krótszych się nie dało, bo zdarzało się, że na każdym haczyku wisiał okoń.

Andrzej Kłujsza
Giżycko
notował WD

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments