niedziela, 23 stycznia, 2022
Strona główna Spinning W SYTUACJI BEZ WYJŚCIA

W SYTUACJI BEZ WYJŚCIA

Nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko zostać okoniowymi dłubaczami. Z musu zrobiła się sztuka. Od pięciu lat łowimy okonie i inne ryby na szczególne przynęty i w sposób, jaki jeszcze niedawno był w Polsce rzadko stosowany.

Kiedy w latach 1995 – 1996 spiningiści z Koszalińskiego zaczęli wyjeżdżać na zawody, za każdym razem otrzymywali srogie lanie. Do wagi przynosili po trzy zera, a przecież u nas, na naszych wodach, należeli do najlepszych. Tyle że tutaj łowili ryby w dzikich rzekach i jeziorach, to znaczy w warunkach zupełnie innych niż te, w jakich się odbywały zawody GP.

Byliśmy dobrzy w łowieniu troci, pstrągów w rzekach, szczupaków i okoni w naturalnych jeziorach. Tymczasem przyszło nam rywalizować na łowiskach, w których dominowały klenie, bolenie, sandacze, czasami także okonie, ale też żyjące nie w takich miejscach, do jakich byliśmy przyzwyczajeni. Musieliśmy się przestawić, nauczyć się łowić inaczej niż dotychczas. Tak się właśnie zaczęło moje, a w zasadzie nasze koszalińskie dłubanie.

Nie miałem w okolicy łowisk z kleniami i boleniami, miałem za to wspaniałych kolegów, Janusza Opalińskiego i Bogdana Witczaka. Razem szlifowaliśmy umiejętności i testowaliśmy przynęty na okonie, bo tylko łowienie tych ryb dawało nam jakąś szansę na imprezach krajowych. Doskonałym poligonem treningowym był Zalew Rosnowski. Przed rokiem 2000 nauka łowienia okoni szła nam jednak opornie. Nikomu chyba nie muszę mówić, jak ważną rolę przy łowieniu tych ryb odgrywa sprzęt. Tymczasem w koszalińskich sklepach wśród kijów spiningowych można było wtedy znaleźć tylko pały na trocie i szczupaki. Delikatnych wędzisk nie było, bo też nikt u nas nimi nie łowił. O zaopatrzeniu sklepów w okoniowe przynęty już nie wspomnę.

W tym czasie mieliśmy już jednak pewne doświadczenia. Nad wodą byłem z kolegami niemal każdego dnia. Interesowały nas tylko okonie. Wzajemne zaufanie, wymiana doświadczeń i spostrzeżeń podczas treningów – to wszystko zaczęło owocować. Na mistrzostwach Polski w roku 1999 zajęliśmy wysokie miejsce. Zadowolenie z sukcesu było tym większe, że jako nagrody rzeczowe drużyna otrzymała kilka kijów. Miały delikatne szczytówki.

Naśladowców wśród koszalińskich wędkarzy jednak nie znaleźliśmy. Do delikatnego łowienia nasze sukcesy, dzięki niemu odnoszone, nikogo nie przekonały. A przecież od roku 2000 coraz częściej jeździliśmy na ogólnopolskie zawody i zajmowaliśmy na nich niezłe miejsca.
W zasadzie jedno wydarzenie zadecydowało, że wędkarze z naszego okręgu zmienili pogląd na delikatne spiningowanie i swoje metody łowienia. Odeszli od spiningu siermiężnego, ciężkiego, można powiedzieć, że się wydelikatnili. Zaczęło się to od zawodów okręgowych na jeziorze Bystrzyno koło Świdwina. Łowiąc delikatnym sprzętem i małymi przynętami złowiłem 150 okoni, moi dwaj koledzy po 120. Pozostali zawodnicy, a było ich kilkudziesięciu, złowili trzy lub cztery szczupaki i chyba dwa okonie.

Jeszcze wtedy nie mieliśmy takich kijów jak dzisiaj. Wprawdzie można już było je kupić, ale nie wiedzieliśmy, gdzie i jakie firmy je produkują. Na ogólnopolskich imprezach dostrzegliśmy natomiast, że ci renomowani spiningiści używają bardzo cienkich żyłek. Odtąd na treningach używaliśmy kijów, które miały ciężar wyrzutu 25 g i żyłek o średnicy 0,12 mm. Pamiętam, że takiej ilości przynęt, jak wówczas, później nigdy już nie zerwałem. Po prostu nie czuliśmy tego nowego dla nas sprzętu. Sygnałem, że ryba bierze, był dla nas ruch żyłki w miejscu, gdzie się ona stykała z wodą. Na ogół miejsce to było daleko, stąd tak wiele urwanych przynęt. Ale nauka w las nie poszła.

Łowiąc okonie, trzeba ciągle zmieniać sposób prowadzenia przynęty, miejsce połowu, także głębokość przeczesywanej wody. Rzadko się zdarza, że biorą dobrze i łowi się jednego za drugim. Czasem łowi się tylko jednego, ale waży on wtedy co najmniej półtora kilograma. Te, które łowimy najczęściej, mają mniej więcej 25 cm, żyją stadnie i jeżeli po złowieniu jednej sztuki nie można złowić drugiego, to wcale nie oznacza, że reszta odpłynęła. Oznacza natomiast, że na tę resztę musimy szukać sposobu. Tak to właśnie jest z okoniami: trzeba na nie znaleźć sposób i przynętę.

Do okoniowej specjalizacji zmusił nas coraz częstszy udział w zawodach. Mają one bowiem to do siebie, że podczas każdej tury trzeba złowić chociaż jedną rybę, a o okonia stosunkowo najłatwiej. Kiedy już zdobyłem kije z delikatnymi szczytówkami, zacząłem stosować mniejsze przynęty. Doszło do tego, że moją cudowną bronią na okonie stały się mormyszki, na które zakładałem kawałki twisterów. Większych przynęt nie potrzebowałem, bo okonie łowiłem nie dalej niż dwa – trzy metry od brzegu. Niemal w każdym łowisku jest tam dużo ryb, trzeba je tylko umiejętnie podejść. Nie robić hałasu, nie wchodzić do wody.

Czasami łowienie blisko brzegu potrzebne jest po to, żeby, jak to się mówi, zapunktować, czyli przynieść do wagi choćby jedną rybę. Oczywiście zdobyczą nie musi być wyłącznie okoń. Małą przynętę atakują też inne ryby, sam takim sposobem łowię dużo płoci, krasnopiórek i leszczy.

Przybrzeżnymi łowiskami, w których jest bardzo dużo ryb, są trzcinowiska, zatopione drzewa i konary, opłukane z piasku kamienie, znajdujące się pod wodą krzaki i gałęzie. Może nazwano nas dłubaczami właśnie dlatego, że okonie łowimy w krzakach. Tam bowiem nie można przynęty zarzucić i potem jej ściągać, bo zaczep byłby murowany. Kiedy łowię w krzakach, wkładam przynętę pomiędzy gałęzie i powoli ją podciągam. Jeżeli brania nie mam, ponownie opuszczam ją na dno. Gdy po kilku takich operacjach nadal nie mam ryby, to powoli przekładam przynętę za inną zatopioną gałązkę. To rzeczywiście jest dłubanie.

Do łowienia przy trzcinach, w oczkach między nimi lub wśród grążeli, często używam mormyszek. Przeważnie wolframowych, bo są małe, a zarazem ciężkie, cięższe od ołowianych. Uzbrajam je w najmniejsze twisterki.

Przynętę trzeba dobrać do łowiska. Jej kolor ma drugorzędne znaczenie, ważniejsze, żeby ją dokładnie podać w upatrzone miejsce. W trzcinach, pod liśćmi grążeli, między gałęziami przybrzeżnych krzaków ryby na coś czekają, czatują na pokarm. Dlatego przynętę podaję im wyłącznie z opadu. Są to ryby pierwszego rzutu. Tam, gdzie jest trochę więcej wolnej przestrzeni, łączę opad ze ściąganiem. Najczęściej łowię takimi mormyszkami, które są od spodu płaskie, bo takie stawiają wodzie znaczny opór i długo opadają. Po zarzuceniu czekam, aż przynęta dotknie dna. Najczęściej już w trakcie opadania mam kontakt z rybą, ale jeżeli jej nie zatnę, pozostawiam mormyszkę przez jakiś czas na dnie. Później ściągam ją w tempie wolnym i jednostajnym, które jednak od czasu do czasu zakłócam delikatnym szarpnięciem szczytówki.

Małymi i bardzo małymi przynętami można nałowić dużo ryb, jednak one nie zawsze są blisko brzegu. Wtedy nie zmieniam gum na większe, tylko zakładam je na większe dżigi. Gumy to moje niemal wyłączne przynęty, ale czasem stosuję również małe woblery. Wszystkie przynęty, jakie mam w pudełku, nie mają więcej niż pięć centymetrów długości. Największe są kopyta. Używam ich w dwóch przypadkach. Kiedy łowię z łodzi, a okonie przebywają na dużej głębokości, oraz gdy jestem na brzegu, a okonie są daleko. Wtedy małymi przynętami się nie interesują.

Gdy się łowi przy brzegu, trzeba ciągle wodę obserwować, czyli, jak to mówimy, ją czytać.

Wymaga to wielu lat praktyki. Jeżeli jestem bez ryby, to usiłuję sobie przypomnieć, jak to było kiedyś, gdy łowiłem w takich samych warunkach. Czy ryby wtedy były, jak brały, na co brały. Zupełnie inne jest łowienie bocznym trokiem. Chociaż sposób ten już od kilku lat jest w Polsce bardzo popularny, zacząłem go stosować dopiero w ubiegłym sezonie. Z musu jak kiedyś dłubanie. Koledzy bowiem łowią bocznym trokiem trochę większe okonie niż ja przy brzegu. Zauważyłem, że przy tej metodzie czytanie wody jest niemożliwe, trzeba natomiast mieć taki sprzęt, który pozwoli dobrze wyczuć, jakie jest dno i co się na nim znajduje. Na nowym łowisku to szukanie na ślepo. Dlatego dłubanie jest pewniejsze. Później można je zmienić na boczny trok lub jakąś inną metodę.

Jerzy Makara
Koszalin

Poprzedni artykułSTANOWISKA SZCZUPAKÓW
Następny artykułNA OKONIE NIE TYLKO GUMY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments