sobota, 22 stycznia, 2022
Strona główna Spinning LOKALIZACJA – ZADANIE NUMER JEDEN

LOKALIZACJA – ZADANIE NUMER JEDEN

Na pierwsze w sezonie sandacze zawsze wybieram się nad wodę stojącą. Najczęściej jest to jezioro Wonieść niedaleko Leszna.

Wonieść, jedno z całego łańcucha jezior przepływowych, ma powierzchnię około 120 ha. Kiedyś część jego brzegów podwyższono wałami i wodę w jeziorze podpiętrzono. Cała strefa przybrzeżna jeziora się przesunęła, gdzieniegdzie nawet o kilkadziesiąt metrów. Dawne trzcinowiska znalazły się w głębinie i obumarły. Pozostały po nich pojedyncze zgniłe łodygi i całe połacie twardego dna wybrukowanego butwiejącymi kłączami i korzeniami. Te stare trzcinowiska okazały się doskonałymi wiosennymi łowiskami sandaczy.

Wiosną zawsze łowię sandacze na płytkich blatach i stokach o niewielkim nachyleniu i głębokości mniej więcej trzech metrów. Wybieram takie, które mają dno twarde z dużą ilością zaczepów. Stare trzcinowiska wszystkie te warunki znakomicie spełniają. Są płytkie, równe, o twardym dnie i pełne zaczepów. Na ogół zaczepy nie są dla mnie szkodliwe, bo większość przynęt uwalniam szarpiąc za żyłkę. Straty mam więc niewielkie. Żeby przynętę odzyskać, nie muszę też nad zaczep napływać, co przeważnie kończy się tym, że spłoszone sandacze uciekają.

Wraz z kolegami obławialiśmy kilka takich trzcinowisk. Na wszystkich brały sandacze o wadze około trzech kilogramów. Jedno, choć na pozór niczym się nie różniło od pozostałych, okazało się nadzwyczajne. Co roku padało tam przynajmniej kilkanaście sandaczy ważących 6-8 kg, a podobno trafiały się jeszcze większe.

Łódkę kotwiczyliśmy kilka metrów za pasem nowych trzcin i rzucaliśmy w kierunku środka jeziora. Wszystko po to, żeby ściągać przynęty “pod górkę”, czyli w stronę brzegu. Gdyśmy napływali z innych kierunków i rzucali równolegle do brzegu lub skosem pod trzciny, wyniki były gorsze, a najczęściej brań nie było wcale.

Jesienią sandacze mają co chwila inne upodobania i ciągle trzeba próbować rozmaitych gum i sposobów ich prowadzenia. Natomiast wiosenne łowienie jest bardzo proste. W czerwcu zawsze łowię sandacze z opadu, przeważnie z niewielkiej wysokości. Zazwyczaj podrywam przynętę jednym obrotem korbki kołowrotka. Czasem i tego nie trzeba, wystarczy ruchem szczytówki podciągnąć gumę 30 centymetrów nad dno. Dopiero gdy to zawodzi, zaczynam stopniowo podciągać ją coraz wyżej.

Zdarza się jednak, że i to nie pomaga. Przekonałem się o tym, kiedy razem z kolegą w najlepszym sprawdzonym miejscu przez pół dnia nie mogliśmy się doczekać nawet skubnięcia, choć podciągaliśmy przynęty coraz wyżej. W końcu w akcie rozpaczy zaczęliśmy podrywać gumy czterema obrotami korbki. Przynęta podnosiła się wtedy mniej więcej metr nad dno, czyli penetrowała prawie połowę głębokości łowiska. I znowu nic. W końcu uznaliśmy, że w tym miejscu ryb w ogóle nie ma i pora przenieść się gdzie indziej.

Zauważyłem wtedy, że w trakcie jednego z przytrzymań żyłka zluzowała się jakby trochę za wcześnie. Zaczęliśmy się temu zjawisku bacznie przyglądać i… Dosłownie sypnęło sandaczami. Przez godzinę naliczyliśmy blisko dwadzieścia brań. Większość udało nam się zaciąć dzięki dokładnej obserwacji żyłki. Okazało się, że sandacze brały znakomicie, ale tym razem wyjątkowo uderzały w gumę od spodu i ją podnosiły.
Wiosną sandacze mają w żołądkach głównie drobne rybki, dlatego stosuję rippery i kopytka długości 5 cm. Zbroję je w kuliste główki o wadze 5 g. W stosunku do głębokości łowiska i wielkości gum główki są może trochę za ciężkie, ale za to pozwalają daleko rzucać. Pomaga w tym także żyłka o grubości 0,20 – 0,22 mm.

Na początku sandacze biorą głównie w południe, a potem dopiero wieczorem, zwykle po godz. 20, ale zdarza się też, że pierwsze skubnięcia są dopiero przed 22. Znajomość pór żerowania ułatwia łowienie. W miejscach, gdzie sandacze są na pewno, nie przejmuję się, jeżeli rano lub wczesnym popołudniem brań w ogóle nie mam. Dopiero gdy nie mogę się ich doczekać wieczorem, to zaczynam wraz z kolegą próbować ripperów o różnych kolorach i stosować różne warianty łowienia z opadu. Zwykle udaje się nam dość prędko odkryć właściwy sposób i wtedy obaj wracamy z rybami. Jeżeli nie, to mamy pewność, że łowiąc w dobrym miejscu zrobiliśmy wszystko co trzeba, a sandacze najzwyczajniej w świecie nie brały.

Pozostałości starych trzcinowisk w Wonieściu całkiem się już zatarły, resztki kłączy i korzeni wygniły, wszystko pokryło się warstewką mułu. Kiedy ciągłe zaczepy przestały w łowieniu przeszkadzać, skończyły się też brania sandaczy. Obecnie w tych miejscach łowi się już tylko pojedyncze sztuki, i to małe. Choć z wyszukiwaniem wiosennych miejscówek mam teraz nieco więcej kłopotu, to jednak prostota i skuteczność tego wędkowania nieodparcie ciągnie mnie nad ukochane jezioro. Trwa to kilka tygodni. Pod koniec czerwca zaczynam sezon łowienia w rzekach. Do jeziorowych sandaczy wracam dopiero jesienią. Ale to już coś zupełnie innego.

Julian Dudziński, Leszno
notował Jarosław Kurek

Poprzedni artykułWĘDKARSKIE REKORDY
Następny artykułŚLADY NA LODZIE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments