czwartek, 27 stycznia, 2022
Strona główna Spinning DŻIG MA WALIĆ LUB SZOROWAĆ, A CYKADA DYMIĆ

DŻIG MA WALIĆ LUB SZOROWAĆ, A CYKADA DYMIĆ

Zbiorniki zaporowe są najlepszymi łowiskami dużych okoni. W ogóle ryby mają tam doskonałe warunki do życia, zwłaszcza okonie i sandacze, bo dla nich zmiany poziomu wody i brak roślinności wodnej nie są przeszkodą w odbywaniu tarła. Jednak łowią je prawie wszyscy wędkarze, a ryby się przecież uczą. Także unikania haczyków i miejsc, w których najczęściej kotwiczą łódki z wędkarzami.

W zbiorniku zaporowym zawsze łowię z łodzi. Z brzegu ilość okoniowych łowisk jest ograniczona, a te, które są, trzeba znać bardzo dobrze. Bo chociaż okonie, nawet duże, wypływają z głębin na płycizny, by żerować, to nie zawsze to widać. Trudno więc takie miejsca ustalić, kiedy na jakimś łowisku jest się tylko kilka dni. Często pomaga przypadek, lepiej jednak szukać okoni z łódki za pomocą echosondy.

Kiedy znajdę się na łowisku nieznanym, zaczynam od rozmów z miejscowymi wędkarzami. Pytam przede wszystkim o ukształtowanie dna. Te informacje bardzo ułatwiają późniejsze poszukiwania. Gdy już dopłynę do wskazanego mi miejsca, przesiadam się do wioseł i cały czas patrzę na ekran echosondy. Szukam nierównego dna.

Większość dużych okoni złowiłem przy okazji polowania na sandacze. Ryby te jednak nie zawsze żyją obok siebie, chociaż jedne i drugie lubią dno twarde, nierówne, z zaczepami. Zauważyłem, że sandacze przebywają tam, gdzie dno opada stromo, natomiast okonie wolą dno opadające łagodnie, ale nierówne. Jeżeli są tam bruzdy przypominające kartoflisko, to będą tam na sto procent.

Na ogół zbiorniki zaporowe mają dno bardziej urozmaicone niż jeziora naturalne. Ponadto przez każdy zbiornik przepływa jakaś rzeka. Jej prąd wypłukuje z dawnego koryta namuły. Z kolei falowanie wody jedne partie dna odsłania, a inne zamula. Po prostu na dnie jest bogato, a okoni można się spodziewać wszędzie. Ja ich szukam na głębokości od metra do pięciu, zawsze nad rozległymi partiami twardego dna.

Nie wystarczy jednak okonie znaleźć, trzeba też poznać ich zwyczaje. Można być w doskonałym miejscu i nie złowić ani jednego okonia, bo się nie trafiło w porę ich żerowania. Bywa też inaczej. Przez długi czas rzuca się jak do studni, aż tu nagle, jak na komendę, zaczyna brać okoń za okoniem. Nie wiadomo, czy akurat podpłynęły, czy właśnie wyruszyły ze swoich kryjówek na żer.

Przy stabilnej pogodzie zaczynają żerować co dnia dokładnie o tej samej porze. Trochę więcej można powiedzieć o ich zachowaniu, kiedy przy brzegu zjadają wylęg białorybu. W tym przypadku można być pewnym, że na płycizny wypływają z głębokiej wody i też robią to dosyć regularnie. Żerują długo, a później znikają.

Okonie polują stadnie i wtedy łatwo się je łowi. Kiedy nie żerują, przynęta nie wzbudza w nich żadnego zainteresowania, choćby pływała im przed pyskami. Dlatego do łowienia okoni podchodzę zupełnie inaczej niż niemal wszyscy inni spiningiści. Jeżeli okonie żerują, to oczywiście dobieram takie przynęty i tak je prowadzę, żeby jak najdokładniej udawały naturalny pokarm. Takie łowienie jest najpewniejsze. Ponieważ jednak okonie najczęściej nie żerują, prowokuję je do brania zupełnie inaczej.

Najpierw jednak opiszę sprzęt, jakim łowię. Przede wszystkim nie używam żyłek, tylko cienkich plecionek Techno Dragona. Na zaczepach się urywają, ale żadnej rybie się to nie uda. Łowię dwoma sztywnymi kijami Laris Colmic. Jeden ma 2,1 m i ciężar wyrzutu od 10 do 30 gramów, drugi 2,4 m i taki sam ciężar wyrzutu. Krótszego kija używam wtedy, gdy łowię bardzo dynamicznie i uderzenie ołowianej główki o dno jest najsilniejsze. Do takiego prowadzenia na głębokości trzech – czterech metrów stosuję główki o wadze 12 g, czasem nawet cięższe, przy głębokości pięciu metrów 20-gramowe. Na haczyki zakładam kopyta nie dłuższe niż 7 cm. Może ktoś powiedzieć, że to nie ma sensu, bo taki mały wabik ryby nie sprowokuje. To nieprawda. Choć przynęta szybko się przemieszcza, istotny wpływ na brania ma jej kolor.

Kij z napiętą żyłką trzymam na godzinie dziewiątej i raptownie unoszę go na dwunastą. Potem równie szybko opuszczam go z powrotem na dziewiątą i w tym czasie kołowrotkiem błyskawicznie wybieram linkę. Dżig na napiętej żyłce opada. Głośno uderza w dno. Linka wiotczeje. Znowu podrywam i tak dalej. Brania są w trakcie opadu, najczęściej w jego końcowej fazie.

Ten sposób prowadzenia sprawia, że nie łowię małych okoni, dolna granica to 25 centymetrów. Jest on najbardziej skuteczny, kiedy okonie w ogóle nie biorą. Myślę, że te mocne uderzenia dżiga w dno tak silnie je prowokują, że się nastroszą, płyną za przynętą i w końcu uderzają. Jeżeli złowię okonia, to drugi weźmie nie bliżej niż dwa – trzy metry od tego miejsca. Dla mnie to znak, że okonie są w łowisku, ale nie chcą żerować.

Drugi sposób łowienia stosuję dopiero wtedy, kiedy pierwszy zawodzi. Polega on na wleczeniu przynęty. Po prostu szoruję dżigiem po dnie. Używam do tego dłuższego kija. Najpierw zakładam jakiś dżig, na przykład ośmiogramowy. Zarzucam i pozwalam mu opadać na napiętej lince. Gdy dotknie dna, układam kij równolegle do powierzchni wody i ściągam przynętę kołowrotkiem. Jeżeli dżig cały czas szoruje po dnie, zmieniam go na lżejszy. Robię te zmiany tak długo, aż dżig będzie dotykał dna tylko od czasu do czasu.

Łowiąc, cały czas bardzo wolno kręcę korbką kołowrotka. Kiedy poczuję, że dżig zachowuje się nienaturalnie, przyspieszam, jeden, dwa obroty i przestaję kręcić korbką. Na kilka sekund zostawiam dżiga na dnie w bezruchu, potem skręcam od nowa, w tym samym tempie. Wtedy okonie uderzają.

Do tej metody zawsze stosuję różne atraktory, bo tutaj okazują się bardzo pomocne. Nie chcę jednak żadnego z nich polecać, bo atraktor dobry w jednej wodzie, w innej będzie okonie płoszył. Nim więc zacznę któregoś z nich używać, najpierw sprawdzam. W zapasie mam amerykańskie atraktory przeznaczone wyłącznie dla spiningistów, ale stosuję także maggi i miód oraz zapachy używane przez karpiarzy przy robieniu kulek boilies.

90 procent okoni złowionych przeze mnie w zbiornikach zaporowych padło na przynęty gumowe, reszta na cykady. Czasami właśnie tylko one są skuteczne. Prowadzę je na dwa sposoby. Pierwszy z nich, podstawowy, polega na utrzymywaniu cykady jak najbliżej dna. Jest ważne, żeby do każdego łowiska dobrać odpowiedni ciężar cykady i tempo jej ściągania. Staram się tak wszystko ze sobą zestroić, żeby cykada dymiła po dnie, to znaczy żeby swoją wibracją podrywała z niego drobiny mułu.

Prowadzę też cykadę podrywając ją bardzo wysoko nad dno. Wtedy podnoszę kij z godziny dziewiątej na jedenastą i w tej pozycji go zatrzymuję. Mam jeszcze zapas na zacięcie, bo okonie uderzają najczęściej nie, jak można sądzić, w czasie podnoszenia cykady, kiedy ta ma największą wibrację, tylko kiedy opada, na pozór bezwładnie. Ale w czasie tego opadu cykada też pracuje i chyba wówczas najbardziej przypomina małą, zdechłą lub chorą rybkę.

W zbiorniku zaporowym poziom wody ciągle się zmienia, a od niego zależy nie tylko żerowanie okoni, ale i miejsca, w których przebywają. Najlepiej, kiedy poziom wody powoli rośnie. Wtedy przez długi czas okonie pozostają w tym samym miejscu i dobrze żerują. Kiedy zaś woda opada, a jestem w łódce na okoniowym łowisku, to nie muszę tego sprawdzać. Widać to po rybach. Tam, gdzie dotąd łowiłem okonie, zaczynają brać szczupaki. Wtedy biorę się do łowienia ciężkiego.

Łukasz Panas

Poprzedni artykułNIE DZIELIMY DOBY NA GODZINY
Następny artykułBRZĘCZYSZCZYKIEWICZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments