niedziela, 26 czerwca, 2022
Strona główna Grunt NIE DZIELIMY DOBY NA GODZINY

NIE DZIELIMY DOBY NA GODZINY

Pod wodą kryje się jeszcze tyle tajemnic, że niczego nie można być do końca pewnym. Można natomiast osiągnąć taki stopień pewności, by na łowisku nie zaczynać za każdym razem wszystkiego od początku. Wystarczy się kierować własnym lub cudzym doświadczeniem. Taki właśnie cel i charakter będą miały nasze publikacje na łamach “Wędkarza Polskiego”. Ich wspólny temat: wędkowanie z koszyczkiem zanętowym, na razie tylko w wodach stojących. Podstawą tych artykułów będą nasze własne spostrzeżenia i doświadczenia. Mamy nadzieję, że dla innych wędkarzy, czytelników “WP”, też okażą się one interesujące i przydatne.

W poprzednim artykule poświęconemu łowieniem z zastosowaniem koszyczka zanętowego obiecaliśmy wyjaśnić, co dla nas znaczą słowa “budowa łowiska”. Zacznijmy od wyboru miejsca. Jest to problem szczególnie ważny dla tych, którzy z metodą koszyczkową mieli dotychczas mało do czynienia. Potrzebne jest oczywiście łowisko, w którym są ryby. Mamy to szczęście, że mieszkamy we Wrocławiu. Przez to miasto przepływa Odra. Ma ona kilka potężnych, na stałe z nią połączonych zbiorników. Są to albo wyrobiska żwiru, albo porty, w których zimują barki.

W tych akwenach ryby są zawsze i łowimy je nawet zimą, jeżeli tylko woda nie jest skuta lodem. Dno każdego z nich przypomina miednicę. Jest w miarę równe i powoli opada w kierunku środka. Jest pokryte niezbyt grubą warstwą mułu. Rośliny, a zwłaszcza skrętnice, które całkowicie uniemożliwiają łowienie z koszyczkiem, występują tylko blisko brzegu. Tam po prostu nie łowimy.

Wędkowanie w tych właśnie łowiskach zachęcało nas do poszukiwań. Mieliśmy bowiem pewność, że ryby tam są, tymczasem w braniach zdarzały się kilkugodzinne zastoje. Domyślaliśmy się, że przyczyny tego mogą być różne. Po wielu próbach i doświadczeniach niektóre z nich udało nam się wykluczyć, a inne potwierdzić. Dzisiaj wiemy, że takie przerwy w żerowaniu ryb są zjawiskiem naturalnym. Kiedyś jednak trwały długo, dzisiaj są o wiele krótsze. Wcale nie dlatego, że ryby zmieniły swoje zachowanie. Po prostu teraz lepiej je łowimy.

Jednym z najważniejszych czynników, który wpływał na ilość łowionych przez nas ryb, była pora połowu. Zauważyliśmy, że aktywność ryb w ciągu dnia i nocy jest bardzo różna. Zaczęliśmy się temu uważnie przyglądać, latem i zimą, i dla własnej wygody podzieliliśmy dobę na cztery okresy.

o Od rana do południa.
o Od południa do wieczora.
o Od wieczora do północy.
o Od północy do świtu.

Nie dzielimy więc doby na godziny, bo przecież ryby zegara nie znają. Podstawą naszego podziału jest ilość docierającego do wody światła. Uznaliśmy, że dla wędkarzy najkorzystniejszy jest okres czwarty, od północy do świtu. Pora roku nie ma na to wpływu, tyle tylko, że ten czas dobrych połowów jest krótki latem, a bardzo długi zimą (wczesny zmierzch, późny świt). Mimo że ciemnych godzin jest wtedy tak wiele, przez cały ten czas brania są dobre. Wniosek: ryby doskonale reagują na światło
Nasz podział doby ma oczywiście znaczenie praktyczne. Jeżeli np. nasza nocna wyprawa ma być udana, to wędkowanie musimy rozpoczynać nie o jakiejś stałej godzinie, lecz wtedy, gdy zapada zmrok, to zaś zależy od pory roku. Oczywiście nad wodą musimy być wcześniej, żeby przygotować stanowiska.

Wiemy już, że aktywność ryb ma związek z czasem. Największa jest nocą, gdy nad wodą jest ciemno. Ale zależy ona także od miejsca. Nim jednak tę zależność pokażemy, krótka dygresja. Zawsze, od kilku już lat, łowimy w kilka osób i nasze obserwacje wzajemnie sobie potwierdzamy. Nasze doświadczenia nie są więc ani przypadkowe, ani jednostkowe, tzn. nie odnoszą się do jednego wędkarza i jednego łowiska. Potwierdzają się w każdym akwenie i z wodą płynącą, i ze stojącą. W zależności od wielkości akwenu podane przez nas odległości mogą być inne, ale zasada jest ta sama.

W nocy ryby są blisko brzegu. Gdy robi się jaśniej, odsuwają się coraz dalej. W naszych łowiskach odpływają na odległość 35 metrów i tam pozostają. Dowiodły tego nasze doświadczenia. Oczywiście zbiorowe, bo łowiliśmy zawsze we trzech lub czterech. Długo szukaliśmy wyjaśnienia dla bardzo słabych wyników osiąganych podczas łowienia blisko brzegu. Okazało się, że jest takie miejsce, przed które zestawu zarzucać nie warto. W żargonie nazywamy je kantem. Jest to pierwszy uskok dna. Na nim kończą się rośliny, skrętnice, które uniemożliwiają łowienie z koszyczkiem.

Przeważnie decydowaliśmy się na wędkowanie nocne, bo zmuszały nas do tego obowiązki zawodowe. Każdy z nas łowił w innej odległości od brzegu. Kiedy niebo jaśniało, u jednego z nas brania zanikały. Zawsze u tego, który łowił najbliżej brzegu. Później brań pozbywał się drugi. Trzeci miał brania cały czas. Był to ten, który łowił najdalej, przekraczał owe 35 metrów.

W nocy odległość nie miała znaczenia, łowiła cała trójka. Ale, najczęściej każdy z nas łowił ryby różnej wielkości, a ten z nas, który łowił najbliżej trzydziestego metra łowił ryby największe. Ten schemat powtarzał się w różnych łowiskach. Doszliśmy więc do wniosku, że nawet podczas nocnej wyprawy nie opłaca się łowić blisko brzegu, chyba że się zamierza być na rybach tylko parę godzin i wracać do domu jeszcze po ciemku. Jednak już sporo przed świtem ryby zaczynają od brzegu odchodzić. Jeżeli więc zamierzamy nocne wędkowanie przedłużyć, to lepiej od razu budować łowisko z dala od lądu, za owym kantem.

W ten oto sposób doszliśmy wreszcie do tematu “budowa łowiska”. Wiemy, dlaczego powinno się to robić co najmniej 35 metrów od brzegu. Wiemy też, że ryby reagują na światło i odpływają, gdy robi się jasno.

Łowisko budujemy z zanęty, ale w tym i w każdym kolejnym artykule mało będziemy się zajmować nią samą. Zawsze i każdemu radzimy, żeby przy kupowaniu zanęty nie sugerować się nazwami firm i nazwiskami widniejącymi na jej opakowaniu. Od składu zanęty ważniejsze jest, żeby była odpowiednio rozdrobniona i nawilżona. Będzie przecież leżeć na dnie w koszyczku. Idzie o to, żeby po trzech minutach z niego wypłynęła.

Zanęta podawana koszyczkiem w łowisko nie może być rozsypywana gdzie popadnie. Powinna się znaleźć w kole o promieniu, powiedzmy, dwóch metrów. Trzeba rzucać precyzyjnie, bo miejsce, w którym upadnie koszyczek, to pole nęcenia. Więc im bardziej jest ono skupione, tym większe zagęszczenie ryb. Żeby być celnym, nie obejdzie się więc bez zakładania żyłki za klips znajdujący się na szpuli kołowrotka, to, poza precyzją kierunku wyrzutu, rzecz podstawowa.

Wędkarze, nawet ci, co już długo łowią z koszyczkiem, mają obawy, że jeżeli będą zakładali żyłkę za klips, to koszyczek się urwie. Żeby tak się nie stało, trzeba przede wszystkim sprawdzić, czy to sam klips nie przecina żyłki. W tym celu należy pod niego włożyć kawałek żyłki i ją naciągnąć, trzymając w palcach oba końce. Jeżeli na żyłce powstanie ostre załamanie, to trzeba klips poddać obróbce. Ściągnąć go ze szpuli i czymś ostrym, na przykład żyletką lub bardzo drobnym papierem ściernym, ostrą krawędź ściąć lub zetrzeć. My łowimy żyłkami 0,14, a nawet 0,16 i podczas wyrzutu koszyczki nam się nie urywają. Zwracamy jednak uwagę, że czasami nawet w markowych kołowrotkach zdarzają się klipsy z usterkami.

Drugim powodem urywania się koszyczków może być samo zarzucanie. Obserwujemy nad wodą wielu wędkarzy i widzimy, że niemal każdy z nich popełnia ten sam błąd: zarzuca i zaraz układa kij niemal równolegle do wody. Dla nas kij jest także amortyzatorem. Po zamachu i wyrzuceniu koszyczka podnosimy go do pozycji pionowej. Kiedy już koszyczek wybierze żyłkę aż do klipsa, zaczyna ciągnąć za sobą kij, który dopiero wtedy układa się równolegle do powierzchni wody. Przy tym pokonuje jeszcze opór naszych dłoni. Idealna amortyzacja!

Ważne też, że koszyczek za każdym razem upada w takiej samej odległości od brzegu. Co najwyżej trochę za daleko, za bardzo w lewo lub prawo, ale tylko na początku. Później, kiedy się nabierze wprawy, rozrzut będzie mniejszy.

Będziemy więc budować łowisko o średnicy trzech – czterech metrów w odległości 35 metrów od brzegu. Tu ujawnia się ogromna zaleta metody koszyczkowej. Żaden bowiem inny sposób nie pozwala nęcić tak daleko, a zarazem tak precyzyjnie.

Po zarzuceniu zestaw ma leżeć trzy minuty, maksymalnie pięć. Później należy go ściągnąć i ponownie zarzucić. Tutaj rozwiejmy jeszcze jedną obawę, która towarzyszy wielu wędkarzom: uderzenia koszyczka o wodę ryb nie płoszą. Do ryb najbardziej ostrożnych, a więc i płochliwych, należą duże leszcze. Już dziesiątki razy wyciągaliśmy dwu- i trzykilowe leszcze z łowiska o głębokości mniejszej niż metr. Także w nocy, kiedy na ogół powierzchnia wody jest spokojna, a w pobliżu łowiska też panuje cisza. Nie przeszkadzało im, że co kilka minut w miejscu, gdzie zjadały naszą zanętę, do wody spadał koszyczek. A cóż mówić o łowisku znacznie głębszym! Bez obaw więc co kilka minut wyciągamy zestaw z wody i po chwili znów go zarzucamy.

Najlepiej zarzucać koszyczek co trzy minuty. Żeby on się jednak w tym czasie opróżnił, zanęta musi w nim być odpowiednio ubita, a wcześniej właściwie rozdrobniona i nawilżona. Z czasem każdy nabiera doświadczenia i nie musi sprawdzać, czy dobrze przygotował zanętę. Jednak na początek radzimy zrobić próbę. Bierzemy trzy jednakowe koszyczki, napełniamy tą samą zanętą i ubijamy ją z różną siłą. Kładziemy te koszyczki w wodzie i sprawdzamy, jak szybko zanęta się z nich wysypuje. Koszyczek powinien się zacząć opróżniać po mniej więcej minucie.

Na początku szybko podajemy pięć, a nawet dziesięć koszyczków zanęty. Zarzucamy zestaw, chwilę odczekujemy, potem szarpnięciem wypłukujemy z koszyczka resztki zanęty i go ściągamy. Po kilku powtórkach do zestawu możemy dowiązać przypon, na razie o długości 80 cm z haczykiem nr 16 (my używamy modeli VMC 9038). Na haczyk zakładamy białe robaki, od jednego do trzech. Zaczynamy od trójki.

Jeżeli brań nie ma, zwiększamy długość przyponu. Co któryś rzut nie więcej niż o dwadzieścia centymetrów. Tym sposobem dochodzimy do długości, o której my mówimy “pełny Jezus”. Przy naszym wzroście (około 180 cm), to znaczy aż 180 cm wynosi rozpiętość ramion. Kiedy nadal ryby nie biorą, na haczyk zakładamy dwa białe robaki. Gdy i to nie pomaga, na haczyk idzie jeden.

Jeżeli zauważymy, że przynęta została wyssana, to przyponu już więcej nie wydłużamy, a na haczyk zakładamy mniej robaków. W krańcowym przypadku może dojść do tego – i często tak się właśnie zdarza – że parokilowe leszcze będziemy łowić na haczyk nr 18 z jedną pinką i to nabitą w szczególny sposób. Prawie cała jest na trzonku, tylko przy łuku kolankowym swobodnie się kiwa jej ogonek.

W łowisko znajdujące się 35 metrów od brzegu już dają się zwabić spore ryby, ale im dalej, tym są większe. Byłoby dobrze łowić je na 50. metrze, ale wtedy zamiast wędkowania mielibyśmy katorgę. Rzuty wymagają bardzo dużo siły, a ich częstotliwość musiałaby być taka sama, tzn. co trzy minuty. Wybieramy więc łowisko odległe od brzegu o 35 – 40 metrów. Dalej jest ciężko, bliżej się nie opłaca.

W następnym artykule powiemy o łowieniu koszyczkiem w rzece, a w kolejnych poświęcimy sporo miejsca zagadnieniom technicznym tej metody. Powiemy o wędkach, żyłkach, haczykach i koszyczkach.

Jacek Amerski
Sławomir Zieliński

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments