czwartek, 27 stycznia, 2022
Strona główna Spinning ZA BOLENIEM BEZ POŚPIECHU

ZA BOLENIEM BEZ POŚPIECHU

Bolenie zawsze mnie urzekały, ale nie umiałem ich łowić. Nie znałem też nikogo, kto mógłby mnie tego nauczyć. Do wszystkiego powoli sam dochodziłem. Wprawdzie później poznałem sekrety ekspresowego ściągania przynęt, ale nadal stosuję swój sposób łowienia boleni. Polega on na wolnym prowadzeniu przynęt.

Połowa sukcesu zależy od trafnego doboru przynęty. Uważam, że w pewnych okolicznościach liczy się jej wielkość i kolor, ale najważniejszy jest dobór przynęty do warunków łowiska. Łowię tylko woblerami i ripperami, przeważnie 7-centymetrowymi. Przynęt 5-centymetrowych używam tylko tam, gdzie mogę złowić także klenia.

Łowię na woblery pływające o drobnej akcji, które podczas ściągania schodzą najwyżej pół metra pod powierzchnię. Najlepiej w tej roli sprawdzają się rapale original, ale z dobrym skutkiem stosuję też krajowe woblery. Uniwersalne są modele naśladujące uklejki, a więc srebrzyste z czarnymi grzbietami. Dobre są również woblery białe, niebieskie, szare i złociste. Wszystkie mają wspólną cechę: czarny grzbiet. Do ich ciężaru nie przywiązuję wagi, ponieważ wypuszczam je z prądem. Później je podciągam i obławiam płycizny wzdłuż brzegów i opasek. W takich miejscach nurt jest spokojny, a głębokość wody zazwyczaj nie przekracza 60 cm. Uklejki czują się tam pewnie, bo w razie zagrożenia mogą się schronić przy brzegu lub wśród kamieni.

Gdy zauważę żerujące bolenie, staję kilkadziesiąt metrów wyżej. Zarzucam wobler jak najdalej w nurt rzeki i wysnuwając żyłkę z kołowrotka pozwalam mu swobodnie spływać. Kiedy dotrze blisko miejsca, w którym spodziewam się boleni, zamykam kabłąk i przytrzymuję przynętę w miejscu. Wobler pod naciskiem nurtu zaczyna pracować, równocześnie powoli spływa w stronę brzegu. Zachowuje się więc jak uklejka, która się zapuściła zbyt daleko w nurt. Dla boleni czających się na skraju płycizny to pokusa nie do odparcia i bardzo często atak następuje zanim jeszcze wobler znajdzie się blisko brzegu. Jeżeli brania nie było, to zaczynam woblera powoli podciągać. Kiedy boleń przypuści atak, uklejki rozpierzchają się na wszystkie strony, a wobler zostaje na miejscu.

Kiedy przy brzegu bije pojedynczy boleń, to staram się podać woblera mniej więcej dwa metry powyżej miejsca, w którym on ostatnio uderzał. Boleń bowiem zawsze posuwa się pod prąd. Podawanie mu woblera niżej i przeciąganie wzdłuż od strony ogona jest mało skuteczne, bo takie naśladownictwo małej rybki nie wzbudzi w nim zaufania.

Tak samo łowię bolenie żerujące przy szczytach główek. Obojętne, czy rzucam tam woblerem, czy gumą, zawsze staram się rzucić trochę za krótko. Dotyczy to zwłaszcza pierwszych chwil połowu, bo jeżeli rzut jest za daleki, to można rybę spłoszyć i dalsze łowienie w tym miejscu nie ma już wielkiego sensu.

Na woblery łowię głównie latem w środku dnia, kiedy polowanie boleni przy brzegach jest najbardziej widowiskowe. Rankami i wieczorami nie za bardzo mi się to udaje ze względu na obecność wielu wędkarzy. Przy brzegu można łowić bolenie tylko wtedy, gdy panuje na nim cisza i spokój.

Wiosną, kiedy bolenie rzadko pokazują się przy powierzchni, oraz latem, jeżeli nie widać, by żerowały pod brzegami, sięgam po rippery. Pozwalają mi łowić z dala od brzegów. Używam ripperów z małymi ogonkami, o drobnej akcji, białych i perłowych z niebieskimi grzbietami, a czasami także miodowych z czarnymi grzbietami. Uzbrajam je w kuliste niemalowane główki o wadze od 3 do 10 g.

Staję na brzegu kilka metrów powyżej miejsca, które chcę obłowić. Rzuty układają się w wachlarz. Najpierw rzucam wprost przed siebie, a potem stopniowo coraz niżej w dół rzeki. Po zarzuceniu przynęty zamykam kabłąk i trzymając wędzisko lekko uniesione czekam, aż ripper, który pracuje w prądzie na napiętej żyłce, spłynie do płycizny przy brzegu. Kiedy już trąca o dno, zaczynam go niezbyt szybko ściągać. Utrzymuję tylko takie tempo, żeby guma nie wlokła się po dnie.

Na początek zakładam gumy uzbrojone w lekkie główki i penetruję nimi wodę blisko powierzchni. Zgodnie z moją zasadą, by boleniom podawać przynętę od przodu, zaczynam od rzutów krótkich. Po obłowieniu danego miejsca jedną gumą zakładam inną, zazwyczaj w odmiennym kolorze i uzbrojoną w nieco cięższą główkę. Zarzucam ją też trochę dalej. W ten sposób kolejnymi gumami przeczesuję ten sam rewir rzeki w różnych odległościach i na różnych poziomach. Jeżeli bolenie żerują, to zazwyczaj brania mam zanim przyjdzie kolej na rippery, pracujące w tym samym miejscu, ale przy dnie.

Bolenie stoją najczęściej na granicy przybrzeżnego spadu, na głębokości około półtora metra. Jeżeli nie skutkuje podawanie im rippera wachlarzem, to próbuję ściągać go z prądem. Po kwadransie albo dwóch ustawiam się poniżej wybranej miejscówki i zaczynam przeczesywać wodę posuwając się powoli pod prąd. Rzucam ukośnie w górę rzeki i ściągam gumę najwolniej jak się tylko da. Pomaga mi w tym uzbrojenie ripperów w główki możliwie najlżejsze. Wystarczy taki ich ciężar, żeby dało się je dorzucić w wybrane miejsce.

Kiedy i to nie daje wyników, po prostu odpuszczam boleniom i idę łowić klenie lub jazie. Przywykłem już, że bolenie czasem tak wysoko ustawiają wędkarzowi poprzeczkę, że nie ma szans jej przeskoczyć. Chociaż… Parę razy zdarzało mi się skutecznie nęcić bolenie kamieniami. Kiedy rzeka wyglądała jak martwa i bolenie nie miały najmniejszej ochoty żerować, kilkanaście kamieni wrzuconych tu i tam do wody potrafiło zdziałać cuda. Spłoszone stada uklejek rozpierzchały się na wszystkie strony. W rzece zaczynał się gorączkowy ruch drobnicy. Bolenie korzystały z okazji i zaczynały żerować. Częściej jednak muszę przyznać się do bezsilności i odebrać kolejną lekcję wędkarskiej pokory.

Dariusz Kempiak
Poznań
notował Jarosław Kurek

Poprzedni artykułNA SKRAJU PŁYCIZNY
Następny artykułTROSZECZKĘ O BIOLOGII BOLENIA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments