czwartek, 27 stycznia, 2022
Strona główna Spinning O TROFIEJNYCH BLACHACH

O TROFIEJNYCH BLACHACH

Miałem siedemnaście lat, kiedy zacząłem łowić trocie. Trwa to już kilka dziesięcioleci. Do dziś pamiętam, gdzie te trocie łowiłem, na jakie przynęty i jak je wówczas prowadziłem. Wiem, co się od tamtego czasu w rzece zmieniło i jak się powinienem do tych zmian dopasować.

Polską stolicą łowców troci jest Karlino. I chociaż trociowa wahadłówka o nazwie karlinka pochodzi z Gdańska, ale to właśnie tutaj, nad Parsętą, gdańszczanie ją doskonalili.

Sam też mieszkałem w Karlinie, więc nic dziwnego, że i mnie dotknęła ta nieuleczalna choroba. Przyjaźniłem się z chłopcami, których ojciec, p. Długosz, był bardzo znanym wędkarzem. Pracował w tutejszym POM-ie (Państwowy Ośrodek Maszynowy – przyp. red.) i robił tam doskonałe blachy. Wtedy w marzeniach widziałem siebie, jak z wędką w ręku holuję skaczącą nad wodę troć. Zanim się to marzenie spełniło, w Parsęcie sporo wody upłynęło.

Początek mojej wędkarskiej nauki był taki, że chodziłem za p. Długoszem i przyglądałem się, jak on łowi. W końcu doczekałem się własnej wędki i blachy, ale swoją pierwszą troć złowiłem dopiero po kilku sezonach. Przez pierwsze dwa lata tylko inni je łowili. Dopiero w trzecim roku mojego chodzenia za trociami nastąpiła zmiana. Któregoś razu moja jedyna blacha ugrzęzła w zaczepie. Był marzec, ale się rozebrałem i wszedłem do rzeki, żeby ją odczepić. W nurcie znalazłem zatopiony pień, w którym, oprócz mojej przynęty, tkwiło jeszcze kilka innych blach. Nie posiadałem się ze szczęścia. Miałem kilka trofiejnych przynęt.

Tutaj muszę wtrącić, że wchodzenie do wody po zaczepione przynęty, i to o każdej porze roku, było wtedy czymś normalnym. Choć był to już schyłek lat siedemdziesiątych, w wędkarskich sklepach były pustki. Brakowało sprzętu, nie było nawet żyłek, a o dobrej kotwiczce tylko się marzyło. Dokuczliwy był zwłaszcza brak przynęt. Właśnie dlatego nad Parsętą, szczególnie w Karlinie, rozwinęła się ich chałupnicza produkcja. O każdą blachę dbało się jak o największy skarb.

Ale to wchodzenie do wody, by odczepić blachę, było zarazem lekcją rozumienia rzeki. Po prostu poznawałem dno. Odtąd już wiedziałem, nie tylko, gdzie się kryją zaczepy i odkładają namuły, ale też, w których miejscach prąd żłobi rynny i podmywa brzeg. Najważniejsze jednak, że wszystko to zacząłem widzieć na powierzchni wody. Jak bym książkę czytał. A że w tej księdze nie wszystko da się wyczytać, to też dobrze, bo gdyby wędkarstwo nie miało żadnych sekretów, byłoby bardzo nudne. Takich nieodkrytych tajemnic jest dużo zwłaszcza w rzekach, gdzie niemal każdego dnia prąd wody coś zmienia.

Miałem więc kilka blach. Były piękne. Czułem się tak, jakby wszystkie trocie w Parsęcie były już moje. Pierwszą z nich złowiłem po kilku miesiącach. Potem miałem ich wiele, ale żadna nie zmieniła mojego podejścia do trociowego wędkarstwa. Nadal uważam, że najważniejszą rzeczą w tym hobby są blachy.

Wtedy też, chyba było to po złowieniu trzeciej troci, zacząłem prowadzić notatki. Zapisywałem dosłownie wszystko. Gdzie troć wzięła, na jaką przynętę, o której godzinie, jaka była wtedy pogoda i jeszcze wiele innych rzeczy i zjawisk, które temu wyczynowi towarzyszyły. Dzisiaj, po wielu latach, już wiem, że te zapiski nie na wiele się przydały. Zapamiętałem z nich tylko tyle, a może aż tyle, że najwięcej troci złowiłem późnym wieczorem i że za dnia brały tylko wtedy, gdy było pochmurno, padał deszcz lub prószył śnieg, a niebo miało kolor ołowiu.

Przyszedł też taki moment – długo do niego dorastałem – kiedy zauważyłem, że przy łowieniu troci przynęta odgrywa rolę trzeciorzędną. Niejeden raz złowiłem troć na blachę, do której nie miałem zaufania. Dziesiątki razy widziałem, jak koledzy wyciągają trocie zapięte na jakieś cudaczne przynęty. Widziałem, jak z dwóch stojących obok siebie wędkarzy jeden wyciągał troć na blachę miedzianą ze srebrem, a drugi na jaskrawożółtą w czarne kropki. Właśnie to wnieśli nad Parsętę nasi goście, wędkarze z innych stron Polski. My uważaliśmy, że na trocie dobre są jedynie karlinki. Oni łowili je na wszystko.

Nie przepuściłem żadnej okazji, by wzbogacać wiedzę o trociach. Czytałem o tej rybie wszystko, do czego miałem dostęp. Podczas rozmów z kolegami nie puszczałem mimo uszu nawet nieprawdopodobnych opowieści. Czasem bowiem zawarta jest w nich prawda, której się w żadnych książkach nie znajdzie. Śladami troci przeszedłem kawał drogi, złowiłem kilka sztuk medalowych. Mogę powiedzieć, że nabrałem doświadczenia. Sporo o trociach wiem, ale z rybami nigdy niczego nie jest się do końca pewnym. Dlatego przestrzegam zasady, która mówi, że niczego nie można lekceważyć. Równie ważna jest mocna kotwiczka przy blasze, jak i wiedza o tym, gdzie troci jest najwięcej. Zresztą od takich miejsc zaczynam moje łowy.

Uważnie słuchałem, gdzie kto złowił swoją rybę. Zresztą to nie jest żadna tajemnica. Miejscowi znają takie miejsca, pozna je też każdy, kto kilka sezonów spędzi nad brzegami Parsęty. Warto właśnie od nich zaczynać wędkowanie, choćby przeszło już tamtędy wielu wędkarzy.

Bo z trocią tak jest naprawdę. Idzie dwudziestu wędkarzy, jeden za drugim, a złowi ją dwudziesty pierwszy. Kiedy zaczyna się trociowy sezon, one są już dawno po tarle i spokojnie spływają do morza. Zawsze w nocy. W dzień odpoczywają. Każdego więc dnia w dobrym dla nich miejscu znajdzie się nowa sztuka. I to jest nasza wędkarska szansa.

Gdy już takie pewne miejsca obłowię, idę tam, gdzie ktoś miał troć na kiju, widział ją lub w jakikolwiek sposób się z nią kontaktował. Takie wiadomości rozchodzą się szybko i szeroko, a jeżeli są prawdziwe, to ta troć musi tam jeszcze być. Nie znaczy to, że uda się ją złowić, ale szansa jest duża.

A w ogóle nie odpuszczam żadnemu miejscu, które coś obiecuje. Wiem, że w zimie troć przebywa raczej przy dnie i tam, gdzie nurt spowalniają rozmaite załamania gruntu, bo tam też jest ciemno. Mimo to rzucam przynętę w każdą bystrzynę, w każdy warkocz piany tworzący się za powalonym do wody drzewem. Nie mam bowiem pewności, czy nie znajduje się tam jakaś przeszkoda, która troci użyczyła schronienia.

Na krótkim dyszlu

Tak nazywamy łowienie troci tuż pod nogami. Często jest to niezamierzone, bo ryba uderza w przynętę właśnie tuż przy brzegu po rzucie pod brzeg przeciwny. Wiadomo, że trocie stoją pod brzegami. Pamiętam o tym już przed pierwszym rzutem.

Najlepiej ma ten wędkarz, który znajdzie się na łowisku jako pierwszy, bo wiadomo, że nikt przed nim po brzegu nie chodził i nie hałasował. Ale nie zawsze tak może być. Jeżeli więc widzę, że przez długi czas nikt brzegiem nie szedł, bardzo cicho zbliżam się do miejsca, które uznaję za najlepsze. Staję na tyle daleko od brzegu, żeby nad wodę wystawał jedynie koniec szczytówki, rzucam blisko, nawet na dwa metry, i powoli ściągam. Później rzuty wydłużam.

Bardzo się tu przydają nasze karlinki. Taka blacha, rzucona blisko brzegu, musi trochę zatonąć, zanim się ją zacznie ściągać. Karlinki są mocno wykrępowane i w 0trakcie opadania kolebią się, obracają, cały czas wabią ruchem i błyskami.
Zalety karlinki wykorzystuję również wtedy, kiedy łowię pod drugim brzegiem. Po rzucie nie ściągam blachy od razu, tylko pozwalam jej swobodnie tonąć. Dopiero gdy, według mojej oceny, znajdzie się blisko dna, zapinam kabłąk i pozwalam, żeby napierający na żyłkę prąd zabierał blachę w stronę środka rzeki.

Wracając do krótkiego dyszla: miejsca pod brzegiem są bardzo obiecujące. Szczególnie zimą, kiedy uformują się tam śnieżne nawisy lub wodę skuje lód. Pod takim lodowym parapetem troć jest niemal pewna. Gdy jednak świeci słońce, to nie jest chętna do ataku i wtedy można się do dyszla zrazić. Dlatego potrzebny jest upór i wiara w sukces. Kilka rzutów jedną przynętą, później kilka inną i tak na zmianę. Z jednego miejsca warto rzucać nawet kilkadziesiąt razy. Ja tak łowię. Wiem, że innym będzie trudno. Mnie jest o tyle łatwiej, że krótkim dyszlem złowiłem już wiele troci i jestem do tego sposobu bardzo przekonany.

Replay

Podczas łowienia troci jestem bardzo skupiony. Zwracam uwagę na miejsce, w które upadła przynęta, kontroluję wzrokiem łuk żyłki na wodzie, staram się wyczuć, jak pracuje blacha. W umyśle rejestruję każdy szczegół po to, żebym mógł, jak na replayu, odtworzyć wszystko to, co towarzyszyło złowieniu troci. Kiedy już na spokojnie w pamięci ten proces powtarzam, wiem niemal z dokładnością do centymetra, w którym miejscu troć uderzyła, domyślam się, jaką drogę przebyła blacha, pamiętam, jak w tym momencie pracowała: biła, obracała się czy tylko kolebała. To o tyle ważne, że poprzez taki replay można się najlepiej dowiedzieć, jak blacha pracuje.
Przynęty

Zaczynałem od karlinek i używam ich do dzisiaj. Trocie łowiłem też na woblery, jednak za najlepsze przynęty uważam wahadłówki i obrotówki. Wszystkie przynęty robię sam. To jeszcze jedna rzecz, która pozwala mi myśleć o trociach także wtedy, gdy ich nie łowię. Lubię przynęty ładne, więc bardzo się troszczę o ich porządne wykonanie. Nie przejmuję się, że nie każdy szczegół jest w nich konieczny do tego, żeby były łowne.

Bez wątpienia najważniejsze są kształty. Każda moja nowa blacha ma swój pierwowzór. Jest nim jakaś stara przynęta, na którą kiedyś złowiłem troć. Dokładnie takiej samej zrobić się nie da, rzecz w tym, żeby była jeszcze lepsza. Wspomniany przed chwilą replay, czyli odtwarzany z pamięci przebieg wędkarskiej akcji, zwłaszcza brania, pomaga mi ustalić, jakiej rotacji potrzebuje wykonywana właśnie karlinka. Ogólnie można powiedzieć, że obrotówki są dla troci najbardziej interesujące wtedy, kiedy idą blisko dna, a skrzydełko obraca się bardzo powoli.

Podobnie jest z woblerami. Trocie atakują je tylko wtedy, kiedy są prowadzone z prędkością odpowiednią dla danego łowiska. Jedne woblery łowią ryby, gdy są ściągane pod prąd, inne, kiedy płyną w poprzek nurtu.

Łowienie troci to szczególna odmiana wędkarstwa. Bardziej przypomina myśliwskie polowanie. Trzeba znać szlaki, po których zimowa troć spływa do morza, i wiedzieć, o jakiej porze się to odbywa. Tutaj, w Parsęcie, start do spływania troci do morza następuje zawsze wieczorem, nawet bardzo późnym. Wędkarz musi wziąć to pod uwagę i rano na troć zaczaić się w odpowiednim miejscu i bez żadnych hałasów.

Przydatna jest też umiejętność, którą się zdobywa po długiej praktyce nad wodą. Chodzi o to, żeby po rzucie położyć blachę bardzo cicho na wodzie. Potrzebna jest również cierpliwość, która pozwoli w dzień spokojnie chodzić po brzegu, przyglądać się wodzie i temu, co nad brzegami, by później, kiedy nad wodą będzie już spokojnie, bardzo dokładnie obławiać upatrzone miejsca.

Ryszard Woś
Witaszyce

Poprzedni artykułZANĘTY PODLODOWE
Następny artykułFLUORESCENCYJNE ŻYŁKI I LINKI

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments