poniedziałek, 28 listopada, 2022
Strona główna Spinning MINOROWY POCZĄTEK

MINOROWY POCZĄTEK

Dzień, od którego można już łowić trocie, przyjęło się uważać za otwarcie nowego wędkarskiego kalendarza. Tak jest od wielu lat. Nie od rzeczy będzie jednak zauważyć, że ów kalendarz bardzo się zmienił. Sezon spiningowy wydłużył się nie tylko na miesiące zimowe, ale także na wczesnowiosenne. Do zmiany tego kalendarza najbardziej przyczynili się wędkarze łowiący ryby spokojnego żeru, szczególnie ci, którzy się posługują technikami dopasowanymi do drgającej szczytówki. Dla nich jedyną przeszkodą, która nie pozwala im łowić, jest pokrywa lodowa.

Głos oddamy im na następnych stronach, a na razie zajmiemy się tym, co się działo w pierwszym dniu nowego sezonu spiningowego na rzekach pomorskich. Wedle regulaminu sezon zaczyna się 1 stycznia. W tym jednak roku zaczął się już dzień wcześniej, 31 grudnia, ponieważ była to niedziela.

Z góry musimy zastrzec, że nie będzie to matematyczne podsumowanie połowów. Nie sposób bowiem ogarnąć tego wszystkiego, co się działo na kilkuset kilometrach brzegów co najmniej dziesięciu rzek, w których szukano łososi i troci. Gdzie tylko było można, sprawdzaliśmy przekazywane nam informacje, bo często dwie osoby, nawet w dobrej wierze, mówiły o złowieniu tej samej troci jakby to były dwie różne ryby. Nie wspominając już o poczcie głosowej lecącej po brzegu od wędkarza do wędkarza. Miała ona wyłącznie posmak sensacji.

Od kilku lat, dzięki telewizji, na pierwszą w Polsce łososiową rzekę wybiła się Słupia. Powód prosty. Facetowi z kamerą najłatwiej było tu dotrzeć do łowiących wędkarzy, bo stali tuż przy ulicy. To uroda Słupska, że przez środek miasta płynie rzeka, którą z morza, pod prąd, ryby wędrują na tarło. Nigdy jednak te relacje nie oddawały prawdy o całej rzece, dotyczyły tylko jej miejskiego fragmentu. Robiły natomiast dobre wrażenie na tych telewidzach, którym imponuje ilość złowionych ryb, ale nie są w stanie odróżnić troci od łososia, a może i od szczupaka.

Niestety rzeczywistość nie jest taka prosta. Ot chociażby przykład ze Słupi. W ubiegłym roku, w dniu zaczynającym sezon, sporo złowiono ryb w Słupsku i w Bydlinie. Mogło ich być około dwustu. A łowiących? Stu startowało w zawodach, ci złowili 90 ryb. W rejonie Bydlina było około dwustu wędkarzy, a koło Włynkowa (wieś pomiędzy Słupskiem i Bydlinem) kolejna setka. Rodzi się więc pytanie o te dwieście złowionych ryb. W tym samym bowiem czasie w Ustce też odbywały się zawody. Blisko sto osób nie złowiło przez osiem godzin żadnej ryby. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że w rejonie Bydlina i w Słupsku była ona najlepiej strzeżona przed kłusownictwem, a ponadto przez trzy miesiące nie było wolno w niej wędkować. Czy więc, zważywszy na ilość łowiących, 200 ryb to dużo?

Wszyscy wędkarze mówią o kłusownictwie i wszyscy mają na to jedną radę: patrole, kontrole, wysokie kary…. Nie przemawia do nich argument, że tą drogą daleko się nie zajedzie, a przykładem może być zdobycz klasy pracującej, Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, gdzie za spekulacje karano śmiercią. I co? Chyba bardziej złodziejskiego i spekulacyjnego kraju na kuli ziemskiej nie było.

Podczas wędrówek tarłowych kłusownictwo jest zjawiskiem powszechnym. Jego skala jest porażająca, a skutki walki z nim mizerne. Nie dlatego, że straże źle pracują. Ba, na Pomorzu powstało wiele klubów i towarzystw, które walkę z kłusownictwem wspierają. Nie na wiele się to jednak zdaje. Kłusownicy to najczęściej kilkuosobowe grupy, które ostrzeżenie o każdym pojawiającym się zagrożeniu otrzymują przez telefony komórkowe. Są nie do złapania. Natomiast kradną dziesiątki ton ryb nie na własny użytek, lecz na sprzedaż. System fakturowania zakupów i udowadniania, że ryby zostały kupione legalnie, jest bardzo dziurawy. Więc szukaj wiatru w polu.

W okresie ciągów tarłowych na każdym pierwszym od morza spiętrzeniu Polski Związek Wędkarski odławia łososie i trocie i pozyskuje z nich ikrę, z której potem w przedsiębiorstwach hodowlanych wylęga się narybek. To dobrze, ale po pozyskaniu ikry wszystkie złowione ryby nie są wypuszczane, lecz zabijane. A jest ich tyle, że pozyskana z nich w jednym roku ikra wystarczyłaby na wiele lat, gdyby dało się ją przechować.

Nic też nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy, tak jak jest na całym świecie, mogli łowić ryby także w czasie tarłowych ciągów. Na to jednak przymorskie okręgi PZW, które dzierżawią rzeki, się nie godzą. Na razie, ale tylko do czasu, dopóki wędkarze nie zrozumieją, że to ich organizacja, a nie tamtych.

O tym, która rzeka jest lepszym łowiskiem łososi i troci, decyduje długość jej wolnego przepływu od morza do pierwszej przegrody. Ina dosyć wcześnie zatrzymuje ryby, bo już w Goleniowie. Rega dopiero za Trzebiatowem, a to już kawał drogi i łowisko jest dobre. Swobodnym nurtem najdalej płynie Parsęta, po niej Słupia. Licho na tym tle wypada Wieprza, która ma raptem dwa kilometry wolnego biegu, trochę więcej (parę kilometrów) Grabowa, jej dopływ. Świetną trociową rzeką mogłaby być Łeba, ale jezioro, przez które uchodzi do morza, przegradzają liczne sieci. Nie liczą się jedne z piękniejszych rzek pomorskich – Łupawa i Piaśnica. Godna zainteresowania jest dopiero Reda, uchodząca do Zatoki Puckiej.

Reda
Odbyły się tam zawody. Łowiło prawie stu ludzi, którzy przyjechali niemal z całej Polski. Do domów wszyscy wrócili zadowoleni, mimo złej pogody. Na całym pasie przymorskim wiały huraganowe wiatry i padały rzęsiste deszcze. Na szczęście było ciepło, około pięciu stopni powyżej zera.

Złowiono sporo pstrągów potokowych i tęczowych, a także kilka lipieni. Jeden z nich, który skusił się na woblera, miał 45 cm. Wszystkie wróciły do wody, a do wagi przyniesiono 11 ryb. Wśród nich były dwa komplety troci i jeden łosoś. Niemal wszyscy mieli kontakt z dużymi rybami, które jednak spadały podczas holu. Reda to mała rzeka i wędkarzowi, który ma na kiju kilkukilową rybę, stawia duże wymagania.

Witold Polakowski, który przysłał nam informację o tych zawodach, zwraca uwagę, że już od kilku lat w Redzie ryb jest dużo. Jego zdaniem należy to zawdzięczać dwom czynnikom. W okresie ciągów tarłowych rzeka jest skutecznie pilnowana, a mieszkańcy Wejherowa, przez które Reda przepływa, bardzo się nią interesują. Podczas ciągów przychodzili oglądać płynące pod prąd ryby, bo to widok nadzwyczaj ładny, a przy okazji czegoś się dowiadywali. Objaśnień i informacji udzielali im strażnicy i wędkarze. Kroczek po kroczku, najważniejsze, że ludzie widzą, iż to się opłaca.

Łeba
Odbyły się tu zawody. Takie imprezy dają pojęcie o ilości ryb w danym akwenie. Skupiają bowiem dobrych spiningistów, którzy się na ten czas bardzo przykładają do swojej roboty. Osiemdziesięciu zawodników złowiło sześć ryb, ale żeby rachunek był prawidłowy, trzeba do nich dodać nieudane hole. Ryby wiele razy wygrywały.

Słupia
Reportażu o początku tegorocznego sezonu na pewno w telewizji nie będzie. Bo i o czym mialby on być, skoro w TV wszyscy mają być szczęśliwi, a problemy to dopiero po dwudziestej trzeciej. Ludzi nad Słupią było dużo, ryb w niej bardzo mało. Najdziwniejsze, że również w Słupsku i Bydlinie. W południe w Bydlinie mówiono o złowieniu kilku ryb. To szokujące dla tych wędkarzy, którzy to łowisko znają.
W Słupsku przy przepławce jest urządzenie, które liczy przepływające ryby. Według jego wskazań na tarliska popłynęło ponad cztery tysiące troci i łososi. I było o nich słychać. W rejonie Łosina, Żelkowa i Kwakowa. złowiono kilkadziesiąt ryb.

Wieprza
Nie ma o czym mówić. Może kilka ryb gdzieś złowiono, ale nikt o nich nie słyszał. Zasięgnęliśmy więc języka nie tylko u wędkarzy. Dowiedzieliśmy się, że pod koniec października łososi i troci w rzece było mało, a w późniejszych miesiącach jeszcze mniej. Nawet podczas jesiennego ciągu w górę od Sław ryb było bardzo mało.

We wrześniu podczas zawodów zorganizowanych przez Towarzystwo Miłośników Wieprzy, padła jedna troć na osiemdziesięciu chłopa.

Wiesław Halbina, prezes Towarzystwa, powiedział nam, że wraz z synem sezon rozpoczynał w rejonie Korzybia. Nie mieli brania. Po powrocie do Sławna zasięgnęli języka u znajomych wędkarzy. Nikt nie słyszał o jakiejkolwiek złowionej rybie.

Parsęta
W Parsęcie z rybami było bardzo słabo, a jest to rzeka, która ma kilkadziesiąt kilometrów wolnego biegu, od Bałtyku do spiętrzenia w Rościnie. Tradycyjnie największe oblężenie było pomiędzy Rościnem a Karlinem i Kopydłówkiem a Budzistowem, a także w okolicach Ząbrowa i Daszewskich Łąk. Przy średnim stanie rzeki dostęp do wody był łatwy, a miejscówki czytelne. Złowiono około 30 ryb. Przeważały trocie o wadze 1 – 2 kg. Ozdobą były więc dwa łososie ważące 6 i 8 kg. To był temat rozmów i marzeń, ale na drugi dzień było jeszcze gorzej. Złowiono chyba nie więcej niż 20 ryb.

Przy pochmurnej pogodzie skuteczne były jasne karlinki i takież obrotówki, ale jak zwykle, najwięcej ryb złowiono na jaskrawe woblery.

Rega
Trudno stwierdzić, ilu wędkarzy przyjechało nad jej brzegi na otwarcie sezonu. Pewne wyobrażenie daje ilość samochodów zaparkowanych w pobliżu najbardziej renomowanych łowisk. Licząc po trzech pasażerów na każde auto można szacować, że od Trzebiatowa aż do morza łowiło około 300 wędkarzy. Przypuszczalnie złowili od 70 do 90 ryb. Najokazalsza zdobycz to łososie o wadze 15 i 20 kg. Dużo było ryb ważących około 5 kilogramów, ale niektórzy musieli się zadowolić kilówkami.

Jednym słowem najbardziej udany początek sezonu mieli wędkarze, którzy przyjechali nad Regę. Ale im również przeszkadzał bardzo silny wiatr, tutaj tym bardziej dokuczliwy, że Rega płynie po terenie pozbawionym drzew i płaskim jak stolnica. Niektórzy więc wędkarze nie wychodzili na otwarty teren, lecz łowili w krzakach, to znaczy na odcinku miejskim i tuż za miastem, przed wsią Nowielice. Złowili tu sporo ryb, ale można przypuszczać, że przy lepszej pogodzie poszliby na odcinki łąkowe, gdzie łowiono ryb dużo i padały większe sztuki.

WD

NAD SŁUPIĄ KOŁO, NOMEN OMEN, BYDLINA
W dzień otwarcia sezonu starszy wiekiem wędkarz holował rybę. Po dłuższym czasie, prawie po pół godzinie, zorientował się, że jedna z kotwic woblera, którym łowił, zahaczona jest na płetwie grzbietowej około ośmiokilogramowego łososia. Ryba co jakiś czas podchodziła pod powierzchnię, ale cały czas była na tyle silna, że się nie dawała podciągnąć pod nogi wędkarza.

W pewnym momencie na drugim brzegu pojawiło się trzech młodych wędkarzy. Chwilę przyglądali się walce jaką toczył starszy człowiek z rybą. Kiedy zobaczyli, że ryba zahaczona jest za płetwę grzbietową, swoimi wędkami przerzucili żyłkę łowcy. Ich przynęty spłynęły po niej do grzbietu ryby. Kiedy tam dotarły, powbijali kotwiczki w rybę i siłowo, była na trzech linkach, ściągnęli ją do siebie. Odcięli wobler z wędki starszego wędkarza, z rybą porobili sobie zdjęcia na tle wody, po czym poszli w kierunku parkingu. I tyle ich widziano.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments