piątek, 9 grudnia, 2022
Strona główna Spinning ...OD KAMYKA DO KAMYKA...

…OD KAMYKA DO KAMYKA…

W zbiornikach zaporowych sandacze łowi się zwykle z opadu, to znaczy po uderzeniu przynęty w dno podrywa ją do góry i pozwala opadać na napiętej lince.

Bardziej doświadczeni wędkarze dbają o to, żeby przynęta jak najdłużej szybowała w wodzie. W tym celu kotwiczą łódkę na głębinie i rzucają na płytszą wodę. Jest to najlepszy sposób łowienia sandaczy, który sprawdza się prawie wszędzie. Prawie, bo niedawno rozgryzłem miejscówkę, na której przez kilka lat, mimo usilnych prób, techniką opadu nie złowiłem ani jednej sztuki.

Tym nietypowym łowiskiem jest podwodna górka. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym, w tym zbiorniku jest takich kilka. Jej szczyt znajduje się trzy metry pod powierzchnią, a dno będące w zasięgu rzutu kończy się na dziesięciu metrach. Jeden stok jest pokryty kamieniami, na pozostałych leży cienka warstwa mułu z licznymi karczami. Słowem, wymarzone łowisko sandaczy.

Na tej górce zawsze łowiłem w sposób klasyczny. Kotwiczyłem na dziesięciu metrach i stamtąd rzucałem na szczyt górki, po czym skokami sprowadzałem przynętę po stoku. Przez kilka lat łapałem same zaczepy i nie miałem ani jednego sandaczowego brania. Mimo to odwiedzałem ją dosyć często. Nie mogłem uwierzyć, że sandaczy tam nie ma. Przecież w podobnych łowiskach w tym zbiorniku łowiłem je z powodzeniem!

Jak to w życiu bywa, skuteczny sposób na sandacze z tej górki znalazłem przypadkowo. W tym dniu mocno wiało. Na sprawdzonych miejscówkach na środku zbiornika łowić się nie dało, więc popłynąłem na tę niewdzięczną górkę. Bliski brzeg osłaniał ją przed wiatrem, więc fale były tam mniejsze. Jednak wiało na tyle mocno, że zanim się dobrałem do kotwicznej liny, wiatr i fale zdążyły mnie znieść nad szczyt. Położyłem tam kotwicę i nawet nie zamierzałem się przestawiać, bo właśnie z powodu tego wiatru chciałem wcześniej wrócić do domu. Jednak dla przyzwoitości postanowiłem jeszcze kilkanaście razy rzucić. Na pożegnanie.

Z początku próbowałem łowić z opadu, ale stok był stromy i musiałem bardzo wysoko podrywać przynętę, co było kłopotliwe. Po kilku rzutach zmieniłem taktykę i zacząłem ciągnąć gumkę po dnie. Stok był gęsto usiany kamieniami i co chwila czułem, jak przynęta w nie uderza. Kiedy zadzwoniła komórka, przestałem skręcać żyłkę i sięgnąłem do kieszeni, żeby ją wyjąć. Wtedy poczułem puknięcie, ale nieco mocniejsze niż uderzenie w kamień. Machinalnie zaciąłem i po chwili wyjąłem sporego sandacza.

Była to pierwsza i jedyna informacja, jakiej udzieliły mi sandacze. Pozostałe tajniki poznałem z czasem. Wtedy worek z rybami się rozwiązał i zacząłem regularnie wyciągać dorodne sztuki.

Na owej niewdzięcznej górce sandacze z opadu nie brały i kompletnie ignorowały przynęty idące po stoku w dół. Żeby je skłonić do brania, musiałem stawać na szczycie i prowadzić gumę pod górę, z głębokiej wody na płytką, a to się naprawdę bardzo rzadko sandaczom zdarza. Co ciekawe, brały tylko na tym stoku, który był pokryty kamieniami. To kolejny podwodny dziwoląg. Przynajmniej teoretycznie znacznie lepsze łowiska powinny być w karczach. I jakby jeszcze tego było mało, brały inaczej. Uderzały wyjątkowo delikatnie, najczęściej były to słabe puknięcia. A przecież o normalnym braniu sandacza nie darmo się mówi, że to kopnięcie.

Jak już wspomniałem, na stoku były kamienie. Dopóki łowiłem na plecionkę, nie mogłem odróżnić brania sandacza od uderzenia w kamień. Plecionka zbyt wyraźnie przekazywała sygnał. Dopiero kiedy zmieniłem ją na żyłkę, łowienie zrobiło się łatwiejsze. Żyłka nie przenosiła tak dokładnie informacji o każdym kontakcie przynęty z podłożem i od biedy mogłem odróżnić uderzenia sandaczy, które były nieco mocniejsze, od uderzeń w kamienie.

Zacząłem wyciągać ryby, ale wiedziałem, że do skutecznego łowienia jeszcze czegoś brakuje. Kluczem do sukcesu okazało się robienie przystanków. Prowadziłem przynętę od kamyczka do kamyczka i po każdym puknięciu robiłem przerwę. Kiedy gumka leżała na dnie, o pomyłce nie mogło być mowy, puknąć w nią mógł tylko sandacz. Dlatego idealne warunki do takiego łowienia są przy bezwietrznej pogodzie. Wtedy mogę poprowadzić przynętę powoli i dokładnie.

Sandacze były bardzo kapryśne, jeśli chodzi o rodzaj i kolor przynęty. Najlepiej brały na 5–centymetrowe rippery, ale tylko w dwóch kolorach. Najłowniejszy był ripper perłowy z ciemnozielonym grzbietem, a na drugim miejscu biały z grzbietem czerwonym. Musiałem je zbroić w główki 5-6 g. Na cięższe przynęty łowiło się znacznie lepiej, bo wyraźnie czułem każdy kontakt z dnem, a wtedy nie było brań.

Najlepsze wyniki mam w czasie zakwitu wody, bo wtedy pod powierzchnią jest ciemno i sandacze częściej żerują za dnia. Najwięcej ryb łowię od rana do godziny jedenastej, ale na górce nieraz stoję przez cały dzień. Jest to najpewniejsze łowisko nawet wtedy, gdy gdzie indziej sandacze nie biorą wcale. Nieraz przez dwanaście godzin nie miałem ani pstryknięcia, ale kiedy się ruszyły, to w kilkanaście minut łowiłem komplet, w którym każda sztuka miała ponad 80 cm.

Wędkarze mają dobre oczy i widzą, jak wyciągam z wody okazałe sandacze. Często stają na mojej górce (teraz ona już nie jest niewdzięczna), ale zabierają się do niej w nieodpowiedni sposób. Kotwiczą tak jak ja kiedyś, łowią ciężkimi przynętami i za szybko je prowadzą. Tym sposobem nic nie zwojują. Zostają po nich tylko porwane linki, które muszę wyciągać z wody, żeby później dało się tam łowić.

Józef Wyspiański
Ziębice

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments