poniedziałek, 27 czerwca, 2022
Strona główna Spławik CHORY NA ŚWINKĘ

CHORY NA ŚWINKĘ

Z rzecznych ryb najbardziej lubię łowić świnki, mogę o sobie powiedzieć, że jestem chory na świnkę. Jeździłem na nie nad San, Dunajec, Rabę, Sołę i Skawę. Wreszcie trafiłem do Muszyny nad Poprad i wszystkie inne łowiska przestały dla mnie istnieć. Takich dużych świnek i w takich ilościach nie spotkałem nigdzie indziej.

Moja przygoda z popradzkimi świnkami zaczęła się w początkach lat osiemdziesiątych. Kopalnia, w której wtedy pracowałem, miała w Muszynie dom wczasowy. Wystarczył jeden wyjazd, żeby zakochać się w tamtej rzece i okolicach. Znalazłem sobie prywatną kwaterę tuż nad wodą, przy dużym zakręcie rzeki, gdzie z powodu kłopotliwego dojazdu wędkarze rzadko zaglądali. Miałem świnki tylko dla siebie. A było ich wtedy bez porównania więcej niż teraz. Przez kilkanaście lat dokładnie poznałem ich zwyczaje.

Za dnia stada świnek przebywały na środku rzeki, w najgłębszej części koryta. Nocami wypływały żerować na przybrzeżne płycizny. Jeżeli nikt ich stamtąd nie wypłoszył, wracały na głębszą wodę krótko po wschodzie słońca. Po nocnym żerowaniu do południa brały umiarkowanie. Łowiłem je w różnych porach dnia, ale najlepsze brania zaczynały się późnym popołudniem i trwały do zmroku.

Z wyborem łowiska nie było kłopotu. Wchodziłem w woderach na płyciznę znajdującą się pośrodku rzeki i stawałem na skraju głębokiej wody, którą znaczyły obmywane nurtem głazy. Mogłem stąd dosięgnąć świnek stojących w rynnach na środku rzeki. Było tam od półtora do trzech metrów głębokości.

Po każdej dużej wodzie układ dna się zmieniał, ale świnki nie wybrzydzały. Nawet gdy nie było ich w którejś rynnie, to zawsze można je tam było zwabić zanętą. Jednego roku z pomocą dzieci wybudowałem kamienną tamkę sięgającą skraju głębokiej wody. Świnki gromadziły się tam, gdzie z płycizny za tamką nagrzana woda spływała w główny nurt Popradu. Wystarczyło w to miejsce wrzucić parę kul zanęty i brania były murowane.

Nęcąc świnki odkryłem, że doskonale działa na nie zapach krwi, jak zresztą na wszystkie inne rzeczne ryby. Krew była podstawą mojej zanęty. Brałem ją z pobliskiego bakutilu. Nie trzeba było tego dużo, litrowy słoik wystarczał na tydzień łowienia. Zanętę szykowałem tuż przed wejściem na łowisko. Parę kilogramów nadrzecznego iłu lub ziemi mieszałem ze żwirem i garstką suszonej krwi. Jeżeli miałem białe robaki, to też ich trochę dodawałem. Wszystko razem wyrabiałem i ugniatałem. Na początek wrzucałem trzy twarde kule, a potem co jakiś czas po jednej i po garści białych robaków sypanych luzem.

Na haczyk zakładałem pojedynczą larwę dużego chruścika. Białe robaki tylko w ostateczności. W samym Popradzie o duże chruściki było trudno. Co parę dni wyprawiałem się w górę potoku Muszynka i tam wybierałem je spod kamieni. W chłodnym miejscu, w pudełku wyścielonym mokrą szmatką, można je było przetrzymać przez kilka dni. Na haczyk zakładałem oczywiście larwę bez domku.

Gdy zasady łowienia w Popradzie się zmieniły i zakazano używania żywych przynęt, zacząłem łowić na pęczak. Dodawałem go też garściami do zanęty. Na pęczak świnki zawsze brały gorzej niż na chruściki, ale gdy go w wodzie było sporo, to w łowisku przebywała ich cała gromada. Z czasem tak do tego nawykłem, że kiedy wybrałem się nad San, to też tej przynęty używałem. Miejscowi wędkarze nadziwić się nie mogli, że świnki biorą na pęczak i to równie dobrze jak na białe robaki.

W słabym prądzie i przy słabym wietrze łowiłem dziewięciometrowym teleskopem bez przelotek. Jeżeli warunki były trudne – najbardziej w łowieniu takim kijem przeszkadza silny wiatr – albo w łowisko wpływały brzany, to brałem do ręki pięciometrowy kij z kołowrotkiem. Lekkie zestawy, przeznaczone do łowienia w niezbyt głębokiej wodzie i przy małym uciągu, obciążałem jedną przelotową oliwką. Cięższe dwoma oliwkami. Mniejszą, przy przyponie, blokowałem z dwóch stron gumowymi stoperami tak, żeby mogła się po żyłce przesuwać na dystansie 30 centymetrów. Większą oliwkę mocowałem wyżej, też gumowymi stoperami, ale na sztywno. Dzięki gumowym stoperom mogłem w trakcie łowienia zmieniać jej miejsce. Pozwalało mi to ułożyć obciążenie stosownie do właściwości łowiska. Grunt ustawiałem tak, żeby dolna oliwka szła tuż nad dnem.

Przypon z dziesiątki na świnki cał-kowicie wystarczał, ale czasem musiałem zakładać grubszy ze względu na brzany. Przekonałem się jednak z własną szkodą, że przy łowieniu teleskopem bez przelotek nie może on być zbyt gruby. Kiedyś przy łowieniu na czternastkę trafiła się ładna brzana i zaczęła uciekać w nurt. Przypon wytrzymał, nie wytrzymała jednak wędka.

O tym, jak szybko trzeba świnki zacinać, krąży wiele opowieści. I wszystkie są prawdziwe. Sygnałem brania może być każde drgnięcie spławika, ale spławik drga również wtedy, gdy ołów muśnie dno. Nieraz jednak nie pomagał nawet najlepszy refleks i maksymalnie napięta uwaga. Dlatego gdy spuszczam zestaw z nurtem, to pod koniec spływu zawsze zacinam.

Długo nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że spławik niczego nie sygnalizował, a przynęta znikła z haczyka albo została na nim tylko wyssana skórka robaka. Po prostu świństwo! Udało mi się kiedyś podpatrzeć, jak to się dzieje. Świnki łapały koniuszkiem pyska przynętę, przez chwilę spływały z nurtem dokładnie w tym samym tempie co ona, a potem ją wypluwały. Spławik nie miał prawa niczego pokazać. Przeważnie postępowały tak duże świnki, które pewnie już niejednemu wędkarzowi przynętę objadły. Może w pewnych sytuacjach one tak właśnie żerują?

Gdy coś takiego dostrzegłem, zacinałem w ciemno co kilkanaście centymetrów. Bardzo krótkie zacięcia nie płoszyły ryb ani nie przeszkadzały w dalszym prowadzeniu zestawu. Wynikiem takiego połowu była zazwyczaj pełna siatka przepięknych kilowych świnek.

Henryk Grobelny
Rybnik

Poprzedni artykułLESZCZE Z WIGIER
Następny artykułSTRATEGIE POLOWANIA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments