wtorek, 18 stycznia, 2022
Strona główna Spławik LESZCZE Z WIGIER

LESZCZE Z WIGIER

Każde wakacje spędzałem nad Wigrami. To szczególne jezioro. Polodowcowe, głębokie, otoczone wysokimi wzgórzami. Brakuje strefy przybrzeżnej, gdzie zazwyczaj łowi się większość gatunków ryb. Brzeg gęsto porastają trzciny, a tuż za nimi zaczyna się głębia. Na pierwszy rzut oka nie ma gdzie wędkować.

Spośród wielu ograniczeń, jakie wtedy obowiązywały na Wigrach, najbardziej dawał się we znaki zakaz nęcenia środkami spożywczymi (obecnie w wodach Wigierskiego Parku Narodowego nie wolno stosować żadnych zanęt). Przy łowieniu białej ryby nęcenie to podstawa sukcesu, więc ile razy byłem tam na wakacjach, bez nęcenia łowiłem tylko ukleje, płotki i przypadkowe małe leszcze. Podobne wyniki miał mój kolega.

Zdegustowani takim obrotem sprawy zaczęliśmy kombinować. Doszliśmy do wniosku, że duże leszcze trzeba łowić w jakimś odpowiednim miejscu. Realizując ten pomysł, niejedną godzinę spędziliśmy na sondowaniu dna (z łódki). W końcu zdecydowaliśmy się na zatoczkę nazywaną powszechnie Zatoką Uklei.

Tuż za trzcinami było tam głęboko na dwa metry, potem dno, pokryte roślinnością, gwałtownie opadało do 7 – 8 metrów. Podobną głębokość miała cała zatoczka. Wyjątkiem była rynna ciągnąca się równolegle do brzegu, która w najgłębszym miejscu miała blisko 20 m. Po wielu sondowaniach znaleźliśmy leszcze na jednym z jej stoków. Był to pozbawiony roślinności plac na głębokości od 10 do 12 m. W to miejsce przypływały żerować duże leszcze. Kilkanaście metrów dalej wyniki były zerowe. Nie wiem, czy była to kwestia ukształtowania dna, głębokości, czy rozłożenia podwodnych roślin. Gdy się zacumowało łódkę nieco w bok, można było przesiedzieć cały dzień bez jednego brania.

Ponieważ nie mogliśmy nęcić środkami spożywczymi, poszukaliśmy innego sposobu. Przez dwa dni sypaliśmy do wody po kilka kilogramów siekanych rosówek. To wystarczyło, zaczęły się regularne brania. Po każdym z nich wrzucaliśmy w łowisko jeszcze kilkanaście siekanych rosówek. Czasami dodawaliśmy do tego parę garści białych robaków.

Łowiliśmy dwa razy dziennie: od bladego świtu do godziny 8 – 9, potem od 16 do zmierzchu. Najwięcej brań było między godz. 17 a 19. Dobry wpływ na wyniki miała niżowa, deszczowa pogoda.

Łódkę kotwiczyliśmy 15 metrów od łowiska. Zestawy z przelotowymi spławikami były tak wygruntowane, żeby przynęty i przypony leżały na dnie. Obciążeniem było kilka dużych śrucin rozłożonych na odcinku 40 cm. Jedną z tajemnic naszego sukcesu były półmetrowe przypony z żyłki 0,12. Na zestawy z grubszymi przyponami brań nie było. Wielu wędkarzy próbowało łowić tuż obok nas, lecz duże leszcze ich ignorowały, bo stosowali przypony grubsze od naszych. Nam się co prawda wiele leszczy zerwało, ale przynajmniej w ogóle mieliśmy brania. Dzięki długiemu przyponowi spławik sygnalizował dopiero koniec brania i odjazd ryby. Nie było wyłożeń. Spławik powoli chował się pod wodę, zacinaliśmy i leszcz był na haczyku. Pustych zacięć mieliśmy mało.

Na haczyki nr 8 – 12 zakładaliśmy małe rosówki. Nawlekaliśmy je wzdłuż, wolny był tylko sam ogonek. Dobre były też pęczki czerwonych robaków. Czasami łowiliśmy na konserwową kukurydzę albo surowe płatki owsiane namoczone wodą z jeziora, ale te przynęty były gorsze od mięsnych. Łowiliśmy też na białe robaki, ale na nie brały tylko ukleje i małe okonie. W ogóle nie sprawdziły się gotowane na półtwardo ziemniaki, a na parzony bez żadnych dodatków pęczak i pszenicę brały tylko płotki.

Łowiliśmy głównie piękne wigierskie płocie, często nawet półkilowe, a na rosówki nieraz także grube okonie. Od czasu do czasu trafiał się duży leszcz. Oczywiście leszcze wpływały w łowisko stadami, ale przy niewielkich ilościach zanęty nie byliśmy w stanie długo ich przytrzymać. Zazwyczaj udawało się nam wyciągnąć jedną lub dwie sztuki. Gdy jakiś leszcz zerwał się w czasie holu, to stado natychmiast odpływało.

Nieraz w łowisku pojawiało się po kolei kilka różnych stad leszczy. Łatwo było to poznać, bo każde składało się z ryb innej wielkości. Wtedy połowy były rewelacyjne. Nasz rekord to 16 sztuk wyjętych jednego poranka. W ciągu dwóch tygodni złowiliśmy w sumie kilkadziesiąt leszczy. Wszystkie od 2,5 do 4 kg. Największy miał 4,20 kg.

Szymon Wyrwik
Chrzanów

Poprzedni artykułWIOŚLARKA
Następny artykułCHORY NA ŚWINKĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments