czwartek, 30 czerwca, 2022
Strona główna Spławik O OCZACH DOOKOŁA GŁOWY

O OCZACH DOOKOŁA GŁOWY

Na zawody wysokiej rangi, na przykład mistrzostwa świata albo Europy, angielska drużyna przyjeżdża dwa tygodnie wcześniej. Przez pierwszy tydzień zawodnicy z własnej kieszeni pokrywają koszty pobytu, treningów i dojazdów. Jest nie do pomyślenia, by ktoś sobie ten pierwszy tydzień odpuścił. Nie wynika to z jakichś formalnych nakazów. Oni po prostu dobrze wiedzą, że gdyby postępowali inaczej, późniejszy sukces przeszedłby im koło nosa.

Podczas pierwszych treningów nikt się do nikogo nie wtrąca, każdy łowi po swojemu. Nie chodzi o technikę, bo wszyscy dobrze ją opanowali, lecz o wypróbowanie zestawów, a zwłaszcza zanęt. Wszyscy eksperymentują. Bazę mają wprawdzie podobną, ale każdy dodaje do niej swoje składniki. Doświadczenie jednak robi swoje i najczęściej jest tak, że już po kilku treningach zanęty poszczególnych zawodników mało się od siebie różnią.

Tydzień przed zawodami przyjeżdża trener. Teraz treningi odbywają się pod jego okiem. Zawodnicy już rozpoznali łowisko. Testują trzy rodzaje podobnej zanęty. Na oficjalnym treningu mają zanętę złożoną z tych samych składników, ale każdy przygotowuje ja po swojemu. Will Raison poświęca na to trzy godziny. Gdy tylko dotrze na stanowisko, właśnie od zanęty zaczyna. Najpierw ją przesiewa. Grubsze grudki, które nie przechodzą przez sito, wyrzuca (tylko on tak robi, jego koledzy z drużyny rozcierają zanętę do końca). Przesianą zanętę dokładnie miesza. Służy mu do tego napędzane baterią mieszadło normalnie używane do rozrabiania zaprawy murarskiej. Wymieszaną zanętę nawilża, przykrywa i dopiero wtedy zaczyna urządzać stanowisko. Rozkłada pomost, stojaki pod wędki itp., ale co jakiś czas zagląda do pojemnika i sprawdza zanętę. Czasami ją przemiesza, czasami dowilży.

Inaczej zanętę przyrządza Alan Scotthorne. Wszystko robi w jednym rzucie: przeciera, dokłada potrzebne składniki, moczy, po jakimś czasie dowilża, później przykrywa wiadro ręcznikiem i już tam nie zagląda. Zajmuje się czymś innym. Organizuje stanowisko, szykuje wędki, gruntuje łowisko… Do zanęty wraca na chwilę przed nęceniem, żeby dodać białe robaki lub konserwową kukurydzę.

Na pół godziny przed startem każdy robi ze swojej zanęty kulkę i wrzuca ją do dużego kubła z wodą. Obok stoi trener. Wszyscy obserwują, jak czyja kulka pracuje. Robią to na osobności, wiec nie wiem, o czym wtedy rozmawiają.

Anglicy bardzo celnie strzelają z procy. To wynik regularnych treningów. Na przykład Will Raison zbiera w parku kasztany, bo wielkością i wagą są podobne do kulek zanętowych. Później strzela nimi ustawiając cel w takich odległościach, w jakich się najczęściej nęci łowisko. Rozmawiałem z nim na ten temat i zwrócił mi uwagę na pewien szczegół, który ma duży wpływ na celność. Łokieć ręki, która trzyma koszyczek z zanętą (kasztanem), musi być oparty o biodro. Zasięg strzału i kierunek reguluje się drugą ręką, która trzyma widełki. Proste: łatwiej jest celnie strzelać, kiedy jedna ręka zawsze znajduje się w tym samym miejscu.

Zasada podawania przynęty procą wydaje się prosta: trzeba strzelać możliwie najbliżej spławika. Okazuje się, że nie zawsze. Kiedyś obserwowałem Scotthorna. Strzelał wyjątkowo niecelnie, żadna kula nie trafiła w spławik, wszystkie spadały od niego o pół, a nawet ponad metr. Rozrzut był ogromny. Zdziwiło mnie to, bo Alana znam dobrze i wiem, że potrafi strzelać z dokładnością do 20 cm. Obserwowałem to nęcenie razem z jednym z naszych zawodników, który później skwitował: – Nawet najlepszym czasem nie wychodzi, pewnie wczoraj popili.

Postanowiłem stanąć za Scotthornem i go obserwować. Wiedziałem, że alkohol nie wchodził w grę. Nie dlatego, że Alan jest nietrunkowy. Anglicy mogą wypić mocny alkohol dopiero na pożegnalnym bankiecie, wyjątek to jedno piwo do kolacji, za zgodą trenera. (Na marginesie, Alan bardzo lubi polskiego “Żywca”, więc czasami mu go dostarczam). Stałem i patrzyłem, jak Alan strzela. Przekonałem się, że odległość od spławika wcale nie była przypadkowa. Żadna kula nie trafiła bliżej niż pół metra. Wtedy się zorientowałem, że zawodnik celowo umieszcza zanętę dookoła spławika.

Kiedy sędziowie dali sygnał do łowienia i zaczęły się zawody, Alan zarzucił zestaw metr dalej od miejsca, w którym poprzednio umieścił spławik (służył mu tam za tarczę celowniczą). Już po minucie spławik zniknął pod wodą, jednak Alan tego brania nie zaciął. Gdy spławik wypłynął, Alan lekko zestaw podciągnął. Szukał ryb. Znalazł je metr przed miejscem, w którym stał spławik, kiedy w jego kierunku podawał procą zanętę. Tam zaczął je łowić. Po każdej wyciągniętej rybie znów strzelał zanętą, ale kilka metrów dalej. Po godzinie brania ustały, wtedy zaczął rzucać zestaw tam, gdzie – jak mogło się wydawać – nęcił bezproduktywnie. W tym nowym miejscu brania miał jak na początku, niemal raz za razem.

W czasie treningów do zawodników często podchodzą miejscowi wędkarze, którzy opowiadają o właściwościach łowiska i radzą, jak łowić ryby. Polacy zwykle się do tych rad nie stosują, bo nigdy nie wiadomo, z kim ma się do czynienia. Może to być zwyczajna podpucha, bo i to się zdarzało. Ale warto przynajmniej posłuchać, co ma do powiedzenia miejscowy wędkarz.

W ubiegłym roku po treningu przed mistrzostwami świata w Spinadesco podszedł do Adama Kruka, obecnie trenera kadry kobiet, jakiś Włoch i zaczął opowiadać o łowisku. Po chwili się zorientował, że słuchamy go tylko z grzeczności. Przeprosił nas i odjechał, ale za pół godziny wrócił i pokazał portfel z zestawami. Powiedział, że ten zestaw jest na karpie, ten na karasie, a tamten na leszcze. Potem wziął wędkę Adama, nie mógł łowić swoim sprzętem, bo łowisko było dostępne tylko dla uczestników mistrzostw, zamontował swój zestaw i zaczął łowić. To, co nam powiedział, i to, cośmy zobaczyli, było bardzo spójne. Na karasiowy zestaw wyciągał karasie, na leszczowy leszcze, a na karpiowy złowił karpia. Okazał się wyjątkowym fachowcem. Zaprzyjaźniliśmy się z Luigim, tak ma na imię, i obiecał, że pomoże naszej reprezentacji kobiet w czasie tegorocznych mistrzostw świata. Adam utrzymuje z nim ciągły dobry kontakt, jesteśmy po słowie, więc impreza zapowiada się obiecująco, zwłaszcza że w naszej drużynie będą wszystkie najlepsze zawodniczki, z czym wcześniej bywało różnie. Jestem kierownikiem kadry seniorów, dlatego na mistrzostwa świata kobiet pojadę jako kierowca.

Czasem treningi mogą wprowadzić w błąd nawet bardzo doświadczonych zawodników. Na mistrzostwach Europy w Czechach boleśnie się o tym przekonali Włosi. Dominującym gatunkiem w tamtym łowisku były brzany i leszcze. Na treningu szybko wchodziły w zanętę i trzy – cztery sztuki można było złowić bez trudu. Takie brania i ilość łowionych ryb to dobra zapowiedź. Ale było różnie. Brzany raz brały przez długi czas, innym razem szybko się nasycały i odpływały. Czasem po brzanach w łowisko wpływały leszcze. Można powiedzieć, że zachowanie ryb nie było regularne i przewidywalne. Dlatego polska drużyna doszła do wniosku, że łowienie brzan jest ryzykowne i nastawili się na inne ryby. Włosi uważali inaczej. Przygotowali się do łowienia brzan. Do nęcenia oprócz zanęty użyli wyłącznie białych robaków sklejonych w kule. Brzany szybko weszły w tak zanęcone łowisko i Włosi niemal natychmiast złowili po trzy – cztery sztuki. Byli radośni i pewni swego. Ale brzany, w poszukiwaniu robaków, narobiły w wodzie takiego szumu, porozbijały kule zanęty i wypłoszyły inne ryby. Same się szybko nasyciły, innym nie dały. I tak po godzinie dobrego żerowania Włosi siedzieli do końca zawodów bez brania i miny mieli nietęgie.

Na zawodach zawsze chodzę za komisją sędziowską, która sprawdza, czy zawodnik ma odpowiednią ilość zanęty i przynęt. Przy okazji na wszystkich stanowiskach robię zdjęcia. Wieczorem je oglądamy i analizujemy każdy widoczny na nich szczegół. Jeżeli któryś z zawodników łowił lepiej od innych, ponownie zabieramy się do oglądania zdjęć. Można zobaczyć barwę jego zanęty (była ciemna czy jasna), ile miał dżokersa i w jakich kolorach białe robaki. Te cenne informacje pozwalały ustalić taktykę na kolejny dzień zawodów.

Przy okazji pilnuję sędziów, bo nie wszyscy są rzetelni. Na zawodach wysokiej rangi przynęty muszą się znajdować w okrągłych ocechowanych pudełkach, to znaczy takich, na których podana jest ich pojemność. Kiedyś jeden z Polaków dostał żółtą kartkę za to, że miał przynęty w pudełkach wprawdzie ocechowanych, ale jedno miał nie okrągłe, tylko kwadratowe. Żółta kartka jest bardzo surową karą. Jeśli w ciągu trzech lat ten zawodnik otrzyma drugą, to w tych zawodach dostanie karnie tyle samo punktów, ilu było zawodników plus swoje punkty. Teoretycznie ktoś taki jest dla drużyn kamieniem u nogi, bo to koniec marzeń o dobrym miejscu. Ryzyko jest brać go na inne zawody, bo zapłaci cała drużyna. Dla tego pechowego zawodnika może to oznaczać trzyletnią karencję. W tym samym czasie, w tym samym sektorze Amerykanin pokazał komisji sędziowskiej glinę w nierozerwanych paczkach, robaki w foliowych torebkach i dżokersa w gazecie, ale że był znajomym jednego z sędziów, ten przymknął oko na te uchybienia. W drugim dniu przed losowaniem stanowisk poszedłem do głownej komisji sędziowskiej i pokazałem im zdjęcia oraz ocechowane pudełko naszego zawodnika. Kara została anulowana, ale nie wiedzieć czemu, ten sędzia nie został ukarany. Udało mu się.

SP

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments