wtorek, 28 czerwca, 2022
Strona główna Łowisko ŁOWISKA PRZY GNIEWIE

ŁOWISKA PRZY GNIEWIE

Wierzyca to łowisko okresowe. Nad jej ujściem góruje wysoka skarpa pradoliny Wisły, na której rozłożyło się miasto, a od strony wody krzyżacki zamek, dodający swoim wyglądem urody płaskiemu, rozległemu krajobrazowi.

Sama rzeka nie jest ciekawa. Dojście do wody utrudniają wysokie brzegowe skarpy z piasku i gliny, gęsto porośnięte wikliną. Tak to wygląda aż do mostu, którym biegnie droga do Gdańska. Dalej też jest sporo krzaków, ale tam jest więcej takich miejsc, gdzie do brzegu dochodzą łąki. Krótki to odcinek, bo wkrótce znów pojawiają się olchy i krzaki. Ten brzeg już nie tak wysoki, ale nadal stromy i z niewielką ilością miejsc, w które można dotrzeć z wędką do wody.

Wierzyca słynie z tego, że dwa razy w roku wpływa do niej sporo troci i łososi. Pierwszy ciąg przypada na środek lata, drugi rozpoczyna się we wrześniu. Oczywiście są to srebrniaki. Smoltami tych gatunków zarybiano ujście Wierzycy. Po spłynięciu Wisłą i pobycie przez kilka lat w morzu wracają jako dorosłe ryby i niemal wszystkie są wyławiane. W Wiśle przez rybaków, w Wierzycy przez wędkarzy.

Wierzyca w dolnym odcinku nie ma tarlisk, a w miejscowości Brodzkie Młyny rzekę grodzi elektrownia wodna i ryby nie mają najmniejszej szansy na pokonanie wysokiego spiętrzenia. W Wierzycy łowią je przede wszystkim miejscowi, przyjeżdża też trochę wędkarzy z pobliskiego Tczewa i Trójmiasta. Ci, co dobrze znają rzekę, na ogół nie wracają do domu bez zdobyczy. Tak jest w normalnych warunkach. Tego roku jednak akurat w tym czasie mieliśmy upały, a w Wierzycy była niżówka, więc i srebrniaków było jak na lekarstwo.

Koryto Wierzycy ma szerokość kilkunastu metrów. Gdzieniegdzie zwęża się do mniej niż dziesięciu. Są też rozlewiska, w których prawie na całej szerokości dno jest widoczne jak na dłoni. Sukcesy zatem odnoszą ci wędkarze, którzy wiedzą, gdzie łowić. Srebrniaki bowiem nie trzymają się brzegu, lecz stoją w środku nurtu i to tam, gdzie najgłębiej. Można więc iść brzegiem, dokładnie obławiać każde z pozoru dobre miejsce i nie złowić nic, aż nagle w przynętę uderza srebrna siła, choć nie wiadomo, dlaczego akurat tu. A tam po prostu, w środku nurtu, jest zawada lub za przeszkodą wymyty przez nurt dołek. Emocjonujące jest holowanie dużej ryby w takiej rzece, małej, ale z szybkim nurtem. O Wierzycy można powiedzieć, że ma czysto pstrągowy charakter.

I nie sposób się tu wybrać z ciężkim trociowym sprzętem, bo wszystko będzie zawadzać. Zresztą najskuteczniejsze przynęty w tym łowisku to pięcio-, rzadziej siedmiocentymetrowe woblery. Sprawdzają się również obrotówki typu Panther Martin, z tym jednak, że tutaj się łowi nie oryginałami, lecz trochę od nich lepszymi podróbkami, tak zwanymi garbatkami. To obrotówki dobre na łowiska płytkie o zróżnicowanej głębokości. W obrotówce, w której skrzydełko zawieszone jest na strzemiączu, każde trącenie zatrzymuje obroty. Tymczasem garbatka po uderzeniu w przeszkodę natychmiast znów się kręci. Dobrze więc się nią łowi, bo jest pewność, że ona cały czas wysyła falę hydroakustyczną.

Nad Wierzycą towarzyszył mi Tomasz Poleszak z Gniewu. Znają go nie tylko tutejsi wędkarze. Struga woblery, na które padło wiele ryb. Zaczął niedawno, dopiero pięć lat temu, ale jego przynęty są dobre, gdyż wkłada w nie dużo wędkarskiego doświadczenia. Sporo chodził po Wierzycy za trociami, w górny bieg tej rzeki wyprawiał się również na potokowce, ale dzisiaj nie ma już do nich tak wielkiego serca jak kiedyś. Teraz zafascynowany jest nocnym spiningowaniem w Wiśle. Oto co mi opowiedział.

Zaczęło się, jak to często bywa, od przypadku. Tomasz Pepliński, mój kolega, z którym bardzo często wędkuję, był nad Wisłą. Prawie cały dzień bezskutecznie polował na bolenie. Dotrwał do późnego wieczora. Kiedy już było prawie ciemno, zauważył, jak na przelewie zaatakował boleń. Bez wiary w sukces, jak mi później mówił, poszedł na szczyt główki i w pierwszym rzucie zapiął trzykilogramową sztukę.

To nas obu zachęciło, ale wyniki, co zrozumiałe, przyszły nie od razu. I wcale nie o to chodziło, że nie rozumieliśmy ryb. Zresztą co tu było rozumieć. Nadchodziła taka pora, że bolenie zaczynały żerować na powierzchni. Chociaż ich nie widzieliśmy, bo było ciemno, po każdym ich wyskoku za drobnymi rybkami wyraźnie było słychać pluski. Z początku się nam wydawało, że sukces zależy tylko od dobrania odpowiednich przynęt. Później, po kilku, nawet kilkunastu nocnych wyprawach, przekonaliśmy się, że są rzeczy równie ważne jak przynęty. W takich warunkach liczy się przede wszystkim ciche podejście.

W nocy rzadko wieje wiatr, nic więc nie zagłusza kroków wędkarza poruszającego się po brzegu, świstu wędziska podczas rzutu i plusku przynęty upadającej na powierzchnię wody. W nocy jest cicho, spokojnie i po każdym głośniejszym stąpnięciu, nie mówiąc o poruszonym kamieniu, woda na długo zamiera, a później bardzo powoli się ożywia. Ale i tak w tym miejscu, w którym się poruszyło kamień, boleni łowić już nie można, bo stają się ostrożniejsze.

Przejęliśmy się tym tak bardzo, że Tomek to nawet pudełka wyklejał gąbką, żeby woblery w nich nie stukały. Dzisiaj już tego nie robi, ale wtedy, kiedy poruszaliśmy się na ślepo, było to potrzebne. Chodziliśmy dużo, nie zawsze pamiętaliśmy, jak jest ukształtowany teren, więc łatwo było narobić hałasu.

Z czasem dostrzegliśmy pewną prawidłowość. W nocy zawsze trzeba łowić ryby w tych miejscach w których widzieliśmy je za dnia. Od tego momentu poszło łatwiej. A dzisiaj na dzienne wyprawy nad Wisłę wybieram się tylko po to, żeby wypatrzyć, przy której główce żerują drapieżniki. Potem, w nocy, zawsze w tych miejscach złowię jakąś rybę. Wprawdzie nie prowadzę statystyki, ale mogę powiedzieć, że osiemdziesiąt procent nocnych wypadów na ryby kończyło się sukcesem. Podczas dziennych połowów było odwrotnie.

W nocy, w zasadzie z jednej główki, można łowić drapieżniki niemal każdego gatunku. Tam, gdzie za dnia biją bolenie, na pewno są też sandacze. Trafia się również szczupak, chociaż w Wiśle jest ich bardzo mało. Tylko klenie są przy innych główkach, rozmytych, gdzie woda jest płytka i na bardzo dużej powierzchni pomarszczona.

Łowię wyłącznie woblerami. W nocy sprawdzają się wszystkie woblery, którymi się łowi za dnia. W dzień duże znaczenie ma kolor woblera, ale w nocy rybom jest obojętne, czy on jest żółty, czy czerwony. W przypadku bolenia ważny jest jednak kształt przynęty, bo najlepiej biorą na rapalki Original, to znaczy takie, które są podobne do uklejek.

W nocy wobler nie powinien schodzić więcej niż pół metra pod powierzchnię. Zaczepów się więc nie łapie, tylko łowi ryby. Niezwykle ważna jest szybkość prowadzenia przynęty. Trzeba to robić bardzo, bardzo powoli. Długo przetrzymywać ją w jednym miejscu, żeby działał na nią prąd wody, a nawet po podciągnięciu spuszczać ją później kilka metrów z prądem. A uderzenia drapieżników w nocy nie są tak dynamiczne jak za dnia. Nie czuje się czegoś, co można przyrównać do kopnięcia, tylko duży, uginający wędzisko ciężar.

I jeszcze jedno. Nie ma znaczenia, jaka jest noc, ciemna czy z jasno świecącym księżycem. Jak się ryby chlapią, to będą brały.

Wiesław Dębicki

Poprzedni artykułW DORZECZU DRWĘCY
Następny artykułPOWRÓT NIMFY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments