czwartek, 30 czerwca, 2022
Strona główna Spinning WOBLERY NA EMERYTURZE

WOBLERY NA EMERYTURZE

Rafał Ryszkowski zgłosił do Parady Rekordów kilka ryb, których waga przekraczała normę medalową. Oprócz nich ma na swoim koncie jeszcze wiele innych, wprawdzie mniejszych, ale takich, których mógłby mu pozazdrościć niejeden doświadczony wędkarz. Kiedy się łowi tyle pięknych ryb, o przypadku nie może być mowy. Cóż więc on takiego robi, że jest lepszy od innych?
Zapytajmy go.

W tym roku każdego dnia byłem na rybach dwa razy. Najpierw o świcie. Z łowiska wracałem do domu lub do pracy, a potem znowu jechałem nad wodę. Aż do połowy lipca ranek był najlepszy na bolenie. Wtedy też częstym przyłowem były trocie. Pierwsza uderzyła mi w wobler prowadzony bardzo szybko tuż pod powierzchnią. Później, jesienią, trocie są bardziej aktywne wieczorami. Wtedy nie liczę już na przyłów, lecz specjalnie się na nie nastawiam. Są w tych samych miejscach co latem, ale wobler prowadzę wolniej i głębiej.

Moim łowiskiem jest Wisła przed Bydgoszczą. Najbardziej lubię łowić na opaskach, ale to nie są takie opaski jak na innych rzekach. Wiosną albo jesienią, kiedy woda jest wysoka, komuś, kto Wisły nie zna, może się wydawać, że ciągnący się przez kilometr brzeg wyłożony kamieniami to klasyczna opaska. Tymczasem opaska była tu kiedyś, dawno. To widać, gdy poziom wody się obniży. Odsłania się wówczas metrowej szerokości pas kamieni, a za nim już tylko piasek, w którym gdzieniegdzie tkwią, jak rodzynki w cieście, pojedyncze kamienie.

Spiningiem zajmuję się od niedawna. Wciągnęli mnie w to koledzy. Wkrótce się przekonałem, że tą metodą można łowić większe ryby niż na spławik. Jeszcze wielu rzeczy muszę się nauczyć, ale wiem już, jak ważne jest obserwowanie przyrody. Zacząłem podglądać, jak zachowują się ryby. Duże drapieżniki żyją daleko od brzegu, w rynnach, głęboczkach, za przeszkodami. Przez cały dzień, kiedy wszystko zalane jest silnym światłem, nikt ich tam nie niepokoi. Są bezpieczne i spokojne. Dopiero kiedy robi się ciemno, wypływają z ukrycia i polują na małe ryby. Tych zaś najwięcej jest na płyciznach blisko brzegu.

Duże ryby są do swoich miejsc przywiązane. Weźmy na przykład opaskę. Najbardziej rybodajny jest jej początek i koniec. Tworzą się tam warkocze, w których szaleją bolenie, a pod nimi, przy dnie, stoją sandacze. Niestety, tylko małe. Duże są daleko i za dnia nie biorą. Nieraz się o tym przekonałem. Wiele godzin bezskutecznie obławiałem jakieś miejsce, a gdy tylko słońce chowało się za drzewami, miałem branie za braniem.

Żeby znaleźć ten fragment opaski, przy którym lubią polować duże drapieżniki, trzeba albo mieć szczęście, albo tak długo szukać go wędką, aż się zaczną brania. Nieraz wymaga to wielogodzinnego systematycznego obławiania. A najciekawsze jest to, że ani na brzegu, ani na wodzie nie widać nic, co by wskazywało, że właśnie to miejsce lubią duże drapieżniki. Wprawdzie przy powierzchni oczkują małe rybki, ale one to robią wzdłuż całej opaski. Widać też załamania wody, ale to też jest widok powszechny. Ciężką gumą nie wyczuwam, żeby na dnie były jakieś rynny lub doły. Musi jednak być coś, co duże ryby w te miejsca przyciąga. Może niedaleko jest ich dzienna kryjówka? Ale to tylko przypuszczenie. Jedyna skuteczna rada: trzeba szukać. Bo warto.

Przez cały miniony rok niemal wyłącznie łowiłem woblerami i myślę, że to był jeden z ważniejszych czynników decydujących o moich sukcesach. Niemal wszystkie ryby złowiłem na woblery, które sam zrobiłem, tylko kilka na 11-centymetrową rapalkę oryginal i na salmo sting.

Wśród moich woblerów dwa są unikalne. Na jednego z nich złowiłem około 50 boleni, na drugiego jeszcze więcej sandaczy. Teraz nimi nie łowię. Żal mi ich stracić, więc poszły na emeryturę. Wiszą na ścianie jako dekoracja. Mam nadzieję, że uda mi się zrobić woblery o takiej samej akcji. Jak się do tego zabieram? Najpierw z lipowego drewna strugam korpus. Wygładzam go najdrobniejszym papierem ściernym, pokrywam cienką warstwą distalu i podgrzewam nad gazem, ale z dala od płomienia. Wtedy distal się rozrzedza i dokładnie, równą warstwą, pokrywa całą powierzchnię. Czekam kilka godzin, aż się utwardzi, i kładę kolejną jego warstwę. W sumie ma ich być pięć. Potem piłuję szczelinę na ster, robię rowek pod drut i wiercę otwory do obciążeń. Następnie wklejam ster i drut. W końcu zaczyna się zabawa z obciążeniem. Godzinami siedzę przy wannie. Zmniejszam jego wielkość, zwiększam, przesuwam, a wszystko po to, żeby uzyskać taką akcję, jaką mają te woblery, które teraz są na emeryturze.

Oczywiście wiem, że boleniowemu woblerowi nie jest potrzebna akcja ogonowa, ma tylko migotać bokami. Sandaczowy wobler potrzebuje jednego i drugiego, ale żeby z kawałka drewna te ruchy wydobyć i zbudować łowną przynętę, trzeba dziesiątków godzin. Woblery więc robię wyłącznie na swój użytek.

Urodziłem się i wychowałem nad Brdą. Ryby łowię od dziecka i był taki okres, że tornister wymieniałem na wędki. W końcu mama musiała mnie przenieść do innej szkoły. Pasja wędkowania towarzyszy mi ciągle i od dawna, ale wcześniej nigdy nie miałem okazji i motywów, by tak dokładnie zgłębiać wiedzę o przyrodzie. Cały czas spędzałem na wędkowaniu ze spławikiem. To świetny sposób wypoczywania. Przy nim spining to ciężka orka. Ale łowi się większe ryby i lepiej poznaje ich zachowania.

WD

Poprzedni artykuł„MISZCZ”
Następny artykułPEWNE OBROTÓWKI

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments