niedziela, 23 stycznia, 2022
Strona główna Łowisko NYSA ŁUŻYCKA W OKOLICACH TOPOROWA

NYSA ŁUŻYCKA W OKOLICACH TOPOROWA

KLUB KORNIK

Pieńsk to małe miasteczko kilkanaście kilometrów na północ od Zgorzelca. Ciche, czyste, na uboczu. Pracy tu więcej niż w innych podobnej wielkości dolnośląskich miejscowościach, więc żyje się w miarę spokojnie, a tutejsi wędkarze mają w zasadzie jedno tylko łowisko – swoją rzekę, Nysę Łużycką. Kto by pierwszy raz stanął nad jej brzegami, byłby zapewne wielce zaskoczony. Niewielka jest, a w tym roku, kiedy po letnich i jesiennych suszach wody w niej mało, można powiedzieć, że to nie rzeka, lecz rzeczka. Ale największe zaskoczenie, którego doznałby przyjezdny, to poczucie pustki i dziczy. Nad jej brzegiem wędkarzy spotyka się tylko w Pieńsku i blisko Zgorzelca. Gdzie indziej nie tylko dojazdu nie ma, ale nawet dojście jest trudne. Do wody trzeba się przedzierać przez chaszcze przerastające człowieka.

Co kilka kilometrów Nysę przegradzają zapory. Jedna z nich służy niemieckiej papierni, wszystkie pozostałe trzymają wodę dla polskich i niemieckich elektrowni. Cofki tych spiętrzeń wykorzystują przeważnie spławikowcy i gruntowcy. Niektóre z nich mają cztery – pięć metrów głębokości, a brzegi zarośnięte trzcinami i w wielu miejscach grząskie. Tam, gdzie grunt jest twardy, widać wydeptane ścieżki i wędkarskie stanowiska.

W zasadzie wędkarzy można spotkać tylko na naszym brzegu. Po niemieckiej stronie prawie ich nie widać. Czasami w weekend pokaże się któryś najwyżej na kilka godzin, złapie szczupaka i znika. Naszych najwięcej jest na cofkach. Niektórzy siedzą na kilkudniowych biwakach, ale większość pojawia się w niedzielę o świcie.

Ryb jest dużo. Obok siebie spotyka się brzany i leszcze, są bardzo duże jelce i wiele szczupaków. Można złowić pstrąga potokowego, a zaraz potem w tym samym miejscu w woblera uderzy okoń.

Nysę Łużycką zarybiono bodaj tylko raz. Kilka lat temu wpuszczono w jej nurty trocie i łososie. Kiedy miejscowi wędkarze mi o tym opowiadają, pukają się w czoło. Dają tym do zrozumienia, jaki to był pomysł, skoro żadne spiętrzenie – a jest ich wiele, zanim Nysa wleje się do Odry – nie ma przepławki. Więc żadna z tych ryb nie wróci tam, gdzie została wpuszczona. Natomiast ryby spływają z góry. Świadczy o tym obecność lipieni. Pokazują się czasem poniżej Zgorzelca, są całkiem spore, a tarlisk tutaj nie mają. Schodzą zapewne przez turbiny, ale kiedy przychodzi pora tarłowych ciągów w górę rzeki, na pewno się tamtędy nie przedostaną. Można więc sądzić, że na poszczególnych odcinkach rzeki wytworzyły się lokalne populacje ryb, od czasu do czasu zasilane nową krwią przez osobniki spływające z górnych odcinków. Charakter rzeki wyjątkowo sprzyja szczupakom. W cofkach mają warunki do rozrodu, spokojną wodę, świeże rośliny, zawsze podniesiony i niemal stały poziom wody.

  • W ciagu kilku godzin złowiłem 26 szczupaków – mówi mi napotkany spiningista p. Marek Jałocha ze Zgorzelca. – Znam wiele innych łowisk, ale według mnie w Nysie szczupaków jest najwięcej. To trudne łowisko, bo szczupaków nikt tutaj równo nie porozkładał. Można przejść nawet kilometr i nie mieć z nimi żadnego kontaktu. Ale w końcu znajdzie się taki dołek, że będą brały jak okonie. Zresztą okoni też jest dużo.
    Inny napotkany wędkarz, p. Norbert Piwowarski z Bogatyni, przesiedział całą noc z ciężkimi gruntówkami. Miał tylko jedno branie. – Kiedy przyjechałem wczoraj po południu – opowiada – akurat się zwijało jakieś małżeństwo. Mieli trochę rybek, a pośród nich dwie brzany. Ta większa ważyła chyba ze dwa kilogramy. Złowili je w tym miejscu, w którym teraz mam wędki. Gdybym tego nie widział, nigdy bym w te brzany nie uwierzył. Przecież tutaj woda prawie stoi!

Rozmawiam również z p. Sławomirem Szuszkiewiczem. To doskonały wędkarz, ma na swoim koncie kilkadziesiąt ryb medalowych. Jest producentem cykad, za którymi koledzy się rozbijają (artykuł o nim i jego przynętach ukaże się w następnym wydaniu “WP”).

Nysa to rzeka pełna niespodzianek. Nie tylko można w niej złowić ryby niemal wszystkich gatunków, ale również w niespodziewanych miejscach. Pięciokilowe szczupaki stoją w bystrzach, a pstrągi potokowe przy kłączach tataraku. Brzany spotyka się w wodzie niemal stojącej, ale nad kamienistym dnem. – Myślę jednak – dodaje p. Sławomir – że największą niespodzianką dla spiningisty są tutejsze klenie. Ogromne.

Nad cofkę koło dawnej wsi Toporów dotarłem z Grzegorzem Grzejszczukiem. Od Pieńska jest tu około 20 kilometrów. Spory szmat tej trasy trzeba pokonać leśnymi drogami. Więc tych, co się tu będą wybierać na ryby, z góry przestrzegam: postarajcie się o przewodnika albo nie traćcie nadziei, kiedy się zgubicie. Któraś droga wreszcie zaprowadzi was nad wodę lub do jednej z nielicznych tu wsi.

Na cofce przy elektrowni jest łowisko głębokie na ponad cztery metry. Dobre do treningu, ale najwyżej na dwa stanowiska. Uciąg wody na spławik jednogramowy. W miarę równe dno i ryb tyle, że można zrobić wynik dziesięć kilogramów. Ale nie dzisiaj.

Jeszcze cztery lata temu Grzegorz Grzejszczuk z Pieńska łowił na różne sposoby, ale od czasu, kiedy się dał namówić na długą wędkę ze skróconym zestawem, wszystkie inne metody poszły w kąt. I tak to się zaczęło.

W Jeleniogórskiem nie ma tradycji wyczynowego spławika. Głównym powodem jest zapewne brak łowisk. Najbliższe jest dopiero na Odrze. Jeździć tam – to wymaga poświęceń, pieniędzy i czasu. Bardzo trudno zrobić pierwszy krok, a kiedy już się go zrobi, problemy wcale nie znikają. Najważniejszy z nich: nie ma się od kogo uczyć i z kim weryfikować zdobytej wiedzy. Dlatego jeszcze niedawno łowienie wyczynowe w Pieńsku przypominało lizanie cukierków przez szybę.

  • Ze sprzętem nie mam kłopotów – mówi Grzegorz. – Niektóre rzeczy kupuję przez internet, w inne zaopatruje mnie kolega, który ma sklep wędkarski. Jednak przez internet wędkowania nie można się nauczyć, żeby zaś pobierać nauki na zawodach, trzeba by na nie jeździć przez wiele lat. Założyliśmy więc klub. Nazywa się Kornik.

Dzięki klubowi uczymy się szybciej i taniej. Każde indywidualnie zdobyte doświadczenie rozdzielane jest na kolegów. Jest nas czterech: Ryszard Żywica, Robert Jasiukajć, Zdzisław Winiarski i ja. Jeżeli jeden z nas zrobi krok do przodu, to pozostali jakby robili od razu trzy kroki. Klub i dobra w nim współpraca to najlepsze rozwiązanie. Ogromnie zmniejsza koszty. Kiedyś przed zawodami każdy z osobna jeździł rozeznać łowisko. Teraz jeździ tylko jeden. Tracimy mniej pieniędzy i tak bardzo cennego czasu, bo daleko mamy do łowisk, na których rozgrywa się zawody. Na razie nie jesteśmy na tyle dobrzy, żeby nas ktoś przyjął do renomowanego klubu. Wykorzystujemy więc każdą okazję, by coś podpatrzyć i się pokazać. W tym sezonie był to Colmic Challenge. Zdobyłem punkty na finałowe zawody we Wrocławiu.

Siedzimy zapatrzeni w spławik. Łowimy i rozmawiamy. Ryby nie biorą, chociaż w zanęcie wanilia. Tutaj tylko kolendry i wanilii ryby nie opływają. Może więc koło kul stanął zębaty drapieżnik? Kilka rzutów wahadłówką tam, gdzie leżą kule. Ale dzisiaj i zębate nie mają ochoty na współpracę.

Poprzedni artykułLODOWA TREMA
Następny artykułA WISŁA PŁYNIE…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments