środa, 26 stycznia, 2022

SAME PROCENTY

Ubiegły rok miałem bardzo udany. Po długim szukaniu znalazłem w Odrze świetne sandaczowe łowisko. Od końca września do ostatnich dni grudnia byłem tam 33 razy i złowiłem prawie 70 sandaczy. Każdy ważył ponad 2 kg. Wśród nich było sześć sztuk ważących po przeszło 5 kg, a największy okaz mierzył 89 centymetrów i ważył 7,6 kilograma. Bez sandacza wróciłem tylko raz. Średnią miałem więc bardzo przyzwoitą.

Wiadomo, łowisko to podstawa sukcesu. Ryby nie trzyma ją się każdego fragmentu rzeki. W jednych miejscach ryb nie ma w ogóle, w innych jest ich mało, ale bywają też rewiry pełne ryb i różnych gatunków. Kiedy się taki rewir znajdzie, nie wystarczy stanąć na brzegu i rzucać, bo ryby, a szczególnie sandacze, stawiają wędkarzowi duże wymagania. Żeby złowić dorodną sztukę, trzeba się sporo dowiedzieć o ich zwyczajach, dobrać przynętę, odpowiednio ją prowadzić i spełnić jeszcze inne warunki, np. uwzględnić typ pogody. Bardzo było dla mnie korzystne, że na ryby jeździłem z kolegami, bo to owocuje wymianą informacji i doświadczeń.

Znalazłem w Odrze miejsce, gdzie jesienią zbierają się białe ryby. Należało przypuszczać, że musi ono przyciągać także drapieżniki. I tak też było. Na to łowisko, jak to w życiu bywa, trafiłem przypadkowo. Pojechałem wraz z kolegą przetestować nowo kupione gumy. Chciałem zobaczyć, jak pracują w wodzie, a przy okazji trochę połowić. Coś mnie podkusiło, żeby zatrzymać samochód przy główce, którą wędkarze omijali z daleka, bo było tam bardzo dużo zaczepów. Rzuciłem kilka razy i już miałem jechać dalej, kiedy zauważyłem spławiającego się sandacza. Był w zasięgu rzutu, ale nie miałem szans, żeby go złowić. Żerował pod powierzchnią w spokojnej wodzie, tuż za wypłyceniem znajdującym się pomiędzy główkami. Z brzegu nie byłem w stanie tak poprowadzić gumy, żeby ją zaatakował, więc następnego dnia zjawiłem się tam w spodniobutach. Wszedłem do wody i stanąłem na krawędzi płycizny z głębszą wodą. I tak się zaczęło moje jesienne eldorado.

Łowisko znajdowało się między główkami. Stojąc na brzegu miałem cały ten obszar wody w zasięgu rzutu. Jak się jednak okazało, skutecznie łowić mogłem tylko wówczas, kiedy stałem w wodzie. Powodem była piaszczysta łacha. Dopiero za nią znajdował się basen ze spokojną wodą i właśnie tam były sandacze. Gdybym łowił z brzegu, żyłka nie biegłaby prosto, tylko szorowała po szczycie wypłycenia i nad przynętą nie miałbym kontroli. W tym umownym basenie oraz na wypłyceniu leżało sporo zatopionych drzew. Jedno z nich musieliśmy wyciągnąć, żeby zrobić drogę, po której można by swobodnie prowadzić przynęty. Tor był jednak tak wąski, że kiedy guma upadła o metr w bok, zaczep był pewny.

Bardzo ciekawa, choć trudna, była też konfiguracja dna. Do wypłycenia mogłem się dostać przez rów, w którym woda sięgała mi niemal pod pachy. Na piaszczystej płyciźnie miałem wody po kolana. Podczas łowienia musiałem cały czas bacznie obserwować wahania poziomu wody, by w porę wrócić bezpiecznie do brzegu. Kilkanaście metrów przede mną, w stronę środka rzeki, znajdowała się rynna, której głębokość dochodziła do sześciu metrów. Po prawej stronie miałem płytką (metr wody), piaszczystą łachę ciągnącą się zapewne do główki.

Po kilku wyprawach ustalił się rytuał namierzania sandaczy. Pierwsze rzuty kierowałem na stok łachy odchodzącej od główki. To był względnie mały obszar, mogłem go szybko obłowić i stwierdzić, czy sandacze tam są, czy ich nie ma. Jeżeli ich nie było, zaczynałem je łowić w spokojnej wodzie na środku basenu. Rzucałem w głęboką rynnę daleko poza łowisko. Rynna, która wydawała się łowiskiem bardzo atrakcyjnym, nigdy mi żadnej ryby nie dała.

Najwięcej brań było w spokojnej wodzie, kiedy przynęta podchodziła do góry, na 2 – 3 metrach głębokości, ale to trochę zależało od poziomu wody w rzece. Nieco mniej sandaczowych uderzeń miałem wtedy, gdy przynęta wychodziła z nurtu, czyli z głębiny, na spokojną wodę. Jeśliby pokusić się o statystykę, to połowę sandaczy złowiłem na środku basenu, 30% na krawędzi nurtu i spokojnej wody, 10% na stoku wysepki, pozostałe 10% pod samymi nogami.

Wiele razy widziałem, jak sandacze odprowadzają przynętę. Płynęły za nią jakby zauroczone ruchami ogonka. Niemal dotykały go pyskiem. Widziałem też jak sandacz atakuje. Dlatego myślę, że sandacz, który odprowadza gumę, jest niemal na sto procent do złowienia. Trzeba tylko w ostatnim momencie, na ostatnich dwóch metrach prowadzenia gumy, jakoś nią zagrać. Trochę inaczej poprowadzić. Na przykład przyspieszyć lub zwolnić. Można też przestać kręcić i jednocześnie podnieść szczytówkę. Guma jakby zastyga w miejscu i wtedy sandacz uderza. Udawało mi się też łowić te sandacze, które wcześniej spadły w trakcie holu.

Widziałem też jak sandacz podnosił się do przynęty. Zjawiał się jakby znikąd i atakował. Zdarzało się to zawsze wtedy, gdy przed pierwszym rzutem sprawdzałem, jak guma pracuje i przeciągałem ją niemal pod nogami. Zapewne sandacz obserwuje płyciznę czekając na małe rybki i gdy coś mu się w polu widzenia pojawi, rusza do ataku.

Chociaż w tym łowisku sandaczy było dużo, trudno je było skłonić do brania, bo miały w bród naturalnego pokarmu. Trzeba było uwzględnić wiele czynników i to jednocześnie. Przede wszystkim sandaczom nie pasowało ciężkie łowienie. Zdecydowanie wolały gumy na lekkich dżigach. Na przeciążone zestawy brań prawie nie było, a jeżeli się trafiały, to wyłącznie krótkie. Trzeba więc było bardzo precyzyjnie dobrać ciężar główki do grubości żyłki i wielkości dekoracji. Musiała mieć taką wagę, żeby dało się ją prowadzić w ciągłym kontakcie z dnem, ale żeby się przy tym do niego nie przyklejała. Lepsze były dżigi za lekkie niż odrobinę za ciężkie. Najlepiej sprawdzały się główki ważące od pięciu do siedmiu gramów.

Stosowałem dwa sposoby prowadzenia przynęty: na ciąganego i z opadu. Z opadu łowiłem na stoku wysepki. Tutaj nie dało się inaczej poprowadzić dżiga, bo było zbyt wiele zaczepów. Poderwanie przynęty, opad i w momencie, kiedy żyłka wiotczała, kolejne poderwanie. Na środku basenu łowiłem na oba sposoby, ale dużo więcej brań miałem na gumę ciągniętą powoli, żeby miała stały kontakt z dnem.

Z przynęt najlepsze były kopyta, na twistery i rippery brań było dużo mniej. Najłowniejsze były wyroby nieznanego producenta, których zakup doradził mi sprzedawca w sklepie. Od innych różniły się tym, że na ogonie miały wałeczek. Wśród kolorów zdecydowanie górowała perła z czarnym grzbietem, dała mi 90% ryb. Ogonki kopyt zanurzałem we wrzącej wodzie, żeby je zmiękczyć i uspokoić ich pracę, bo kiedy były sztywne, bardzo mocno biły na boki. Przynętami pracującymi agresywnie sandacze się nie interesowały, atakowały tylko te, które miały miękkie ogony.

Dużo znaczyła też wielkość przynęty. Sandacze brały tylko na kopyta w dwóch rozmiarach, 5 i 7,5 cm, ale nigdy nie było wiadomo, który będzie im tego dnia odpowiadał. Tajemnicy rozmiarów nie zdołałem rozgryźć, zaobserwowałem jednak pewną prawidłowość. Jeżeli wcześniej, ale nie dawniej niż dwa dni, sandacze brały na duże gumy, to na następnej wyprawie wolały te mniejsze.

Z początku sandacze masowo obcinały mi ogonki przynęt. Dlatego zacząłem dozbrajać gumy małymi kotwiczkami, które wbijałem im w ogon. Od czasu, jak zacząłem takie dozbrojki stosować, 70% sandaczy zacinałem na samą kotwiczkę. Do dużych kopyt stosowałem kotwiczki nr 6, a do mniejszych nr 8. Tej operacji trzeba było poświęcić trochę uwagi. Kotwiczka musiała być umieszczona precyzyjne w samym środku ogona. Tylko tak dozbrojone przynęty były dla sandaczy atrakcyjne. Kotwiczki wiązałem na żyłce 0,20 mm. Kiedy używałem do tego celu plecionki, ilość brań spadała. Może dlatego, że plecionka była za sztywna, a może lepiej od żyłki widoczna. Dozbrojki sprawdzały się najlepiej, kiedy sandacze brały delikatnie, płynęły za gumą i ją skubały. Tak robiły małe sztuki. Duże wprawdzie od razu atakowały przynętę, ale często chwytały ją tuż za haczykiem i obcinały ogonek.

Jeżeli tylko pogoda na to pozwalała, łowiłem na plecionkę, która lepiej niż żyłka przekazywała każdy kontakt przynęty z dnem lub pyskiem sandacza. Najlepiej sprawdzała się plecionka marki Ron Thompson o nazwie Dyna Cable. Dobrze się nią rzucało, bo gładko schodziła ze szpuli. Jest także odporna na przetarcia. Dopiero kiedy temperatura spadała poniżej zera i plecionka marzła na szpuli, zamieniałem ją na żyłkę o średnicy 0,27 mm.

Na sandacze wybierałem się wcześnie rano. Na łowisku zwykle byłem od godziny szóstej do trzynastej. W ciągu dnia było kilka krótkich okresów dobrego brania. Pierwsze żerowanie, o samym świcie, trwało najdłużej, nieraz nawet 30 minut. Następne brania były w godzinach 9 – 9.30 i 11 – 13. Te trwały bardzo krótko, nieraz tylko 5 minut. O innych porach wędkowanie było jałowe. Parę razy sprawdzałem, czy sandacze żerują także po południu. Przyjeżdżałem na łowisko o godz. 16 i zostawałem do nocy. Brania zdarzały się tuż przed zmierzchem. W nocy miałem tylko trzy brania i złowiłem jedną rybę. Było to trzydzieści minut po północy. Sandacz wziął na fosforyzującą gumę, którą co 2 – 3 rzuty oświetlałem latarką.

W moim łowisku były nie tylko sandacze. Złowiłem także trzy duże szczupaki długie na 82, 87 i 91 cm. Wszystkie wzięły przy samej burcie, kiedy wyciągałem gumę z wody. Miałem też kilka obcinek. A kiedy już sandacze mi się sprzykrzyły, metodą bocznego troka łowiłem duże leszcze. Brały na czerwone paproszki moczone w atraktorze.

Krzysztof Pawlata
Sadowice. Notował WS

Poprzedni artykułWIERZĘ W WOBLERY
Następny artykułPIERWSZE KROKI NA PSTRĄGOWĄ RZEKĄ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments