środa, 26 stycznia, 2022
Strona główna Spławik OPASKA NA LESZCZE

OPASKA NA LESZCZE

Kamienne opaski (fachowo nazywane narzutem kamiennym) chronią brzegi rzek przed rozmywaniem. Układa się je najczęściej w miejscach narażonych na bezpośredni kontakt z nurtem rzeki. To lepsze od płyt betonowych, na których, jak wiemy, nawet kwiaty nie rosną. Na kamieniach ryby mogą żyć, a kiedy z czasem rzeka, bezustannie napierająca na kamienną burtę, wypłucze głęboką rynnę, powstaje wspaniałe łowisko.

Najgłębiej jest na początku meandru, w miejscu gdzie rzeka uderza prostopadle w brzeg. Tam dół ma ponad 5 metrów, ale nie jest to dobre miejsce. Prąd ostro rwie, na dnie leży dużo stale nanoszonych przez rzekę zawad. Takie miejsce na pewno ma najbardziej podmyty brzeg i żyją tam największe ryby, głównie drapieżne, ale o wiele lepiej wędkuje się pośrodku zakola, gdzie zazwyczaj siadam z 12-metrową tyczką. Nurt tu odbija nieco na środek rzeki, znacznie zwalnia, przy brzegu tworzy się pas prawie stojącej wody. Na wyciągnięcie wędki jest głęboko na 4 metry.

Od nagłębszego miejsca dno w tym kierunku się podnosi i tutaj właśnie ryby spokojnego żeru czekają na swój kąsek. Duże leszcze zaczynają się tutaj pokazywać w połowie sierpnia i im dalej w jesień, tym większe sztuki trafiają na wędkę. Musi to być dla nich doskonałe miejsce, bo są także zimą i niekiedy biorą w pogodne, ciepłe dni, oczywiście o ile rzeki nie skuje lód.

Jesienią leszczom nie serwuję nic specjalnego. 2,5-kilogramowe opakowanie „Leszcza” Trapera mieszam z przesianą ziemią z kretowiska (jedną trzecią objętości). Rybom to zupełnie nie przeszkadza, są przecież przyzwyczajone do wybierania pokarmu z czarnego mułu. Ziemia zresztą zostaje na dnie, w dół płyną tylko jadalne cząstki zawarte w zanęcie. Kleję bentonixem, białym proszkiem stosowanym do przepłukiwania rur wiertniczych, który dostaję od zaprzyjaźnionych nafciarzy. Ma tę zaletę, że nie tylko znakomicie klei, ale również wytwarza wabiącą chmurkę. Obciążam drobnym, płukanym żwirem. Leszcze, szczególnie w rzece, a na dodatek, kiedy się je łowi będąc samemu na łowisku, nie potrzebują wyszukanej karmy.

Prosta zanęta wystarcza, byłe było jej odpowiednio dużo, ale to też zależy od siły prądu wody. Ważny jest zapach, atraktor. Świetnym, ostatnio wypraktykowanym przeze mnie atraktorem jest Fraise Sensasa, słodki, pachnący delikatnie poziomką. Producent poleca go do zanęt na karpie, liny i karasie, ale ja wabię nim duże leszcze. Odkąd go używam, zawsze wchodzą mi w łowisko, a raz na jeziorze po złowieniu dwóch „łopat” wziął 2-kilogramowy karp. Zapach dozuję z umiarem, aby zanęta nie była mdła, i dokładnie go rozprowadzam. Do wiaderka daję co najmniej pięć pudełek dużych, kolorowych robaków. Robaki są najważniejsze. To jedyne pożywienie dla leszczy, bo ziarno i pieczywo wychwytują płocie.

Nie lubię rwać ryb na siłę, dlatego stosuję delikatne zestawy z przyponem od 0,08 do 0,06 mm oraz haczykami numer 14 – 16. Mając w kiju gumę, na „szóstkę” wyciągam z tego łowiska 2,5-kilogramowe leszcze. Na dużym uciągu nie pozwoliłbym sobie na tak cienki przypon, ale tu prąd nie daje im poszaleć. Po zacięciu natychmiast idą do góry, czasem nawet przez chwilę nie czuję ryby, która wykłada się dopiero w połowie wody. To zdecydowanie ułatwia hol. Spławiki, 3-gramowe żagle, doskonale trzymają przynętę przy dnie. Grunt ustawiam tak, aby śrucina sygnalizacyjna, zawieszona nad 25-centymetrowym przyponem, szła nad dnem, po którym obija się tylko przynęta. Jest nią pojedynczy robak, najczęściej barwiony na czerwono lub żółto.

Kiedy daję białego, od razu mam na haczyku ukleje, które potrafią w tym miejscu brać z dna. Gdy z kolei do robaczka dołożę ochotkę – co praktykuję, gdy zanikają brania – mogę iść o każde pieniądze, że za chwilę wyholuję okonia. Kręcą się pośród kamieni, a wymywane z zanęty robaki wyraźnie je przyciągają.
Kiedy czytacie ten artykuł pisany we wrześniu, zapewne siedzę na zakolu, bo to pora na wyjątkowo grube leszcze. Są już po lecie nieźle napasione, mają kondycję i zaczynają się grupować przed nadejściem przymrozków. Na nie zanętę mam taką samą, z tą różnicą, że jest jej o połowę mniej. Zmniejszyłem również w składzie ilość białych robaków. Dałem tylko połowę tego co latem, a resztę zastąpiłem czerwonymi pokrojonymi przedtem na drobne kawałki.

Czekam na delikatne przytopienie spławika. Z 12 metrów ledwo dostrzegalne, ale w tym czasie leszcze lubią grymasić, trzeba być cierpliwym i bacznie obserwować antenkę. Najczęściej antenka bardzo wolno się pochyla, jakby haczyk zaczepił o trawkę, ale kiedy w tym momencie zacinam, trafiam w pustkę, pomimo że z robaka pozostaje tylko skórka, a wnętrze zostało wyssane. Tak kilka, kilkanaście razy, aż w końcu, kiedy długo przytrzymuję zestaw, czuję trzepoczącą się rybę. Po prostu trzeba nerwowo wytrzymać i nie zacinać, niech się ryba sama na haczyk nadzieje.

Niekiedy biały robak ich w ogóle nie interesuje. Wtedy zakładam kawałek czerwonego. Brania są bardziej zdecydowane, ale również trudne do zacięcia. W tym czasie, to znaczy, kiedy tak biorą, wiele leszczy po zacięciu jest zahaczonych za brzuch. Musi być ich bardzo wiele w łowisku. Jeżeli do tego dochodzi, próbują przynętę, ale jej nie połykają.

Krzysztof Kotarak
Notował wb

Poprzedni artykułCZŁOWIEK ZZA WODY
Następny artykułW WIDŁACH DUNAJCA I POPRADU

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments