środa, 26 stycznia, 2022
Strona główna Łowisko ODRA W OKOLICACH NOWEJ SOLI

ODRA W OKOLICACH NOWEJ SOLI

Tak jak w kwietniu przeplata się pogoda, tak tegorocznej jesieni było z rybami. Doskonale łowiło się w Rybniku, ale ci, którzy się zapędzili na Nielisz, mieli powody do narzekania. Kiepsko było z trociami, chociaż na Bałtyku często szalały sztormy i mogło się wydawać, że napędzą trochę ryb do przymorskich rzek.

Z plaży ryby brały w kratkę, a na Zalew Wiślany, na okonie, trudno było wypłynąć, takie wiatry duły. Niewiele dni ze spokojnym Bałtykiem mieli wędkarze wypływający kutrami na dorsze, a jeszcze mniej sprzyjającej pogody było dla właścicieli małych łódek, z których w miarę komfortowo wędkuje się jeszcze przy stanie morza cztery w skali Beauforta.

Pogoda to jedno, a ryby drugie. W wielu miejscach, które odwiedziliśmy podczas reporterskich wędrówek, słyszeliśmy takie opinie: “Dziwne, ale ryby brały jakby od niechcenia. Po zacięciu odnosiłem wrażenie, że ryba jest zdziwiona, że jest na haczyku, i wcale nie walczy. Tak brały i leszcze, i sandacze”.

Zawędrowaliśmy na Bielinek, gdzie Cedyńskie Towarzystwo Wędkarskie urządziło zawody. Było to najliczniejsze z dotychczasowych cyklicznych spotkań, wzięło w nim udział blisko osiemdziesiąt osób. Ryb złowiono sporo, ale w tak przedziwnych okolicznościach, że kiedy w następnym numerze “WP” przedstawimy z tych zawodów relację, zadziwi ona niejednego spiningistę.

Za miesiąc opiszemy też Odrę Zachodnią, łowisko niemal zupełnie nieznane wędkarzom spoza tego regionu Polski. Odrę Zachodnią, która jest granicą Polski, oddziela od Regalicy ogromny obszar wspaniałej i dzikiej przyrody nazywany Międzyodrzem. Jest to wyspa podzielona kanałami i starorzeczami. Latem biwakują tu wędkarze, chociaż komary, jak nad Biebrzą, gryzą nawet przez hełm. Zachodni brzeg wyspy to Odra Zachodnia. Kiedyś, żeby tu łowić, potrzebne było zezwolenie. Dzisiaj, kiedy już jesteśmy w Schengen, można swobodnie łowić nie tylko z brzegu. Coraz więcej łódek pływa też po Odrze Zachodniej. Kiedy łódek tutaj jest dużo, to zaledwie kilkanaście na kilkunastu kilometrach rzeki, od jazu w Widuchowej do mostu na wysokości Gryfina. A z brzegu z wędkowaniem nie za bardzo, bo można się tam dostać jedynie rowerem albo na piechotę, gdyż to teren parku krajobrazowego.

Teraz popłyniemy Odrą w okolicy Nowej Soli. Miasteczko leży na jej zachodnim brzegu. Nawet ten, kto zawita tu pierwszy raz, natychmiast spostrzeże, że jest ono dokładnie wpisane w rzekę. Kanał głęboko wcięty w ląd, dzisiaj mający brzegi z betonu i stali, prowadzi nas pod mostem drogowym do ogromnego basenu. To port, dzisiaj nieczynny, ale brzegi od strony miasta są ładnie wyremontowane. Z jednej strony rząd dalb do cumowania statków, z drugiej wysokie nabrzeże rozładunkowe. Na brzegu pozostałości po starych magazynach. Do rynku stąd niedaleko, po drodze stare kamieniczki, których partery różnorakiemu handlowi kiedyś służyły. Po prostu widać, że miasto Odrą żyło, zresztą swoją nazwę wzięło od handlu solą, którą tu dostarczano barkami.

Na wlocie z Odry do kanału portowego slip, przy którym stoi kilkutonowy dźwig. Ładny zjazd dla samochodów z łódkami, ale jego koniec to jedna wielka niedoróbka, bo przy niskim stanie wody tworzy się próg uniemożliwiający wodowanie. Już na Odrze, kilkadziesiąt metrów pod prąd, w pierwszym basenie pomiędzy główkami, port nowy jak spod igły. Pomosty, dalby do cumowania, skrzynki z podłączeniami do prądu dla cumujących jednostek, hangary na sprzęt wodny. Tak miasto wykorzystało unijne środki, by po kilkudziesięciu latach ponownie ludziom przybliżyć rzekę.

Nowa Sól miała i ciągle jeszcze ma dużą stocznię. Dzisiaj prywatna, ale nadal produkuje stumetrowe barki, wszystkie dla Holendrów. Przy pochylni, która opada do kanału łączącego port z Odrą, sandacze mają dobre tarliska. Już w kwietniu budują sobie gniazda i czują się bezpieczne, bo teren jest zamknięty i chroniony.

Port, kanał i jego ujście do Odry to dobre łowisko i zawsze jest tu sporo wędkarzy. Tylko w lecie, kiedy są niżówki, za mało tu wody i za szybko się nagrzewa, by rodzime ryby to wytrzymały.

Płyniemy z biegiem rzeki. Odra w Nowej Soli to 430. kilometr jej biegu. Rzeka tutaj, na wysokości miasta, tworzy piękny, głęboki, a co za tym idzie także rybny meander. Takich meandrów jest jeszcze kilka, ale jeden z nich zlikwidowali poprawiacze przyrody. Ścięli go, żeby długim zestawom barkowym było łatwiej. Właśnie do tamtego miejsca płyniemy. Są tam wzniesienia (rezerwat buków), a pod nimi starorzecze, właśnie ten odcięty kawałek Odry. Miejsce to wędkarska brać zna bardzo dobrze. Niemal w każdy weekend urządzają tu sobie zawody. Jesienią i zimą gromadzą się tutaj ryby i przyciągają niezliczoną ilość wędkarzy, także z daleka.

Odcinek Odry od Nowej Soli do starorzecza Bobrowniki położonego przy rezerwacie buków to czternaście kilometrów rzeki. Na tym odcinku charakterystyczne miejsca to, na wysokości wsi Stany, przewężenie, pod nieczynnym mostem kolejowym i ujcie, na prawym brzegu Rowu Krzyckiego, gdzie królują okonie i sandacze. Oczywiście odcinek Odry, ten wyprostowany, jest najciekawszy, chociaż to na pierwszy rzut oka jest niezbyt widoczne. Na długości paru kilometrów Odra ma kilkunastometrowy spad. Prąd rwie jak na Dunajcu, a na dnie są spore uskoki, zapewne woda nie może sobie tam poradzić z kamiennymi płytami.

Właśnie tutaj jest bardzo długa, kilkukilometrowa opaska, ale nie widać na niej zbyt wielu wędkarskich stanowisk. Nic dziwnego, bo uciąg wody jest na 25-gramowy zestaw. Nieco dalej w kierunku Nowej Soli są jeszcze dwie podobne opaski, ale przy nich woda nie rwie tak mocno. Na brzegu od razu też widać więcej wydeptanych stanowisk.

Dzisiaj na Odrze wędkarzy prawie nie ma. Gdzieniegdzie przemknie spiningista, na co dwudziestej główce przycupnął gruntowiec. Jeszcze nie tak dawno obsadzona była niemal każda, ale “od dłuższego czasu ryba nie bierze”, mówią zagadnięci wędkarze.

Odrę pokonujemy aluminiową łódką w błyskawicznym tempie. Mamy trzydziestokonny silnik i na niepełnej mocy rozwijamy prędkość grubo ponad czterdzieści kilometrów na godzinę. Gdy się w tym tempie przepatruje brzegi, rzeka wydaje się wszędzie podobna. Wydaje się, ale nie jest. Zwodzi płaskie międzywale i rozległe za nim pola uprawne, tylko gdzieś daleko widać jakieś wzniesienia. To bardzo myli, bo w rzeczywistości Odra w pradolinie robi swoje. Brzegi niby płaskie, ale podmyte skarpy, powywracane do wody drzewa, zniszczone szczyty główek lub ich rozmyte nasady – to wszystko wskazuje, że jest tu wiele dobrych miejsc do wędkowania, bo ryby mają się gdzie trzymać.

Nad Odrę do Nowej Soli ściągnął mnie p. Andrzej Grzybowski. Celem tego spotkania było poznanie rzeki, wędkowanie i coś, czego się wcześniej nie spodziewałem – oglądanie i rozmowa o aluminiowych łódkach.

P. Andrzej jest dyrektorem tutejszej stoczni. To zawód. Hobby to aluminiowe łodzie. Zanim jeszcze kilka słów o nich napiszę, przekażę coś niedowiarkom, którzy w aluminiowych łodziach widzą nie najlepsze dla wędkarzy narzędzie, bo ponoć głośne. Otóż p. Andrzej pochodzi z okolic Zegrza. Wychowywał się kilka metrów od rzeki (w tym czasie Zalewu Zegrzyńskiegi jeszcze nie było). Dzięki ojcu był z rybami za pan brat. Do dzisiaj mu to zostało. Teraz chciał ojcu zrobić przyjemność i zbudował mu aluminiową łódkę. Ojciec popływał na niej kilka dni, tylko z grzeczności: “Dobra – powiedział. – Wygodna, nawet nie tłucze, ale wolę swoją pychówkę”.

Przyzwyczajenie, powiadają, druga natura człowieka. My również nauczyliśmy się korzystać z łodzi drewnianych i plastikowych. Aluminium dopiero w ostatnich latach dociera do naszych wędkarzy. Aluminiowe łódki są droższe i to ich wada, ale kiedy mowa o trwałości i problemach z konserwacją, to nie ma o czym mówić.

  • Zbudowałem już wiele łodzi z aluminium – mówi p. Andrzej Grybowski. – To doskonały materiał, który właścicielowi łodzi daje duże możliwości zabudowy pokładu. Ale budowa samej łódki wymaga dużego doświadczenia, a nade wszystko określenia celu, do jakiego ma ona służyć. Łódka zbudowana jest zgodnie ze swoim przeznaczeniem i będzie dobrze pływała w warunkach, na jakie została stworzona. Ta, która ma pływać po rzece, ma swój kształt kadłuba, inny niż ma łódka jeziorowa. Jedną z pierwszych łódek zbudowałem wzorując się na kanadyjskich łodziach Mc Kienzie. To bardzo dzielne łodzie, w rzekach pokonują nawet kamienne progi. Trochę ją poszerzyłem i zmieniłem rufę. Jest bardzo wygodna, można na niej wiosłować lub założyć mały silnik. Ma ponad 4,5 metra długości, waży 130 kilogramów, a burty mają wysokość 64 centymetry. Natomiast wzór dla tej łódki, którą pływaliśmy po Odrze, wypatrzyłem w Holandii. Jest przeznaczona na zatoki i inne rozległe akweny. Zamierzam zbudować łódkę morską, taką do sześciu metrów długości, ale do niej wzorów poszukam w Norwegii, tam bowiem mają najwięcej doświadczenia w budowie takich jednostek.

Aluminiową łódkę można sobie u p. Andrzeja kupić. Ta, która jest wzorowana na Mc Kienzie, kosztuje około ośmiu tysięcy. Można też zamówić inną, ale o tym trzeba najpierw z p. Andrzejem pogadać. Telefon do niego: 601 857 757.

Wiesław Dębicki

Poprzedni artykułNA MACANEGO
Następny artykułMETODA NA ZAWODY I W OGÓLE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments