piątek, 28 stycznia, 2022
Strona główna Spinning TRZY NAPŁYWY DZIENNIE

TRZY NAPŁYWY DZIENNIE

Podczas powstawania Zalewu Czorsztyńskiego pracowałem przy porządkowaniu jego dna, później jako nurek. Dziś nie potrzebuję echosondy, mam w pamięci każdą zatopioną skałę, uskok dna, parowy i skaliste stoki. Własnymi rękami rozbierałem budynki, wycinałem krzaki i karczowałem drzewa. W pierwszych latach po zalaniu zbiornika wykorzystywałem tę wiedzę, żeby omijać zaczepy. Dzisiaj odwrotnie, łowię tylko tam, gdzie zaczepy są najgorsze. Obłowienie dwóch lub trzech takich miejsc wystarczy, żebym wrócił do domu z rybami.

Mniej więcej do roku 2000 szczupaków w Czorsztynie było bardzo dużo. Łowił kto chciał, ile chciał i gdzie chciał. Nawet bez łódki. Wystarczyło przejść się brzegiem i trochę pomachać spiningiem. Małe i średnie szczupaki (średnie, tzn. mające około 70 cm) były dosłownie wszędzie. Jeżeli ktoś nie wiedział, gdzie są zalane karcze lub krzaki, to tylko urwał więcej przynęt, ale swoje i tak złowił.

Kiedy szczupaków zaczęło ubywać, najpierw znikły z blatów. Natomiast można je było, tak jest do dzisiaj, łowić w miejscach, gdzie dno jest pełne nierówności. Trzymały się karczy lub krzaków i tam łatwiej je było złowić, niż przy uskoku lub na spadzie.

Wtedy też zauważyłem, że szczupaki nie żerują o jakichś stałych porach. Robią to nieregularnie. Zilustruję to fikcyjnym przykładem. Oto w jakimś atrakcyjnym miejscu spininguje różnymi przynętami dwóch dobrych wędkarzy. Przez kilka godzin nie mają nawet puknięcia, a potem w ciągu kwadransa nagle wyciągają po kilka szczupaków. Łowią je na te same przynęty, którymi obrzucali to łowisko już wiele razy. Wynika stąd, że gdy się łowi szczupaki, to ważniejsze jest trafić na moment ich żerowania niż przeczesywać spiningiem coraz to nowe łowiska. Jeżeli bowiem układ dna, zaczepy itp. wskazują na to, że szczupaki powinny tu być, to nie ma sensu po kilku rzutach przenosić się gdzie indziej. Lepiej spiningować w jednym miejscu tak długo, aż nadejdzie pora żerowania. Opłaca się czekać nawet parę godzin.

W miarę jak zbiornikowi przybywało lat, coraz mniej szczupaków łowiło się przy brzegach, a te, które się tam na przynętę połakomiły, były niewielkie. Z łódki nadal łowiło się duże sztuki.

Na czorsztyńskie ryby wybieram się najwcześniej pod koniec czerwca. Regulaminowy początek sezonu szczupakowego jest w Czorsztynie zazwyczaj bardzo kiepski. Dunajcem i Białką zimna pośniegowa woda spływa z gór nieraz aż do końca maja. Tutaj szczupaki przystępują do tarła co najmniej kilka tygodni później, więc dobre potarłowe żerowanie zaczyna się dopiero na początku wakacji. Parę razy próbowałem w maju łowić szczupaki w najlepszych, sprawdzonych łowiskach i zawsze bez powodzenia. Podobnie moi koledzy. Ale już latem są i dobrze biorą w głębszej części zbiornika.

Najczęściej łowię w pobliżu Zielonych Skałek albo koło zamku w Czorsztynie. Czasem płynę też na rumowiska i resztki sadów pozostałe po wyburzeniu Starych Maniowych. Mam tam swoje łowiska, w których na bardzo nierównym dnie są skały i karcze. Im więcej zaczepów, tym lepiej.

Ale w takich miejscach też nie zawsze są ryby. Dlatego szukam choćby niewielkich wzniesień dna, bo to dopiero zapowiada, że obecność szczupaków jest tam bardzo prawdopodobna. Głębokość to rzecz drugorzędna. Nie ma bowiem reguły, że pod koniec czerwca szczupaki są tylko na płytkim, a jesienią tylko na głębokim. Bez względu na porę roku unikam jednak łowienia poniżej 15 m, bo sam nigdy szczupaka w takiej głębi nie złowiłem i nie słyszałem, by ktoś inny tego dokonał. Gdy we wspomnianych tu moich łowiskach spininguję z łódki, to w zasięgu rzutu mam zarówno kilkumetrowe płycizny, jak i kilkunastometrowe głębie. Z każdego napływu obławiam jedne i drugie.

Zajmując łodzią stanowisko, bardzo ostrożnie kładę kotwicę na dnie i zachowuję ciszę. Wszelkie hałasy, obecność kilku łódek lub częste zmiany łowiska zwykle nie idą w parze z dobrymi wynikami. Zresztą doświadczenie mnie uczy, że w dobrym szczupakowym miejscu warto rzucać nawet przez kilka godzin. Prędzej czy później szczupaki zaczną żerować i to monotonne biczowanie wody stokrotnie się opłaci.

Sezon szczupakowy kończę w październiku, kiedy zaczyna się na dobre łowienie głowacic. Jedne i drugie ryby łowię tym samym sprzętem: trzymetrowym sztywnym spiningiem o ciężarze wyrzutowym do 150 g, uzbrojonym w solidny kołowrotek mieszczący na szpuli 200 m żyłki o grubości 0,40 lub 0,45 mm. Jako przynęt na szczupaki używam dużych ripperów, kogutów na pojedynczych hakach i głowacicowych woblerów.

Na gumy łowię rzadko, bo dużo się ich traci, a w pobliskich sklepach trudno o odpowiednie rozmiary. Interesują mnie duże szczupaki, jeżeli więc używam gum, to tylko ripperów w rozmiarach od 15 do 25 cm. Taka guma naśladuje sporą rybkę, więc duży szczupak raczej nie przepłynie koło niej obojętnie. Nawet gdy słabo żeruje i trudno go sprowokować gumką trzycalową, to jest duża szansa, że zaatakuje przynętę dwa lub trzy razy większą. Z czasów, kiedy jeszcze łowiłem małe szczupaki z brzegu, pozostało mi przekonanie do białych i perłowych gum z czarnym grzbietem. Nadal uważam, że są najlepsze. Jeżeli wyciągnięty szczupak ma w żołądku jakąś rybkę, to prawie zawsze jest to niewielki okoń. Mogłoby się zatem wydawać, że najlepsze powinny być gumy zielone, jest jednak inaczej. Z dobrymi wynikami stosuję rippery we wszystkich dostępnych kolorach.

Rippery zakładam na główki o ważące od 10 do 30 g z hakami nr 2/0 do 8/0. Wielkość obciążenia dostosowuję do rozmiarów przynęty i głębokości łowiska. Ponieważ do dużych gum nawet najdłuższy pojedynczy hak to za mało, dozbrajam je jeszcze jednym haczykiem podobnej wielkości. Dlaczego nie kotwiczką? Bo wtedy skuteczność zacięć jest wprawdzie podobna, ale ilość zaczepów radykalnie się zwiększa. Rippery wzbogacam dużą jeżynką z piór siodłowych koguta. Dobrym ulepszeniem są też pióra siodłowe wklejone ukośnie w boki rippera, na podobieństwo płetw. Podczas prowadzenia w wodzie pióra falują i to z pewnością zwiększa łowność ripperów.

Zazwyczaj zaczynam od gum. Po opuszczeniu do dna odczekuję parę sekund, energicznie je podrywam, a potem prowadzę w zmiennym tempie tuż ponad zaczepami. Prędzej czy później przynęta jednak zaczepia o korzeń lub kamień. Wtedy, popuszczając linkę kotwiczną, ustawiam łódź nad zaczepem i podszarpywaniem lub odstrzeliwaniem przynętę uwalniam. Jeżeli to mi się nie udaje, opuszczam w zaczep półkilowy odczepiacz. To jednak ostateczność, bo ryby się płoszą.

Mimo tych zabiegów żywot rippera w karczowisku jest krótki i trzeba się liczyć z utratą nawet kilku sztuk dziennie. Jednak opłaca się je stosować, bo są skuteczne, gdy szczupaki słabo żerują. Zdarza się, że odprowadzają rippera do łódki nawet z kilkunastometrowej głębi. Dlatego w końcowej fazie prowadzenia, kiedy przynęta jest już blisko łodzi, wyciągam ją etapami. Dwa – trzy obroty korbką i kilkadziesiąt sekund pauzy. W tym czasie ripper wcale nie stoi w bezruchu. Jest rozpędzony, więc po zatrzymaniu jeszcze się kolebie, a nieraz dokładają się do tego ruchy łódki na fali.

Jeżeli szczupak odprowadza przynętę, to bardzo często uderza właśnie w chwili, gdy się ją zatrzymuje albo zaczyna ponownie ściągać. Tak czy owak jest to na pewno skuteczniejszy sposób prowokowania niż szybkie jednostajne windowanie rippera do powierzchni.

Duże straty gum zmusiły mnie do szukania mniej zaczepowych przynęt. Idealne okazały się koguty robione na główkach o wadze 15, 20, 30 i 35 gramów, z mocnymi hakami nr 2/0 – 6/0. Najczęściej łowię kogutami 20-gramowymi. Robię je z kilku długich piór kogucich i pęczka krótkich piórek (zamiast piórek może być sierść lisa). Kombinacja kolorów dowolna. Najlepiej sprawdzały mi się koguty zrobione z dużej ilości piór i sierści.

Rippery zarzucam daleko, kogutami łowię niemal w pionie, to znaczy blisko łódki, bo wtedy jest mniej zaczepów. Ale i tak tygodniowo tracę od kilku do kilkunastu kogutów, których koszt to główka dżigowa i trochę pracy.

Koguta zarzucam, kładę na dnie, odczekuję parę sekund i podrywam kijem, kilkoma szarpnięciami. Potem nawijam żyłkę na kołowrotek, jednocześnie opuszczam wędzisko i wykonuję drobne ruchy szczytówką. Wtedy pióra i sierść opadającego koguta falują, co drapieżnika dodatkowo wabi. Jeżeli brania są tylko w opadzie, zakładam lżejszego koguta i prowadzę go jeszcze wolniej. Jak najwolniej. Pomaga w tym gruba żyłka, która działa jak spadochron.

Kogutów szczupaki nie odprowadzają do powierzchni, za to zdarzają się kapitalne przyłowy w postaci kilogramowych okoni. Rippery szczupaki mają płytko w pyskach, koguty przeważnie tkwią im głęboko w przełyku. Dlatego brania są łatwo wyczuwalne, a hole pewne.

Gdy przynętą na szczupaka są koguty, trzeba używać dłuższych przyponów stalowych. Koguty opadają pionowo i z tego powodu są często atakowane od góry. Jeżeli szczupak jest duży, to obcięcie jak w banku. Do dziś pamiętam rozpacz kolegi, któremu życiowy szczupak obciął żyłkę powyżej standardowego 30-centymetrowego przyponu kupionego w sklepie. Od tej pory swoje przypony robię sam. Kupuję atestowane stalowe plecionki o wytrzymałości co najmniej 25 kg. Robię z nich przypony o długości 45 – 50 cm z solidnymi morskimi krętlikami i agrafkami. Te samoróbki jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. Uzupełnieniem ekwipunku jest duży, mocny i głęboki podbierak.

W drodze na łowisko i z powrotem łowię szczupaki na troling. Zmieniam wtedy koguta na głowacicowego woblera, też własnej roboty. Na ogół są to woblery o długości 14 – 16 cm. Oczywiście pływające. Sprawdzają mi się egzemplarze oklejone srebrzystą folią z grzbietem pomalowanym na szaro lub na niebiesko. Do trolingu wybieram modele ze sterem ustawionym pod niewielkim kątem, które w rzece pracują na głębokości około jednego metra, a ciągnięte za łodzią schodzą mniej więcej do 3,5 m. Płynę na wiosłach, dzięki czemu wobler pracuje skokami.

Przy pociągnięciach nurkuje, a przy każdym spowolnieniu unosi się lekko do powierzchni. Staram się płynąć w takiej odległości od brzegu, żeby głębokość wynosiła około pięciu metrów. Wtedy wobler pracuje mniej więcej w połowie wody. I choć nie mam tak dobrych wyników, jak fachowcy od trolingu łowiący w głębokiej wodzie, to czasem ten holowany za łodzią wobler sprawia, że nie wracam do domu o kiju.

Józef Pojedyniec, Niedzica
notował Jarosław Kurek

Poprzedni artykułJAK ZROBIĆ WOBLER
Następny artykułNYSA ŁUZYCKA OD GUBINA DO OLSZYNY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments