sobota, 29 stycznia, 2022
Strona główna Spławik WĘDKARZ A WĘDKARZ TO JEDNA RASA, ALE NIE JEDNA KLASA

WĘDKARZ A WĘDKARZ TO JEDNA RASA, ALE NIE JEDNA KLASA

Na rybach jestem prawie codziennie, chyba że zwali mnie z nóg jakaś choroba lub pogoda jest nie do zniesienia. Ryby łowię od pięćdziesięciu lat i od samego początku jestem wierny metodom spławikowym. Długi czas brałem udział w wędkarskich zawodach, teraz z racji wieku rzadko się na takich imprezach pojawiam. Czas na to przeznaczony wolę spędzić nad wodą w samotności, bo wtedy widzi się więcej ciekawych rzeczy.

Od kilku lat pod koniec listopada wybieram się na ukleje. Łowię je w kanale Odry blisko mostu Szczytnickiego. Wielu wędkarzy pewnie się zdziwi, bo w powszechnym przekonaniu ukleje łowi się wtedy, gdy jest ciepło. Tutaj też tak kiedyś było, ale od czasu, kiedy w Odrze pojawiło się bardzo dużo boleni, to latem tak w ukleje biją, że trudno je złowić. Dopiero późną jesienią bolenie z kanału znikają. Wtedy ukleje zbijają się w ławice, wracają na swoje miejsca i zaczynają intensywnie żerować.

Moja zanęta na ukleje jest taka sama jak na inne ryby. Składa się czerstwego chleba, tartej bułki i soli jako dodatku smakowego. Jeżeli dzień przed wędkowaniem gotuję na obiad ziemniaki albo kaszę, to wodę po gotowaniu zlewam do słoika i potem dodaję do mojej zanęty. Taka woda to lepszy dodatek niż czysta sól. Jest bowiem wystarczająco słona, a dodatkowo ma zapach i smak tego, co się w niej gotowało.

Chleb, nim go dodam do zanęty, pół godziny moczę, później go odsączam i dokładnie rozdrabniam w dłoniach. Jest to bardzo ważne, bo źle rozdrobniony chleb będzie się od kul zanętowych odrywał i wypływał na powierzchnię. Dotyczy to także skórek chleba, które trzeba najdłużej w dłoniach rozrabiać. Leniuchom radzę, żeby tych skórek nie wyrzucali, bo właśnie one najmocniej pachną chlebem i później ten zapach przenosi się do zanęty. Do rozdrobnionej, wilgotnej masy roztartego chleba dodaję opakowanie tartej bułki. To wszystko dokładnie mieszam i dopiero na sam koniec dodaję sól lub wodę po gotowaniu. Ilość soli w zanęcie zależy od pory roku. Latem daję mało, co najwyżej małą łyżeczkę, w zimie nawet trzy płaskie łyżki stołowe.

Sól w zanęcie stosuję od czasu, kiedy mój dobry znajomy, który jest myśliwym, powiedział mi, że sól jest ważnym składnikiem pokarmu dzikiej zwierzyny. Postanowiłem więc wypróbować to w wędkarstwie i się sprawdziło. Z solą związana jest także pewna wędkarska historia. Siedziałem nad wędką, gdy podszedł do mnie kolega i zapytał: “Kaziu, co dajesz do zanęty, że masz tyle brań?”. Odpowiedziałem, że sól. On się roześmiał i odszedł. Ale następnego dnia pojawił się z ciastem z kaszy manny, do którego dodał bardzo dużo soli. Skutek był taki, że na to słone ciasto złowił trzy razy więcej ryb ode mnie.

Nim zacznę wędkować, zawsze dokładnie obserwuję łowisko. Szczególnie interesuje mnie powierzchnia wody. Jeżeli tworzą się na niej jakieś wybicia lub zawirowania, to odchodzę, bo ukleje takich miejsc nie lubią. Taka niespokojna powierzchnia informuje mnie również, że na dnie musi być jakaś przeszkoda, która będzie utrudniać wędkowanie.

Wybieram takie łowisko, gdzie woda jest spokojna i ma równy uciąg. Gruntuję zestaw na połowę głębokości. O tym, że ukleje przebywają właśnie w tej warstwie wody, przekonałem się podczas kilkudziesięcioletniej praktyki. Żyłkę zahaczam o klips na szpuli, dzięki temu zestaw zawsze ląduje w tym samym miejscu.

W moim łowisku – jak już wspomniałem, jest to kanał – uciąg wody dosyć często się zmienia. Stosownie do tego zwiększam albo zmniejszam wyporność spławika. Nic więcej nie muszę robić, bo ryby swoich miejsc nie zmieniają. Zmiana spławika przebiega u mnie bardzo szybko, bo chociaż ich wyporność jest różna, są tak samo grube w tym miejscu, gdzie za pomocą rurek igielitowych mocowana jest żyłka.

Spławiki mam własnej konstrukcji, ciężarki do nich też sam wymyśliłem. Wycinam je z blachy ołowianej i tak zaciskam, żeby się swobodnie wokół żyłki obracały. Dzięki temu samoistnie się układają do nurtu i stawiają mu bardzo mały opór, a swojej wagi nie tracą. Dzięki temu zestaw płynie tak, że ryby nie mają żadnych podejrzeń.

Gdy uciąg wody jest niewielki, łowisko nęcę pięcioma kulami wielkości śliwki. Kule są zbite tylko na tyle, żeby się nie rozpadły zaraz po upadku na wodę. Jeżeli uciąg jest duży, wrzucam dziesięć kul takiej samej wielkości, ale mocniej zbitych. Takie kule docierają do dna i tam rozpadają się mniej więcej po piętnastu minutach.

Jako przynęty używam białych robaków lub pinek. Na haczyk zakładam jednego robaka lub dwie pinki.
Przy łowieniu uklei ważna jest odpowiednia prezentacja przynęty. Dlatego dbam o ułożenie żyłki na wodzie. Nie dopuszczam, żeby się z niej robiło półkole, bo wtedy zestaw zaczyna spływać szybciej niż woda, a wówczas ukleje nie biorą.
Ukleje zacinam w bok, równolegle do lustra wody. To sposób bardzo skuteczny, po nim mało która ukleja spada podczas holu. Zacięcia do góry często są puste, a zestaw się plącze.

Łowienie uklei późną jesienią jest bardzo przyjemne, bo mimo niskiej temperatury ciągłe brania nie pozwalają mi marznąć. Poza tym udowadniam wielu wędkarzom, że ukleje można łowić nawet o tej porze roku i nie jest to wcale trudne. Trzeba tylko wiedzieć, że wędkarz i wędkarz to jedna rasa, ale nie jedna klasa.

Kazimierz Podborny, Wrocław
notował Szymon Ciach

Poprzedni artykułOSTOJA I ŻEROWISKO
Następny artykułSIEJE ZE SŁONEJ WODY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments