środa, 26 stycznia, 2022
Strona główna Bez kategorii PORA ZWOLNIĆ TEMPO

PORA ZWOLNIĆ TEMPO

Od wiosny do jesieni w zbiornikach zaporowych szukam sandaczy na głębokości do 10 m. Duże, nawet 16-centymetrowe gumy na ciężkich główkach prowadzę szybko i agresywnie. Energicznie podrywam je szczytówką, a później mocno uderzam o dno.

Tak łowię zwykle do końca października. Po tym terminie krótkotrwałe okresy brań zdarzają się jeszcze o świcie i zmroku, ale za dnia sandacze już nie reagują na tak agresywnie prowadzone przynęty. To znak, że już czas prowadzić je inaczej. Po prostu pora zwolnić tempo.

Późną jesienią, kiedy woda robi się zimna, prowadzę przynętę powoli i delikatnie uderzam nią w dno. Nie szarpię szczytówką ani nadgarstkiem, by poderwać kij, tylko spokojnie nawijam linkę na kołowrotek Niezbyt mocno obciążone gumy docierają do najwyższego punktu nad dnem, po czym bardzo wolno opadają na napiętej lince. Teraz sandacze dobrze biorą przez cały dzień i nie zmieniam sposobu prowadzenia.

Ta zmiana w zachowaniu sandaczy ma związek z temperaturą wody. Teraz termometr zanurzony na głębokości dwóch metrów pokazuje około ośmiu stopni Celsjusza. W Zalewie Żywieckim, gdzie łowię najczęściej, następuje to zwykle w ostatniej dekadzie października albo w pierwszych dniach listopada. W innych zbiornikach zaporowych może to być o tydzień – dwa wcześniej albo później. Tempo jesiennego wychładzania się wody zależy bowiem od wielkości i głębokości zbiornika, od pracy elektrowni, a także od ilości i wielkości dopływów niosących zimną wodę.

Aby zmniejszyć tempo prowadzenia przynęt, radykalnie zmniejszam ciężar główek. Latem, gdy prowadziłem gumy szybko i energicznie, zbroiłem je w główki o wadze od 20 do 50 g. Teraz ważą 7,5 i 10 g. Gumy też muszą być mniejsze. Rippery tej wielkości, jakich używam latem, na lekkich główkach wykładają się na boki. Szczupakom to nie przeszkadza, ale sandacze biorą znacznie gorzej.

W zimniejszej wodzie sandacze schodzą głębiej. Między czerwcem i wrześniem moje najgłębsze łowiska miały nie więcej niż 10 metrów. W listopadzie i grudniu są one zbyt płytkie. Na przełomie jesieni i zimy łowię sandacze na głębokości 12, 14, a czasem nawet 16 metrów.

Przez cały sezon połowu sandaczy moje ulubione miejscówki to kamieniste stoki i wszelakie garby. Jesienią kotwiczę w takim miejscu, żebym w zasięgu wędki miał cały stok, także jego szczyt i trochę podstawy. Na początku prowadzę przynętę wzdłuż jego krawędzi. Później ustawiam łódkę tak, żebym po zejściu przynęty ze stoku mógł ją poprowadzić także w mule. Wielu znanych mi łowców sandaczy pomija tę część dna. Moim zdaniem niesłusznie. To prawda, że sandacze najczęściej łowi się na dnie twardym, ale ilość brań na zamulonych blatach też nie jest mała.

Lubię także łowić sandacze na podwodnych garbach. W zbiornikach zaporowych jest ich zawsze pod dostatkiem. Oprócz naturalnych pofałdowań terenu są przecież garby uczynione ludzką ręką. Garbem jest na przykład kawałek zalanej drogi, grobla po niegdysiejszym stawie, fragment nasypu kolejki i pozostałości wałów przeciwpowodziowych. Tam gromadzą się wszelkie drapieżniki, a szczególnie sandacze. Biorą zarówno na stokach, jak i u podnóża garbu, ale najlepiej na jego szczycie. Nie jest łatwo tam akurat trafić, bo łódź umocowana na jednej kotwicy nie stoi przecież w miejscu, warto się jednak starać.

Niezależnie od miejsca, w którym łowię, mniej więcej co trzeciego sandacza wyciągam spod samej łodzi. Myślę, że one aż tam odprowadzają przynęty. Dlatego zawsze prowadzę gumę do samego końca, pod łódź, a gdy już się tam znajdzie, stukam nią kilka razy o dno, podnoszę na metr i odczekuję parę sekund. Powtarzam to kilka razy i dopiero wtedy wyciągam ją z wody.

Nawet podczas dobrych brań sandacza trudno zaciąć. Chociaż stosuję plecionki, a wędziska mam krótkie i sztywne, ilość nieudanych zacięć sięga czasami 70 %. Gdy tylko z gumą dzieje się coś nietypowego, np. dziwnie opada lub stuka o zaczep, natychmiast reaguję ostrym zacięciem. Wędkarze, którzy rzadko łowią sandacze i przywykli czekać na szczupakowe uderzenie, mają z zacinaniem jeszcze większe kłopoty. Najlepiej radzą sobie z tym muszkarze. Sam łowię na muchę i obserwowałem wielu muszkarzy stawiających pierwsze kroki w łowieniu sandaczy. Żaden nie miał kłopotów z zacinaniem. Jeżeli więc komuś zacinanie sandaczy nie wychodzi, choć zestaw ma dobry, to polecam trening polegający na łowieniu lipieni na nimfę. Jeżeli nauczy się zacinać lipienie, to da sobie radę także z sandaczami.

A jesienny sezon na sandacze trwa długo. Łowię je aż do pierwszego lodu.

Janusz Sikora
Bielsko-Biała

Do łowienia sandaczy z łodzi, nawet w głębokich zbiornikach zaporowych, używam mocnego i sztywnego wędziska własnej roboty o długości 1,6 m. Pozwala mi ono zacinać bardzo szybko i mocno. Na kołowrotek nawijam plecionkę o grubości 0,16 lub 0,20 mm. Stosuję długie stalowe przypony, bo częstym przyłowem są szczupaki. Używam też dużych krętlików i bardzo mocnych agrafek. Całość zestawu, od wędziska po haczyk, jest ze sobą zgrana pod względem wytrzymałości.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments