czwartek, 30 czerwca, 2022
Strona główna Sposób DZIWNE RZECZY O KARPIACH

DZIWNE RZECZY O KARPIACH

To, co mówił mi p. Jan Michalski, było zadziwiające. Rzecz dotyczyła karpi w marcu. Dotąd o tak wczesnych połowach tej ryby tylko słyszałem, teraz miałem okazję poznać wędkarza, który od kilku lat łowi karpie w bardzo zimnej wodzie. Jednym słowem zupełne zaprzeczenie tego, co o karpiach i ich łowcach dotychczas wiemy.

Z łowieniem karpi spod lodu zetknąłem się po raz pierwszy trzydzieści lat temu. Wraz z kolegami byliśmy wówczas nad rozlewiskiem Oławy w Parku Wschodnim we Wrocławiu. Łowiliśmy okonie na błystki podlodowe. Wtedy mało kto z nas słyszał o mormyszkach, zresztą nie były nam potrzebne, skoro w żelazo okonie biły aż miłow. Podczas jednej z takich okoniowych wypraw zobaczyłem starszego mężczyznę, który pod przeciwnym brzegiem wybił siekierką w lodzie kilka przerębli. Nad każdą chwilkę postał, coś tam do nich sypał, ale nie wędkował.

Powiedziałem, że jak się ten mężczyzna oddali, to podejdę do tych jego otworów, może coś złowię. Jeden z kolegów, który mieszkał najbliżej, odparł na to, że tam okoni nie ma, a ten człowiek, jego sąsiad, nęci karpie. Wszyscy parsknęliśmy śmiechem, tak bardzo nierealne wydało się nam łowienie karpi spod lodu. Ale ów kolega nas zapewniał, że wprawdzie nie był przy tym, jak ten sąsiad karpie wyciągał, ale widział, jak je niósł do domu. Później jeszcze kilka razy widziałem tego człowieka na lodzie, ale zawsze bez wędki. Raz go nawet zagadnąłem, czego on w tych przeręblach szuka, ale zbył mnie jakąś ogólną opowiastką o rybach.

Przypomniałem sobie to wszystko, kiedy już pracowałem w “Wędkarzu Polskim”. W jednym z numerów opublikowaliśmy artykuł, w którym pewien wędkarz opowiadał, jak spod lodu łowi liny. Nadeszło potem wiele listów, w których czytelnicy odsądzali nas od czci i wiary, że takie niestworzone rzeczy wypisujemy. Któregoś dnia roztrząsaliśmy ten temat w szerszym gronie, bo w redakcji była akurat spora gromadka naszych współpracowników i sympatyków. Wtedy i ja opowiedziałem o tym, co ongiś przeżyłem nad Oławą. Okazało się, że każdy, kto w tej redakcyjnej gadaninie uczestniczył, też ma coś do powiedzenia, a właściwie do opowiedzenia. Jeden widział liny łowione na mormyszkę, inny złowione w przerębli węgorze. Kilku, tak jak ja, słyszało o łowionych spod lodu karpiach. Gadaliśmy o rybach, których się zimą raczej nie łowi. W końcu doszliśmy do wspólnego wniosku, że o tej porze roku ryby też muszą jeść, a jak jedzą, to wędkarz ma prawo je dopaść i nie ma w tym nic dziwnego. Może tych ryb nie złowi się tyle co latem, ale kiedy łowca upatrzy sobie tylko jeden gatunek i będzie za nim ciągle deptał, to prawdopodobieństwo regularnych połowów jest bardzo duże.

  • Dlaczego się dziwisz, że karpie biorą spod lodu albo bardzo wczesna wiosną, gdy tylko lody zejdą – skomentował później pewien mój kolega, gdy mu opowiedziałem o spotkaniu z p. Michalskim. – Kiedy pracowałem w Hydralu (duża fabryka we Wrocławiu – przyp.red.), dużo łowiłem w stawach w Wilczynie, to takie zakładowe łowisko. Zarybialiśmy je karpiami, ale żeby od razu wszystkich nie wyłowiono, dużą ich porcję wpuszczaliśmy tuż przed mrozami albo pod lód. Przez kilka lat nie mogliśmy się nadziwić, że wiosną nie było tych karpi tyle, ile powinno. Śladów po kłusownictwie nikt nie widział, a do głowy nam nie przychodziło, że ktoś je wyławia. Wiele osób codziennie tam łowiło spod lodu, ale płotki i okonki, czasami leszcze. Karpi nikt nie łowił. Później się okazało, że kilku specjalistów od karpi jednak było. Zaczynali, kiedy myśmy schodzili z lodu. Przychodzili, gdy na dworze było już całkiem ciemno. Przy naszych w dzień zanęconych przeręblach stawiali słoik ze świeczką albo cmentarny lampion i łowili karpie. Te ryby dobrze biorą zaraz po wpuszczeniu, ale oni tak się wprawili, że wyciągali je dopóki trzymał mróz. A właściwie przez cztery miesiące, bo na wiosnę, kiedy w dzień lód był już słaby, w nocy można było bez strachu po nim chodzić. I oni chodzili!

Niejeden może p. Michalskiemu pozazdrościć. Ma firmę, którą angażują nadleśnictwa, a obszar jego działania przylega do Bugu na długości kilkudziesięciu kilometrów. Bywa więc, że co dzień wędki w rzece moczy, a Bug jak narkotyk – im więcej ryb w nim łowisz, tym więcej chcesz z niego wyciągać. Pracownicy czasami mu mówią: “Panie Janku, tu a tu biorą teraz szczupaki”, albo: “Wie pan, tam na brzozach leszcze teraz ciągną”. Gdy nie ma za wiele czasu, to dogada się z kimś z załogi, żeby mu nęcił łowisko. Czasu nie traci, a później, gdy już przyjdzie na gotowe, to cięgiem przez kilka dni siedzi i już sam łowiska pilnuje.

Piękna sprawa, pracę z łowieniem ryb połączyć. I chyba właśnie z tego powodu pan Jan łowi wszelkie ryby, jakie są w Bugu. Ale nie z marszu, nie co mu na wędkę trafi. Najpierw są przygotowania. Zaczyna od gromadzenia jak największej liczby informacji. Wertuje czasopisma i książki, żeby się o danym gatunku dużo dowiedzieć. Dopiero potem szuka tych ryb w Bugu.

Po wielu latach wędkowania wie już, że na każdą rybę jakaś pora roku jest najlepsza. Przekonał się też, że samo łowienie mistrza nie czyni. Bug niejako sam narzuca łowiącemu większe wymogi niż jakiekolwiek inne łowisko. Tutaj ciągle trzeba być bacznym obserwatorem, a każdą wyprawę – tę, która się zakończyła sukcesem, i kiedy się do domu wracało o kiju – odnieść do zjawisk temu towarzyszących: do pogody, poziomu wody, pory roku… Dzika rzeka ciągle się zmienia, a to sprawia, że ryby jednego stanowiska długo nie zagrzewają. Cały czas są w miejscach takich samych, ale nie tych samych.

O łowieniu karpi opowiada
p. Janusz Michalski.
W Bugu najtrudniej wędkuje się wiosną. Rzeka wylewa, w zasadzie jest niedostępna, ale właśnie wtedy można zobaczyć, jakie ryby w niej żyją. Wędkarze lecą na dopływy po płocie i jazie, mają też swoje łąki, na które wypływają japońce, mało kto natomiast zbliża się do głównego nurtu, bo od suchej ziemi oddzielają go ogromne przestrzenie wody. Według nich na te rozlewiska nie ma po co zaglądać. Tymczasem właśnie na zalane łąki wypływają z Bugu wszelkie ryby, karpie też. Nie widziałem na rozlewiskach sumów, ale myślę, że i one muszą tam być. Po cóż miałyby siedzieć w korycie, gdzie woda jest zimna i wali z dużą siłą? W marcu i kwietniu one też przecież chcą się podtuczyć przed tarłem.

Chyba poza sumami na zalanych łąkach widziałem wszystkie żyjące w Bugu gatunki ryb. Nie jest jednak tak, że są wszędzie. Mają swoje rewiry. Najwięcej jest ich w ujściach rzeczek, strumieni i na przerwańcach (tak miejscowi nazywają miejsca, gdzie brzeg przerywa wypływ wody np. ze starorzecza lub odnogi – przyp. red.). Teraz woda jest wysoka i tych wszystkich obiecujących miejsc zobaczyć się nie da, ale ja wiem, gdzie one są, bo zapamiętałem je z jesieni. Wtedy się też specjalnie przyglądam, którędy będę mógł dojść do łowiska, kiedy poziom wody sięgnie tutaj metra. Grunt się zmienia, bo Bug nawet dwa razy w roku potrafi wylewać, więc żeby nie ryzykować, dokładnie zapamiętuję całe otoczenie. U nas się mówi, że Bug trzeba wydeptać, żeby rybę złowić.

Nieważne, czy się chodzi ze spiningiem, koszyczkiem czy mocnymi kijami na karpie, pomylić się bardzo łatwo. Może się okazać, że w pozornie doskonałym miejscu leszczowym biorą tylko uklejki. A gdzie są uklejki, to tam żadna ryba nie podejdzie, choćbym nie wiem ile zanęty wsypał. Tak samo jest z innymi rybami. W miejscach, gdzie żyją tylko małe klenie, dużego szczupaka nigdy nie spotkałem.

Ale karpie wypatrzyłem. Były w ujściu rzeczki. Pływały w korycie, daleko od Bugowego nurtu. Kiedy był spokój, wypływały z rzeczki, szły na łąki. Wystarczył jednak jakiś niewielki ruch na brzegu, żeby natychmiast wracały do dopływu, a gdy się pokazali ludzie, tak się gdzieś w tym dopływie zapadały, że długo ich nie można było zobaczyć. Myślę, że wracały wtedy do głównego nurtu. Jakie wspaniałe sztuki tam widziałem, a ile w ogóle karpi pływa w Bugu! Myślę, ze jest ich o wiele więcej niż wszystkich drapieżników razem wziętych.

Początkowo myślałem, że karpie wychodzą na rozlewiska, żeby się po zimie ogrzać, ale zauważyłem, że szukają czegoś w trawie. Czego mogły szukać? Na pewno jedzenia. Zacząłem nęcić tam, gdzie je widziałem. Nęciłem grochem. Ale my grochem nazywamy wszystko, co ma strączki: groch, fasolę, jaśka, łubin… Na pierwsze nęcenia wsypywałem prawie całe wiaderko jaśka i fasoli. Zanim jednak jasiek trafił do wody, moczyłem go przez dziesięć godzin, żeby napęczniał i lekko zmiękł, dopiero później krótko gotowałem. Co kilka dni, bez względu na pogodę i stan wody, wrzucałem w łowisko pełne wiaderka grochu. Co najmniej pięć – sześć nęceń. Dopiero kiedy zaczynałem wędkować, zabierałem ze sobą tylko parę litrów grochu. W tej porcji była też garstka prawdziwego grochu, tak dla urozmaicenia.

Do łowiska docierałem idąc głębiej niż po pas w wodzie. Najpierw patrzałem, gdzie się zatrzymują ławice karpi. One sobie spokojnie pływają, a jak je coś zaniepokoi albo pływanie po zalanych łąkach z jakiegoś powodu je znudzi, zbierają się w jednym miejscu. Zawsze jest tam płytko, a obok głębia. Najczęściej jest to skraj łąki i burta rzeczki, jakiegoś rowu, starorzecza. Dopiero gdy jestem pewien, że to miejsce jest najodpowiedniejsze, zaczynam sypać. Wcześniej widziałem tam karpie, ale kiedy idę nęcić, to uważam, żeby ich tam nie było. Niepotrzebnie bym je płoszył.

Do wody wchodzę w neoprenowych spodniobutach, w innych zapewne bym z zimna nie wytrzymał. Nęcenie nie problem, bo wchodzę do wody na piętnaście minut. Kiedy jednak łowię, stoję w wodzie czasami nawet przez pięć godzin. Nie sprawdzałem, ale myślę, że pod koniec marca woda nie ma więcej niż pięć stopni. Może nawet mniej.

Nie mam problemu z wędkarzami, którzy chcieliby zająć moje stanowisko. O tej porze roku prawie nikogo nad Bugiem się nie spotyka. Woda dochodzi do zaoranych pól, a dalej jest różnie. Z jesieni zapamiętałem, gdzie były ścieżki. To najpewniejsze trasy. Ziemia jest tam ubita, trawy się pod nogami nie plączą. Komu wpadłoby do głowy iść kilkadziesiąt lub kilkaset metrów po zalanych łąkach, stać w wodzie po pas i cały czas trzymać kij w ręce. Nawet pies z kulawą nogą na moje łowiska nie zagląda.

Nie robię żadnych karpiowych samozacinających zestawów z włosowymi przyponami. Na solidny haczyk zakładam ziarno jaśka, czasami dokładam ziarenko fasoli albo grochu, znacznie rzadziej czerwonego robaczka. Tylko wtedy, zakładam robaczka, kiedy widzę, że karpie są, ale nie chcą brać. A samo łowienie karpi jest bardzo emocjonujące. Nie tylko trzeba zaciąć branie, ale później, stojąc w wodzie po pas, czasami nawet po pierś, należy zaciętego karpia wyholować. Te największe widziałem, ale ich nie złowiłem. Miałem je na kiju, jednak dały mi radę. Bo w tym wędkowaniu wszystko i za każdym razem jest nieoczekiwane.

wd

Poprzedni artykułSZCZUPAKI Z NIELISZA
Następny artykułBUG KOŁO HNISZOWA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments