poniedziałek, 27 czerwca, 2022
Strona główna Spinning CO W TRZCINIE PISZCZY

CO W TRZCINIE PISZCZY

Od kilku lat, niemal przez cały sezon kiedy tylko łowiska nie są skute lodem, chodzę nad wodę ze spiningiem. Jeszcze nie tak dawno mało kto łowił na sztuczne przynęty w marcu i kwietniu. Ktoś jednak przełamał barierę przyzwyczajenia i łowienie okoni, kleni i jazi wczesną wiosną stało się rzeczywistością. Nie są to łatwe łowy, ale z pomocą przyszedł coraz to doskonalszy sprzęt i przynęty.

Przynęty i sprzęt pozwalają zastosować takie techniki łowienia, o jakich jeszcze kilka lat temu nikomu się nie śniło. Podam najprostszy przykład. Każdy chyba widział, jak z grona stojących obok siebie wędkarzy, łowiących na boczny trok, jeden wyciąga okonie, a inni mu tylko kibicują, chociaż też bardzo chcą coś złowić. Tłumaczą, że wybrali złą przynętę, że ramiona troku są nie takiej długości jak powinny, a nawet że ich stanowiska są o wiele gorsze, choć od sąsiada, który łowi okonia za okoniem, dzieli ich niewiele. Nawet nie pomyślą, że powodem ich niepowodzenia jest wyłącznie nieodpowiedni sprzęt. Mają za sztywne szczytówki, łowią na plecionki, tymczasem technika bocznego troku wymaga rzeczy zupełnie odmiennych. Nie potrzeba do niej drogiego sprzętu. Najlepszy jest tani kij lejący się od dolnika po szczytówkę. Stoją obok i nie zwracają uwagi nie tylko na to, jak sprzęt sąsiada pracuje. Nie patrzą nawet, jak on zacina ryby, a przecież to jest ważniejsze od prowadzenia przynęty. Trzeba się więc przyglądać, jak robią to lepsi, i ich naśladować.

Łowienie na boczny trok jest bardzo łatwe i nie wymaga nie wiedzieć jakiego sprzętu. Ale kiedy się łowi innymi technikami, sprzęt odgrywa bardzo ważną rolę. W grę wchodzi wszystko. Także to, jak się wyczuwa przynętę i czy się jej nadało taką pracę, jak to było w naszym zamiarze. Łowienie powinno być pod kontrolą, bo tylko wtedy można mówić o powtarzalności wyników.

Choć jednak wiele zawdzięczamy sprzętowi, to i tak najważniejsze jest doświadczenie. Wiele razy miałem okazję się o tym przekonać.

Na ryby jeżdżę bardzo często. W ciągu roku jestem nad wodą nawet dwieście razy. Są łowiska, na które zaglądam regularnie, są też takie, w których łowię pierwszy raz. Na łowisku dobrze mi znanym nie potrzebuję przewodnika, sam potrafię wyśledzić ryby. Mam tutaj na myśli jeziora, których na chełmskiej ziemi jest dużo. W jeziorach ryby na ogół trzymają się stałych miejsc, ale ten porządek zakłócają bardzo silne wiatry lub raptowne spadki temperatury. Ponadto wiosna jest bardzo dynamiczna, jeżeli chodzi przemieszczanie się ryb. Jedne są na tarle, inne ciągną za nimi, żeby podeżreć trochę ikry albo wręcz polować na trące się ryby, które w tym czasie na nic nie zważają.

Ten stan rozhuśtania trwa do połowy lata. To trudny okres dla wędkarza. Jeżeli pogoda raptownie się zmieniała, to ryb trzeba się zdrowo naszukać. Ale nawet gdy się je znajdzie, to przecież wcale nie muszą brać. Wtedy nachodzą człowieka wątpliwości, czy rzeczywiście namierzył ryby, czy zbyt pochopnie zaufał wskazaniom echosondy. I tutaj bardzo pomocna okazuje się wędka.

Łowię wszystkie ryby drapieżne, najbardziej jednak lubię łowić okonie, bo są nieprzewidywalne. I nie ma tak, że można ich nałowić do oporu. W każdym razie mnie się to zdarza bardzo rzadko, choć wiem, jak się zachowują, gdzie ich szukać i jak łowić. Na sto procent będą tam, gdzie są stada drobnicy, a w porze godów w pobliżu miejsc, gdzie trą się inne ryby. Najliczniej gromadzą się wcale nie koło tarlisk uklei, jak sądzi większość wędkarzy. Najbardziej interesują je trące się liny. Na ikrze linów tuczą się wszystkie okonie żyjące w danym jeziorze.

Choć wiem, gdzie i jak okonie znaleźć, to wcale nie jest pewne, że je złowię. Mogą przecież w ogóle nie żerować. Właśnie w takich sytuacjach pomaga mi wędka.

Sam kij jednak, choćby nie wiadomo jak dobry, nie wystarczy, by stwierdzić, czy okonie są w łowisku. Kij musi być dobrany do przynęty i do głębokości wody. Gdy te elementy zgramy, to nie ma siły: jeżeli okonie są, to któryś z nich na pewno się przynętą zainteresuje. Wyczujemy to na kiju albo zobaczymy na lince. Okonie zawsze pływają w ławicach po kilkadziesiąt sztuk. Im większe okonie, tym mniej ich w ławicy. Najliczniejsze są ławice małych okoni, ale wśród nich zawsze znajdą się sztuki interesujące z wędkarskiego punktu widzenia, tzn. długie na mniej więcej 25 cm.

Kiedy więc okonie dają mi znać, że są, ale brać nie chcą, to następuje chwila bardzo, jak myślę, przyjemna dla każdego wędkarza: poszukiwanie sposobu, który zapewni sukces. A gdy już się ten sposób znajdzie, satysfakcja jest ogromna.

Gdy chodzi o okonie, możliwości jest wiele, a niekiedy dużą rolę odgrywają tak na pozór mało znaczące drobiazgi, że aż trudno uwierzyć. Pewnego razu musiałem przyjąć do wiadomości, że twister, który miał mniej brokatu, był łowniejszy od takiego samego, w którym brokat był drobniejszy i było go więcej. Czasami wrota do sukcesu otwiera zmiana żyłki z 14 na 12. I niby jaka to różnica, pytam sam siebie, skoro łowię woblerem? Przecież przy takich grubościach żyłki jego akcja w zasadzie się nie zmienia, zwłaszcza gdy nie jest do niej uwiązany bezpośrednio, tylko poprzez agrafkę. A jednak…

Wielu spiningistów uważa, że nie przynęta jest ważna, tylko jej prowadzenie. Z tym się nie zgadzam. Nie powiem nawet, że liczy się to i tamto. Przynęta jest bardzo ważna, przede wszystkim jej wielkość, kształt i kolor. Co się zaś tyczy prowadzenia, to jego sposób narzuca samo łowisko. Na żwirowych blatach, wśród trzcin, w zalanych krzakach – we wszystkich tych łowiskach prowadzi się przynęty zupełnie inaczej. Różnice polegają jeszcze na czymś innym: na naszych intencjach. Można prowadzić przynęty tak, że będą udawały zachowanie się naturalnego pokarmu, można też bardzo agresywnie. Wtedy nie chodzi o żadne podobieństwo, lecz o sprowokowanie ryby do ataku. Tak poprowadzona przynęta może np. pobudzić w niej instynkt obrony terytorium. Gdy jednak jej kolor okoniom nie odpowiadał, nie złowiłem żadnego, co najwyżej miałem tylko puknięcia. Brania zaczęły się dopiero wtedy, kiedy ponownie założyłem przynętę w kolorze, na który wcześniej okonie reagowały.

Okonie mają w sobie coś, co nazwałbym sezonowością. Te “sezony” mogą być krótkie. Na przykład przez dwa dni biorą tylko na jeden rodzaj lub kolor przynęty. Obojętnie, w jakiej wodzie je łowię, płytkiej czy głębokiej.

Z tego właśnie powodu bardzo lubię spotykać się z innymi wędkarzami, zwłaszcza miejscowymi, bo przecież nikt lepiej od nich nie wie, co w trzcinach piszczy. Często są to wędkarze jednej wody i jednej metody. Oni też nie zawsze są w stanie złowić rybę, ale tylko dlatego, że nie mają dobrego sprzętu. Jeżeli taki miejscowy chce rozmawiać, to warto go posłuchać. Mówią mądrze o rzeczach, których nie ma w żadnej książce. Ich cechą jest współpraca. Miejscowi gruntowcy mają swoje łowiska. Nęcą je i jest wśród nich zasada, że nikt nikomu takiego miejsca nie zajmuje.

Inaczej jest z tymi, którzy łowią drapieżniki. Gdy jeden z nich namaca okonie, trzyma się tego miejsca, dopóki biorą. Obok niego zatrzyma swoją łódkę jeden, potem drugi znajomy. W pewnym momencie, czasami trwa to nawet kilka tygodni, brania zanikają. Wtedy znajomkowie po kolei odłączają od grupy i szukają okoni na własną rękę. Gdy któryś je znajdzie, to na drugi lub trzeci dzień dołączają do niego pozostali.

Wśród tych ludzi przestrzega się zasad. Nikt nikomu w paradę nie wchodzi. Łódkę kotwiczy się zawsze w należytej odległości. Ale to z czegoś wynika. W grupie jest paru dobrych w lokalizowaniu i łowieniu ryb. Pozostali jak huby spijają cudze soki. Z tymi najlepszymi nie opłaca się więc zadzierać, bo kiedyś mogą wyprowadzić na manowce. Ale z takim wędkarzem, który jest dla innych pilotem, warto się zapoznać. Jeżeli zechce porozmawiać, to można się od niego dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy.

Marzę o tym, żeby łowić duże okonie. Mam na myśli takie, które ważą pół kilograma, a jak więcej, to jeszcze lepiej. To o nich mówię, że są nieprzewidywalne. Małe okonie można złowić prawie zawsze. Nie oznacza, że nie mam z tym problemu. Trzymając się jednak reguł mogę sobie z nimi poradzić niemal w każdej sytuacji. Jeżeli muszę złowić okonie np. na zawodach, to używam najmniejszych gumek na dżigach. Nie mam brań, to przechodzę na trok, ale stosuję go tylko wtedy, kiedy zarzucam na wodę głęboką i ściągam na płytką. W odwrotnej sytuacji, z płytkiej na głęboką, trok egzaminu nie zdaje, lepszy jest dżig.

Nie łowię oczywiście byle gdzie, wybieram odpowiednie łowiska. Okonie będą zawsze na płyciznach z grążelami, a także w miejscach, gdzie twarde dno przechodzi w miękkie i to bez względu na to, jak tam jest głęboko. Mówi się, że okonie lubią strome spady. Ja mam inne doświadczenie. Tam, gdzie są ostre krawędzie, częściej spotykam szczupaki albo sandacze, a okonie raczej na łagodnych spadach.

Kiedy wypływam na jezioro, najpierw kieruję się do okoniowych miejscówek. Najczęściej jest tam płytko. Sprawdzam, czy okonie żerują. Zaczynam od jednogramowej główki i małej gumki. Łowię kijem dosyć sztywnym, bo można nim celnie zarzucić i szybko zaciąć. To jest mi potrzebne, ponieważ łowię cienką żyłką 0,14. Rzucam w każde oczko wody wolne od grążeli. Łowienie jest szybkie, a brania widowiskowe.

Nigdy nie zakładam, że w takich miejscach można złowić tylko małe okonie. Duże też wypływają na żer na te grążelowe płycizny. Najczęściej można je spotkać w nocy, czasami jednak albo zostają na dzień, albo wypływają za dnia z głębiny. Te, które wypływają, żerują krótko i jest to piękny widok. Okonie, niepasujące swoją wielkością do płycizny, jak wilki uderzają w ławice małych rybek, których wcześniej w ogóle nie było widać. Teraz, kiedy zostały spłoszone, błyskają srebrem. Dopiero teraz też można się przekonać, jak wiele ich jest i dlaczego takich miejsc zawsze trzymają się okonie.

Jeżeli okonie żerują, to dobrze, ale bywa i tak, że wiszą w toni ze spuszczonymi głowami i niczym nie można ich skusić do brania. Nie ma nic gorszego. Już wiem, że jak tak wiszą łbami do dołu, to nigdzie nie będą brały. Ale do domu nie wracam. Nie zmieniam też spiningu na spławikówkę. Płynę do takich rewirów, gdzie nigdy okoni nie złowiłem lub w ogóle nigdy tam nie spiningowałem. Jestem spokojny, nie poganiają mnie emocje, więc mogę robić eksperymenty.

Miejsca, w których będę teraz łowić, drapieżnikom odpowiadają, bo jest tam kawałek czegoś twardego. Albo w mule leżą potopione gałęzie, albo łagodnie opadające twarde dno się kończy i zaczyna miękkie. Korzystam z echosondy. Patrzę, czy są ryby w toni. Na ogół są. Nie widzę ich natomiast przy dnie. Ale prawdę powiedziawszy, wcale ich nie szukam. Bardziej interesuje mnie samo dno.

Kiedy ryby w ogóle nie biorą, stosuję po kolei różne techniki prowadzenia. Zaczynam od wleczenia. Wlokę przynętę i później zatrzymuję. Trzymam ją w bezruchu nawet minutę, potem znowu wlokę. Jak widać, prowadzę przynętę skokami z wleczeniem. Tego efektu nie da się uzyskać kołowrotkiem, posługuję się więc wyłącznie kijem. Podnoszę przynętę i płynnie przeciągam ją nad dnem. Równocześnie ją opuszczam i w tym samym pociągnięciu szoruję nią po dnie. Kilkanaście centymetrów nad dnem, kilkanaście po dnie. Podczas jednego wachlarzowatego ruchu kijem udaje mi się wykonać dwa lub trzy takie pociągnięcia. W tym wachlarzu nie można kija za bardzo przeciągać, bo kiedy znajdzie się zbyt daleko za plecami, nie będzie można zaciąć. Prowadzę bardzo różnie i często zmieniam przynęty. Teraz częściej też sięgam do bocznego troku.

Dosyć długo obławiam jedno miejsce. Nie obawiam się, że w ten sposób przepłoszyłem ryby, o ile w ogóle się tam znajdowały. Uważam, że tymi różnymi ruchami po dnie raczej je zwabiłem. Dlatego zanim stąd odpłynę, najpierw przestawiam łódkę w takie miejsce, z którego będę mógł podać przynętę w to samo łowisko, ale pod innym kątem. Przynosi to czasami nieoczekiwane rezultaty. I jest to tak samo prawdziwa reguła jak to, że w ławicy okoni małych zawsze pływają też duże, nawet medalowe.

Z Pawłem Piecuchem z Chełma
rozmawiał WD

Poprzedni artykułSZYBKO I PRECYZYJNIE
Następny artykułSTAWIAM NA NATURĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments