środa, 26 stycznia, 2022

MAŁE RYBKI

  • Ach, jaka czysta woda. Wręcz krystaliczna. Widać nawet dno. Popatrz, jak ze źródła. Jak to się wszystko teraz poprawiło! Więc patrzę i…

W jakimś wędkarskim czasopiśmie sprzed kilkudziesięciu lat znalazłem artykuł o żywych przynętach na ryby drapieżne. Autor radził czytelnikom, by stosowali, jak to określił, “przynętowe kopciuszki”: ślizy, kozy, słonecznice, różanki, sumiki karłowate, czyli amerykańskie, jazgarze i cierniki. Propozycja była trafna, co swego czasu sam sprawdziłem. Kozy, ślizy i srebrzyste słonecznice skutecznie kusiły zwłaszcza klenie i okonie, idąc na szczupaki opłacało się wcześniej nałowić kasarkiem piskorzy. Wszelkie te rybki dawały się chwytać masowo i bez trudu. Byłem przekonany, że zawsze będzie ich mnóstwo. W tamtych latach nie zdołałem trafić tylko na różanki.

Jak wiemy, niektóre z tych gatunków (ślizy, kozy i różanki) są dzisiaj zagrożone w swym istnieniu i znajdują się pod pełną ochroną, z czym się w pełni zgadzam. Ostatniego piskorza widziałem w roku 1981, a ślizy i kozy to też już przeszłość. Przynajmniej tak się stało w niektórych wodach centralnej Polski. Dziwne, ale od niedawna w wysychającej Warcie pojawiły się licznie nieznane mi wcześniej różanki. Podejrzewam, że pouciekały z niknących starorzeczy. To wszystko jest alarmujące.

Autor tamtego artykułu wspomniał też o karasiach (miał zapewne na myśli karasie pospolite, czyli złociste), które jakoby drapieżnikom się już opatrzyły. Rzeczywiście, był to kiedyś gatunek wielce pospolity i w mniejszych zbiornikach niekiedy zbyt liczny. W jakimś swoim artykule jeszcze sprzed kilkunastu lat pisałem o tych rybkach, że żyją szczęśliwie w każdym bajorku. Teraz, niestety, spotkać je bardzo trudno. Zastąpione zostały przez chmary bąków, czyli karasi srebrzystych, które kręcą się wszędzie: w rzekach, stawach, nawet w co większej kałuży. Ciekawe, że kiedy zaczynały się rozpowszechniać (czyli z początkiem lat 60. ubiegłego wieku), uznawano je za niesmaczne. Dzisiaj opinia ta dla wielu osób jest niezrozumiała.

Tajemniczo zachowują się sumiki karłowate zwane też amerykańskimi. Przed pół wiekiem w środkowych rejonach naszego kraju ich nie było. Po latach, w wyścigach po kompościaki lub rosówki, zdolne były uprzedzić każdą rybę innego gatunku. Potem z roku na rok zniknęły, aby znów się odrodzić. Ostatnio o nich nic nie słyszę. Trudno coś z tego zrozumieć.

To, co dzieje się ze ślizami, słonecznicami i innym drobiazgiem, nie może być dla wędkarzy obojętne. Co z tego, że rybki te nie dostarczą nam emocji i raczej nie będziemy zawieszać ich zasuszonych łebków na ścianie, obok rodzinnych portretów? Choć maleńkie, to przecież odgrywają swoją rolę w naturze i mają miejsce w czymś tak nieokreślonym, jak piękno przyrody. Są też dla nas najbardziej naturalnym i bezbłędnym wskaźnikiem tzw. stanu środowiska. Nikną – to znaczy, że jest źle. Pocieszające, że objęto je ochroną, ale czy to poskutkuje?

  • Ach, jaka czysta woda. Wręcz krystaliczna. Widać nawet dno. Popatrz, jak ze źródła. Jak to się wszystko teraz poprawiło!
    Więc patrzę i w tej niby czystej wodzie nie widzę stad jelcy ani uklei, posklejanych przez chruściki patyczków, kiełbików. Nie wszystko złoto, co się świeci.
  • To się jej napij – odpowiadam.
  • Coś ty, głupi czy co? – słyszę na to.

Niedobrze jest także na lądzie. Z moich okolic wymiotło kuropatwy, przepiórki, bekasy, sowy puszczyki i pójdźki, czarne dzięcioły. Od ćwierć wieku nikt nie widział niebieskich krasek, tak niegdyś licznych. Z roku na rok jest mniej myszołowów. Na cud zakrawa spotkanie jaszczurki, bardzo trudno pokazać dziecku żywego jeża. Od dziesięciu lat zajęcy i królików jak na lekarstwo, nawet szczury przestały buszować po chłopskich zagrodach. Milczę o żółwiach błotnych, bo ludzie patrzyli na mnie jakoś dziwnie, kiedy im opowiadałem o tych gadach żyjących ongiś w leśnych stawach. Żab jak na lekarstwo. Pojawiły się, jak na pocieszenie, nowe i nieobecne tu jeszcze niedawno gatunki zwierząt: jenoty, gołębie synogarlice i – to mnie zaskoczyło – gniazdujące żurawie. Ale bilans tego wszystkiego mamy ujemny.

Co wobec katastrofy ekologicznej może począć przeciętny wędkarz? Najprostsze: jeździć na ryby w mniej zniszczone tereny, na jeziora chronione przez ich prywatnych właścicieli i tam szukać szczęścia, wielkich szczupaków i spokoju ducha. Kogo nudzi Polska, temu polecam Szwecję i Finlandię, dobra jest Norwegia. Za Odrą też nie jest źle, ale nie wszyscy jeszcze lubimy, jak ktoś do nas gada po niemiecku. Wygodniccy mogą poprzestać na podmiejskim łowisku komercyjnym: blisko, bezpiecznie i ryby biorą jak szalone.

Opowieść kolegi, który pracował na Zachodzie w branży wędkarskiej. Otóż do stawu, całkiem małego, późną nocą, kiedy niepowołani nie mogli tego zobaczyć, przywożono cysterną wielkie leszcze. Nie bezpośrednio z morza albo polderów, ale po swoistej kwarantannie w słodkiej i bieżącej wodzie. Zdrowe, rześkie i wygłodzone. Z rana podjeżdżali samochodami wędkarze, kupowali bilety wstępu i te ryby, ogromne, ciągnęli swymi wspaniałymi wędziskami. Poza leszczami wszyscy byli szczęśliwi. Kolega, bo miał stałą pracę (to on sprzedawał bilety). Klienci, bo ładnie wychodzili na zdjęciu z rybą niczym miednica. Właściciel interesu – ze zrozumiałych ludzkich względów. A następnej nocy cichcem podjeżdżała kolejna cysterna… Niech żyje sport!

To niczego nie rozwiązuje. Jak sądzę, ważne jest obserwowanie przyrody w znanej sobie okolicy i na miarę własnych możliwości. I wyciąganie z tego wniosków. Mówienie o tym wokół i pisanie, gdzie się da. I popieranie polityków, samorządowych i tych z Warszawy, którzy nam się przysłuchają i przynajmniej złożą obietnicę, że coś spróbują zrobić. Ale jak znam swój kraj, to na obietnicach się kończyło w przeszłości, kończy obecnie i będzie się kończyć nadal.

Każdy z nas może pomóc przyrodzie we własnym, mikroskopijnym zakresie. Nie dewastować nadbrzeżnych zarośli, nie demolować dna rzeczek i stawów przy szukaniu przynęt, nie płoszyć ryb w czasie ich tarła. Nie śmiecić – ale co zrobić z tymi wszystkimi pustymi pudełeczkami, rozdartymi torebkami z folii itp.? Zakopać w ziemię? To przecież zamiatanie pod dywan!

Niemiecka prowincja. Rozległy staw należący do gminy, parę kilometrów od miasteczka. Można tam dojechać asfaltową drogą i zatrzymać samochód na wybetonowanym parkingu. Nad wodę wypada jednak dotrzeć pedałując, oczywiście szeroką ścieżką rowerową. Na miejscu czynny całą dobę sanitariat z ciepłą wodą, darmowy. Przy brzegu co pięćdziesiąt metrów kosz na śmieci, a z rzadka – większe pojemniki. Wytyczone ścieżki i stanowiska, wycięte luki w trzcinach. Żadnych pontonów i łódek. Na uboczu ogrodzone kąpielisko. Bardzo zielono, żadnej muzyki, po płyciznach okonie gonią drobnicę. A tak to wszystko przemyślne, że każdy metr brzegu pod kontrolą strażnika. Nie dojdziesz chyłkiem do brzegu.

Ten niemiecki porządek i ta ich troska o własny kraj…Siedzę nad tym stawem, patrzę i palę papierosa. Skończyłem, trzymam w ręku niedopałek. Co z nim począć? Schowałem go do kieszeni. Pewne zachowania się jednak udzielają. A podróże ponoć kształcą.

Oto jestem w Anglii i jadę sobie nad dopływ Tamizy. Idzie mi źle, bo nie mogę się przyzwyczaić do lewostronnego ruchu. Wreszcie szczęśliwie docieram na miejsce. Śliczna rzeczka, może ze dwa metry szerokości, płytka i kręta. Zamknąłem samochód i, wypatrując rybek, poszedłem jej brzegiem. Spotkałem mężczyznę brodzącego w wodzie i wlokącego za sobą plastikowy worek. Słowo do słowa (w języku raczej mieszanym) wyjaśniło się, że zbiera wszystko to, co uznaje za odpadki – plastikowe butelki, puszki, jakieś szmaty. To była praca społeczna, nakazana mu przez sędziego. Te śmieci jednak same do rzeki nie przywędrowały, ale mieszkańcy Albionu nie mają w Europie opinii ludzi przesadnie zdyscyplinowanych.

Jeżeli już piszę o zagranicy, to jeszcze może o wschodnich sąsiadach. Ostatniego lata byłem na Ukrainie, nad zbiornikiem zaporowym spiętrzającym wody rzeki Teterew. Byłoby o czym pisać przez kilka wieczorów, ale tu tylko obrazek pasujący do głównego wątku. Oto idę sobie ze spinningiem brzegiem i bez przekonania – południe, upał – próbuję szczęścia na obrotówkę. Co rusz spotykam trop zostawiony przez wędkarzy: wypalone węgle po ognisku, wydeptana trawa, ślad niedawno zwiniętego namiotu. Ale czegoś mi tu brakuje… Nie ma śmieci, nawet butelki po wódce i marnego niedopałka, a przecież nasi pobratymcy zza Bugu lubią pod papierosa wypić! Co więcej, przy tych kręgach po ognisku można było spotkać chrust i drewno, wszystko to ładnie ułożone i czekające na chętnych. I co z tego, że w najlepszym sklepie wędkarskim Żytomierza najdroższe okazały się polskie wyroby rzemieślnicze (daję słowo), a duże i małe sieci można było kupić za grosze?

Zacząłem od piskorzy, dotarłem na Ukrainę, gdzie jeszcze jeży i wiewiórek mrowie. I jest tam z pozoru czysto. Cóż z tym wszystkim począć? Oto jest pytanie za sto punktów. A odpowiedzi na nie trzeba szukać znacznie dalej niż w naszym marginalnym światku wędkarskim.

Stefan M. Krakowski

Poprzedni artykułMUSZKI a’la ŻABKI
Następny artykułJAZIE SPININGIEM I NA PRZYSTAWKĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments