środa, 26 stycznia, 2022

SKRWA

Jest kilka powodów, dla których omijamy małe rzeczki. Po pierwsze, trudno podejść do wody i znaleźć stanowisko do wygodnego rzucenia. Po drugie, ryby w małych rzeczkach występują w nich okresowo. Po trzecie, to są rzeczki wyłącznie dla spiningu. Spławikowcy i gruntowcy tylko wiosną mogą zarzucić wędki, bo wówczas woda jest wysoka, a w niej sporo ryb ciągnących na tarło. Do takich łowisk należy rzeka Skrwa.

Skrwa to prawobrzeżny dopływ Wisły. Wpływa do Zalewu Włocławskiego kilka kilometrów z biegiem poniżej Płocka. Ma niewiele ponad sto kilometrów długości i płynie w mocno wrzeźbionym w grunt korycie. Właśnie dlatego tak trudno się w niej łowi, zwłaszcza że zwykle wody w niej niewiele. Dopiero wiosną, kiedy przybiera nawet o dwa metry, z Zalewu wpływają do niej różne gatunki ryb. Wtedy przy ujściu i powyżej niego zbiera się sporo wędkarzy polujących ze spławikówkami na jazie, a także na okonie, szczupaki i klenie. Ujście rzeki jest bardzo szerokie. Przypomina jezioro gęsto obrośnięte trzcinami. To niby–jezioro powstaje ze spiętrzenia wiślanej wody, która wbija się w pradolinę Skrwy.

  • Nad Skrwą wędkarzy prawie nie ma – mówi Jacek Urbański. – Spininguje tutaj zaledwie kilka osób z Płocka. Jest też jeden miejscowy, ale on siada tylko w kilku miejscach ze spławikiem. To, że jest nas mało, nie powinno dziwić. Rzeka bowiem jest bardzo trudna. Kiedy ma dużo wody, to brodzić w niej nie można, a chodzić brzegiem to istne utrapienie. Natomiast, kiedy brodzić można, to złowienie ryby miarowej graniczy z cudem. Przy niskim stanie wody z przyujściowego odcinka długości co najmniej trzech kilometrów dużo ryb, zwłaszcza jazi i kleni, spływa do Wisły. Powyżej tego odcinka chowają się w korzeniach podmytych drzew i za dnia nie żerują. W nocy zaś wędkować się nie da, bo brzegi są tak zakrzaczone, że dałoby się obłowić najwyżej dwadzieścia metrów rzeki.

W Skrwie pływają również pstrągi potokowe. Jest ich sporo, ale złowić miarową sztukę to trudne zadanie. Pochodzą głównie z zarybienia i są wyławiane przez miejscowych na samołówki. Ale dla Jacka Urbańskiego i jego kolegi Romualda Stęplewskiego z Gostynina pstrągi to tylko przyłów. W Skrwie szukają jazi i kleni. Jazie w zasadzie można łowić tylko wczesną wiosną. Później spływają do głównego nurtu Wisły. Klenie pozostają przez cały rok i zdarzają się sztuki całkiem spore.

Na odcinku od mostu we wsi Januszyce do wsi Rochny (tutaj łowiliśmy) Skrwa zmienia się niewiele. Gdzieniegdzie jej koryto jest bardziej odsłonięte, bo na brzegach rośnie mniej drzew. Częstsze są zakola, a podmycia brzegów większe niż na odcinku prostym, ale dno jest takie samo. Trochę piasku, dużo żwiru i otoczaków. Woda zimna, bo rzekę zacieniają drzewa. Dla pstrągów warunki doskonałe. I chociaż wyruszyliśmy na klenie, to właśnie tylko pstrągi przyszło nam łowić. Sporo było niewymiarowych, ale nie sposób było je omijać. Zajmują bowiem takie same stanowiska chociażby jak klenie, a w ogóle w małej rzece niewielka jest różnica w łowieniu poszczególnych gatunków ryb. Trzeba im tak samo podać taką samą przynętę.

Rzucać trzeba precyzyjnie. Jak najbliżej brzegu pod zwisające trawy, jak najciszej koło warkocza za skupiskiem otoczaków, jak najdokładniej w rynnę, którą zdradza ciemne dno. A przynęta jest jedna – wobler.

Już po wędkowaniu oglądamy z Jackiem i Romkiem ich przynęty. Zdecydowana większość to woblery. Wśród nich tylko u Jacka pałęta się kilka blaszek, ale, jak mówi, łowi nimi bardzo rzadko. Ot, są tak na wszelki wypadek. Obaj nie mają w pudełkach ani jednej gumki, ale to nie przypadek. Tutejsze łowisko znają od wielu lat i sporo ryb w nim nałowili. – Idziemy tu – mówią – po swoje ryby. Wszystkie bowiem trafiają z powrotem do wody. I choć jakąś rybę, szczególnie klenia, wyciągamy może po kilka razy, to można go złowić tylko na woblera.

Sprawdzali wiele innych przynęt, ale wobler jest niezastąpiony. A że wobler woblerowi nierówny, próbowali rozmaitych. Stanęło na tym, że najlepsze są te, które mają od 1,5 do 3 cm długości, boki i brzuszek w barwach ciemnych i stonowanych, a grzbiet czarny lub ciemnozielony. Wobler musi być pękaty i mieć duży ster, żeby wytwarzał jak najmocniejsze wibracje. Takie same woblery muszą być i pływające, i tonące. Tonącymi można bowiem rzucać plasując je w zakamarkach łowiska, a pływające służą do spuszczania w odległe o kilkanaście metrów miejsca, w które nie można precyzyjnie rzucić. Najciekawsze jest jednak to, że takie woblery są skuteczne i podczas niżówki, kiedy można brodzić, i wówczas, gdy w korycie wody jest tyle, że się wylewa na brzegi.

Moje największe zdumienie wywołuje wypowiedź Jacka o woblerach Bogdana Araucza. Są sąsiadami i towarzyszami wędkarskich wypraw. Jego woblery ceni najbardziej. Paskudne na wygląd, z rybami czynią cuda. Nie to jest jednak zagadkowe, na różne dziwadła ryby przecież biorą. Bardziej dziwi to, że te woblery, choć różnią się niewiele, służą do skrajnie różnych celów. Na jedne w Skrwie biorą jazie i klenie, a na drugie, naprawdę niewiele większe, w Wiśle doskonale łowi się sumy.

To już jednak osobna historia.

Wiesław Dębicki

Poprzedni artykułOCZY SANDACZA
Następny artykułWĘDKARSKIE ZAGŁĘBIE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments