czwartek, 27 stycznia, 2022
Strona główna Łowisko WĘDKARSKIE ZAGŁĘBIE

WĘDKARSKIE ZAGŁĘBIE

Płock położony jest nad górnym odcinkiem włocławskiego zbiornika zaporowego, który ma blisko sześćdziesiąt kilometrów długości i powierzchnię 70 kilometrów kwadratowych. Jest to największy zbiornik zaporowy w Polsce. Wybudowano go i napełniono w 1970 roku. Wędkarsko najatrakcyjniejsze miejsca znajdują się poniżej zapory we Włocławku oraz w górze zbiornika, właśnie w rejonie Płocka.

Wisła swoim nurtem niesie iły, które się osadzają na dnie zbiornika. W tych osadach doskonałe warunki rozwoju ma ochotka. I to właśnie ona, na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, rozsławiła Płock. Stąd bowiem do całej Polski docierała ochotka żywa, w płynie i suszona. Przez wiele lat głośno było o tamtejszych wędkarzach wyczynowych łowiących tyczkami i spiningiem. Tutaj wreszcie rozwinęło się i osiągnęło bardzo wysoki poziom wędkarstwo podlodowe.

Grzebiąc trochę w historii naszego wędkarstwa znalazłem dowody, że najprawdopodobniej podlodowa wędka zwana gdańską narodziła się właśnie w Płocku. Jej twórcą jest Bogdan Araucz. Jego wędka ujrzała światło dzienne co najmniej trzy lata przed gdańską.

Płockie wędkarstwo rozwijało się na dobrych podstawach. Tutejsi wędkarze mieli pod nosem świetne warunki do treningu i nieograniczone ilości doskonałej przynęty i zanęty. Przyszedł jednak taki czas, że słuch o nich zaginął. Powodów było zapewne wiele, ale jeden z nich był wymieniany przez wszystkich tamtejszych wędkarzy, z którymi miałem okazję rozmawiać. Stało się tak dlatego, twierdzą owi wędkarze, że ich okręg PZW został rozwiązany i włączony do włocławskiego. Wywołało to wielkie wzburzenie i choć od tego czasu minęło już parę lat, sprawa nie ucicha, nadal boli.

Rozwiązanie okręgu płockiego było uzasadniane tym, że nie ma on wydolności finansowej. Tymczasem w chwili rozwiązania był na finansowym plusie, a ilość zarejestrowanych wędkarzy była porównywalna z okręgiem włocławskim. Dzisiaj sprawa jest jeszcze bardziej niesmaczna, bo ścisłe władze nowego okręgu wywodzą się wyłącznie z dawnego okręgu włocławskiego. Wprawdzie nie układy i związkowa sitwa były celem mojej wyprawy na płockie wiślane łowiska, ale w rozmowach tego tematu uniknąć się nie dało.

Podjął go m.in. Romuald Zieliński z Płocka, do niedawna członek zarządu tamtejszego okręgu. Obecnie jest tej funkcji pozbawiony, a jego sprawa znajduje się u rzecznika dyscyplinarnego ZG. Otóż na jednym z posiedzeń zajmowano się odłowami, które prowadzą rybacy zatrudnieni przez okręg. Z zestawień wynikało, że sandacze i szczupaki stanowią

1,1 % wszystkich ryb łowionych w Zalewie Włocławskim. – Kij ma dwa końce – mówi Zieliński – a w tej sprawie lipą śmierdziało na odległość. Powiedziałem więc, że w każdej dziedzinie jeden procent to wielkość bardzo mała. W tym przypadku byłaby to wskazówka, że oba gatunki ryb w zbiorniku zanikają, więc należy je poddać szczególnej ochronie. Najlepszym doraźnym wyjściem byłby zakaz połowu szczupaków i sandaczy przez rybaków. Boże, jaką to wywołało reakcję wśród członków zarządu! A później się okazało, że jestem niekoleżeński – kończy Zieliński.

Piszę o tym nie bez ogólniejszego powodu. Wiele okręgów zatrudnia rybaków tłumacząc to tym, że mają obowiązek prowadzenia racjonalnej gospodarki. Tego wymaga państwo, kiedy oddaje wody w dzierżawę, między innymi Polskiemu Związkowi Wędkarskiemu. A jak to było, być może i jest realizowane, posłużę się przykładem. Kilka lat temu z taką racjonalną gospodarką zetknąłem się w PZW Opole. W jednym sezonie rybacy, łowiący w Zbiorniku Nyskim, wyciągali 1200 kilogramów sandaczy (dane z oficjalnych dokumentów PZW). Łowili je od zejścia jednych lodów do pojawienia się następnych, czyli mniej więcej od kwietnia do listopada. W odpowiednim czasie tarliska sandaczy odgradzali od reszty zbiornika płotami z sieci. Od lipca do listopada dwaj znani mi wędkarze złowili tam na spiningowe wędki około sześciuset kilogramów sandaczy.

Piszę o tym dlatego, że jeszcze wiele okręgów zatrudnia rybaków i że dane wpisywane na papier mogą ni jak się mieć do rzeczywistości, a to służy bardzo wąskiej grupie ludzi. Należy przy tym pamiętać, że PZW to nie jest ich organizacja, tylko nasza. I można wziąć przykłady z tych okręgów, które sieciowych odłowów nie robią, a do racjonalnej gospodarki, poza zarybieniami, wliczają odłowy na wędkę. Wróćmy jednak do spraw równie przyziemnych, ale milszych, do wędkowania.

Na odcinku jedenastu kilometrów, od ujścia płynącej przez Płock Brzeźnicy do wyspy Ośnickiej, w Wiśle nie prowadzi się odłowów sieciowych. Wędkuje tu cały Płock, przyjeżdża bardzo wielu wędkarzy z okolicy – z Kutna, Gostynina, a nawet z Włocławka i Łodzi. To dobre łowisko. Wędkarze ryb nie niepokoją, co najwyżej obficie je nęcą, a to przyciąga następne. Na brzegach, w rejonie miasta, łowiących jest wielu i każdy ma w siatce trochę rybek. Jest też sporo łódek, ale na wodzie widać je tylko popołudniami i w dni wolne od pracy. Zresztą giną z oczu na tle ogromu wody.

Wisła pod Płockiem jest dobrym łowiskiem przez cały sezon. Sprzyja temu ukształtowanie dna oraz spore przewężenie koryta. W takich miejscach gromadzą się ryby. Są tu dwa mosty (właśnie w ich pobliżu są te dobre łowiska). Jeden w samym mieście i na razie przez niego odbywa się cały ruch ze wschodu Polski na zachód. Jest też drugi, nowy, ładny most wantowy, oddalony od pierwszego o kilka kilometrów. Na razie się po nim nie jeździ, bo jeszcze nie wybudowano dróg spinających go z całym układem komunikacyjnym. Ale nam on wystarcza. Między mostami bowiem jest doskonałe łowisko sumów i sandaczy. Przebywają tu przez cały rok, a ich ilość wzbogacają jeszcze migracje tych ryb z północy.

Obserwując tutejsze ryby od ponad czterdziestu lat, tj. od czasu powstania włocławskiego zbiornika, wędkarze zauważyli pewną prawidłowość w ich zachowaniu. Szybko skojarzyli ją z porą roku i panującymi temperaturami. Podczas ciepłych lat ryby tlenolubne opuszczają dolną część zalewu (okolice Włocławka) i płyną w górę Wisły. Powodem tej wędrówki jest dosyć duże zamulenie dolnych partii zbiornika. Nagrzana słońcem woda zawiera mało tlenu. Doskonałe warunki do bytowania mają wtedy liny, karpie, leszcze, a przede wszystkim bąki (miejscowa nazwa karasia srebrzystego), które mają niezliczone zasoby pokarmu w postaci ochotki. Ale na przykład sandacze stąd się wynoszą, wędrują pod prąd. Wiele z nich zatrzymuje się w okolicach Płocka, inne płyną jeszcze dalej, chyba nawet za Wyszogród.

Ale jest też migracja ryb w drugą stronę. Już od czterech lat na haczyki trafiają tu spore ilości cert. W październiku tak dużo cert płynęło w kierunku morza (bo jest to ryba dwuśrodowiskowa), że można je było znaleźć w siatce każdego spotkanego wędkarza. Łowiono je jak leszcze. Koszyczek na antysplątaniowej rurce, w koszyczku leszczowa zanęta, na haczyku mady. I chociaż to czwarta z rzędu jesień z certami, wśród tutejszych wędkarzy nie upowszechniła się jeszcze wiedza, że one biorą najlepiej, kiedy się je wabi płatkami owsianymi.

Ale i tego się wędkarze nauczą. Na razie pilnują, żeby nie przegapić odpowiedniego czasu. Któregoś dnia rozeszła się wiadomość, że certy są koło Wyszogrodu. Za tydzień były przy Kępie Polskiej, później kilkanaście kilometrów niżej, koło Dobrzykowa, aż wreszcie dotarły do Płocka.
Certy jednak nie wszystkich interesują. W Płocku jest spora grupa gruntowców, którzy uważają, że nie masz ryby nad karpia. Należy do nich Jerzy Suchodolski, który tak mówi o swojej pasji.

Płockie karpie
Karpie zaczynam nęcić od połowy kwietnia. Brania mam po tygodniu, a jak pogoda jest kapryśna, to parę dni później. Zawsze zanęcam kilka miejsc, ale pod jednym względem wszystkie są do siebie podobne: mają około czterech metrów głębokości. Są to placyki różnej wielkości, czasami nawet kilku metrów kwadratowych, na których jest wiele racicznic. Tymi ślimakami żywią się karpie, płocie i jeszcze inne ryby, bo w ich żołądkach znajduję zmiażdżone skorupy. Zakładam więc, że przypływają w takie miejsca nawet wtedy, kiedy nie sypię im zanęty.

Nęcę zanętami zupełnie niepasującymi do wyobrażenia ludzi łowiących karpie. Składników szykuję tyle, żeby się swobodnie zmieściły w 20-litrowym wiaderku. Biorę kilka kilogramów taniej zanęty bazowej i dodaję do niej gotowany pęcak, na pół twardą, bo tylko sparzoną kukurydzę, dwa opakowania sztucznego miodu (rozpuszczam go przedtem w ciepłej wodzie), płatki kukurydziane i ryżowe oraz całą główkę czosnku, obraną i później wyciśniętą przez maszynkę. Wszystko dokładnie mieszam i lepię kule twarde jak beton. Piętnaście takich kul wrzucam co dwa dni, a przed łowieniem tylko kilka.

Największe zdziwienie u tych prawdziwych karpiarzy, którzy stosują wyłącznie kulki, budzi nie moja zanęta, lecz zestaw i przynęta. Na kuty haczyk numer 12 zakładam jedno ziarnko kukurydzy (czasami podpieram je białym robakiem) i zanurzam w rzadkim sztucznym miodzie. I to wszystko. Ja łowię, a im idzie trudniej, nawet gdy zestawy trzymają obok mnie.

Łowię nie tylko karpie. Kiedyś w nęconym łowisku była ryba, ale nie brała. Pomyślałem, że to drapieżnik, a że pod ręką miałem tylko Tango Kongera, to rzuciłem. Okazało się, że to był sum. Połamał mi kij. Poszedłem do sklepu, w którym go kupiłem, i powiedziałem jak było. Mimo to firma dała mi nowy kij, chociaż była to moja wina, bo wędka zupełnie nie pasowała do kilkudziesięciokilowego suma, a w dodatku za mocno go holowałem. Ale normalnie na sumy też chodzę, tyle że z Kongerem Tiger. I tak jak wszyscy, przy okazji sumów łowię okonie i szczupaki.

Wypływam na Wisłę z Mieczysławem Bieńkowskim i z Romualdem Zielińskim. Przedstawiają mi łowiska. Wszystkie są na tych jedenastu kilometrach wyłączonych z rybackich odłowów. Mówią: “Dalej ryb nie musimy szukać. Tutaj są wszystkie drapieżniki”. Płyniemy bez echosondy, bo nie jest im potrzebna. Dno znają jak własną kieszeń. Nawet jak się coś na nim zmieni, to albo znajomi o tym powiedzą, albo prędzej czy później się zauważy, że w jakimś znanym miejscu ryby biorą lepiej lub ich wcale nie ma.

Wisła niesie spore ilości iłów. Przesuwa leżący na dnie piasek. Ciągle się coś zmienia, ale kiedy ktoś do owych zmian przywyknie, to może ich nie zauważyć. Choć są i takie zmiany, które wszystko całkiem przeistaczają. Tak się dzieje na meandrach po każdej wodzie powodziowej, tak jest przy wysokich piaszczystych skarpach. Kiedy woda którąś z nich podmyje, a skarp blisko Płocka jest kilka, to do wody wsypują się tony piasku zupełnie zmieniając układ prądów, a tym samym stanowiska ryb.

O bogactwie ryb na tym odcinku Wisły decyduje duża ilość ekotonów (ekoton = strefa graniczna między ekosystemami). Tam, gdzie piaszczyste łachy stykają się z kamienno-gliniastymi graniami, zawsze gromadzą się ryby. Ekotony są nie tylko na środku rzeki, równie dużo jest ich przy brzegu. Kiedyś koryto rzeki było obramowane opaskami i główkami. Po wybudowaniu zapory wodę spiętrzono i teraz wszystkie dawne kamienne umocnienia są kilka metrów pod powierzchnią. Powstały łowiska jak marzenie. Na zalanych główkach szczyty i napływy tych są kamieniste. Zaprądowe strony główek są różne. Albo tworzy się ściana, twarda jak kamień, albo dno opada spokojnie. Wtedy jest miękkie, bo woda naniosła w to miejsce piasek, z którego tylko od czasu do czasu wystają kamienie lub naniesione patyki. Są też takie główki, które prąd wody podzieliły na kilka części.

Każda taka podwodna ostroga lub opaska ma swoje szczególne właściwości, o których decyduje głębokość, siła prądu, ilość zaczepów, a co za tym idzie kryjówek dla ryb. Jedne miejsca obierają sobie leszcze albo sumy, w innych czają się szczupaki. Gdzie prąd szybszy, gdzie na dnie więcej kamieni i innych urozmaiceń, zadomowiają się okonie i sandacze, a towarzyszą im płotki, krąpie, ukleje i jazgarze.

Płyniemy na miejsce sandaczowe. Pogoda wprawdzie nie sprzyja, ale moi przewodnicy uważają, że najłatwiej będzie złowić właśnie sandacza. Wybierają dobrze znane im miejsce. Złowili tu niejedną rybę. Dzisiaj jesteśmy na jednej łódce, ale na ogół każdy z nich pływa swoją. Łowią różnie, ale w tych samych miejscach. Mają odmienne wyniki, chociaż na łowisku ustawiają się podobnie. Kotwiczą daleko przed zalaną główką prawie na długość rzutu. Kiedy przynęta opadnie na szczyt główki, zaczynają dżigować. To pierwsze napłynięcie. Przed drugim nie podnoszą kotwicy, tylko luzują linę i pozwalają, żeby o kilkanaście metrów woda łódkę zniosła. Z tej pozycji obławiają te same miejsca, ale mogą również sięgnąć poza szczyt bez obawy, że przynęta ugrzęźnie w kamieniach albo że linka będzie o nie tarła. Dwa lub trzy wypuszczenia starczają, żeby każde miejsce bardzo dokładnie obłowić.

Mieczysław
Łowię ciężko. Kij mocny, dolnik się prawie nie ugina, a o szczytówce można powiedzieć, że to pała. Inny kij by nie pasował do moich dżigów. Latem stosuję główki ważące od 18 do 30 gramów, jesienią i na początku zimy lżejsze, 12-gramowe. Wtedy używam kija o wiele bardziej miękkiego, który pozwala płynnie podawać przynętę. W moim przypadku są to wyłącznie gumy, też duże, od 8 do 12 centymetrów.

Łowię cały czas z podbicia. Przynęta, po poderwaniu jej z dna, opada na napiętej lince. Prowadzę skokami. Mogą być różne: krótkie, wysokie, szybkie, drobne… Które przeważają, zależy od charakteru dna. Szybkie i drobne tam, gdzie na dnie leżą kamienie. Jeżeli dno pokrywa piasek, skoki są rzadsze, bo przynętę podbijam wysoko.

Przez cały sezon używam tych samych gum. Jeżeli w czerwcu sandacze biorą na jakiś kolor, to się go trzymam do grudnia. Najczęściej łowię na gumy seledynowe. Tę częstość można by określić na 70%. Dopiero kiedy woda się mocno ochłodzi, przechodzę na czerwień lub wiśnię z brokatem. Tej jesieni najlepiej sprawdzają się gumy, które mają korpus w kolorze białej perły z brokatem i czarny grzbiet. Zawsze jednak na próbę rzucam kilka razy żółtym fluo. Parę lat z rzędu była to najlepsza guma na sandacze, szczupaki i sumy. Ostatnio nie mam na nią dobrych wyników, ale myślę, że ryby o tym kolorze całkiem nie zapomniały.

Skuteczność kolorów się zmienia, dlatego w pudełku cały czas mieszam. Co dwa – trzy rzuty na dżig tej samej wagi zakładam gumę w innym kolorze. Może właśnie dlatego łowię więcej od innych. Kto wie jednak, czy moje niezłe wyniki nie biorą się stąd, że bardzo dużą uwagę przykładam do tego, by łowić w odpowiednim miejscu.

Czasami ryby atakują, kiedy opukuję twarde dno. Ale nie wierzę ślepo, że zawsze będą tam brały, więc nie łowię uparcie aż do skutku. Wystarczy przecież przestawić łódkę o kilka metrów w bok, żeby dżig bił i w kamienie, i tuż obok nich, ale już w glinę. Brania będą natychmiast. Więc ciągłe poszukiwania i pamięć, że od najlepszej miejscówki bywają jeszcze lepsze.

Romuald
Na rybach jestem codziennie, czasami nawet dwa razy. Kiedy w południe sandacze dobrze brały, co im się często zdarza, to żona przywoziła mi obiad nad wodę. Koledzy, pamiętajcie: dobra żona to największy przyjaciel wędkarza!

Trzymam się łowisk kanałowych. Tak nazywamy odcinek pomiędzy mostami. Jest głęboki, ma bardzo nierówne dno, w każdym miejscu uciąg wody jest z grubsza taki sam, a to duża wygoda. Kiedyś łowiłem tak jak Mietek. Ciężko, dynamicznie. Lecz albo robiłem to źle, albo szczęścia miałem mało, bo wyniki miałem gorsze. I tak powoli od łowienia ciężkiego przeszedłem na lżejsze. Płynniej prowadzę przynęty, więcej nimi szuram o dno, zacząłem kombinować z doborem gum.

O ciężkim łowieniu nie zapominam. Przeciwnie, nadal je stosuję i to dosyć często. Są bowiem dni, kiedy sandacza nie można złowić inaczej, jak tylko mocnymi uderzeniami przynęty w dno. Domyślam się, że one wtedy słabo reagują na pokarm. Do takiego sposobu łowienia dostosowuję kolory gum. Wtedy sprawdzają się wyłącznie barwy jaskrawe, prowokujące. Częściej jednak łowię lekkimi główkami, o wadze od 8 do 10 g. Delikatnie opukuję nimi dno, często je wlokę, robię spore przerwy.

Tym sposobem udaje mi się złowić więcej sandaczy, jednak pod warunkiem że łowię gumami w kolorach stonowanych, raczej ciemnych. W ostatnich dwóch sezonach upodobałem sobie, sandacze widać również, tak zwane szminkowce. Są to gumy w różnych odcieniach czerwieni, często w połączeniu z innym kolorem i zawsze z brokatem. Tak jak Mietek, używam tylko gum firmy Relax.

O łowieniu można by rozmawiać bez końca. Z zakamarków pamięci wygrzebujemy zdarzenia, które dopiero w tej chwili udaje się nam połączyć w poprzeplatany warkocz zdarzeń. Mieczysław i Romuald znają się nie od dziś. Każdy łowi ze swojej łódki i inne wybiera łowiska, ale doświadczeniami się wymieniają i nawzajem cenią sobie wiedzę kolegi. W wielu wędkarskich prawach mają identyczne poglądy, ale kiedy zapytałem, czym w Zalewie Włocławskim żywią się sandacze, mieli odmienne zdania.

Zalew opanowuje babka bycza. Tam, gdzie występuje już od dawna, na przykład w Zalewie Wiślanym, jest podstawowym pokarmem okoni i sandaczy. Roman sądzi, że tutaj też. Właśnie dlatego ceni sobie metodę łowienia spokojnego, szurania ciemnymi gumami po dnie, bo to najbardziej przypomina zachowanie się tych rybek. Znajdował zresztą babki w żołądkach sandaczy.

Mieczysław mówi, że w żołądkach sandaczy złowionych przez siebie babki nigdy nie znalazł. Są tam wyłącznie rybki rodzime. Płocie, ukleje, małe sandacze, rzadko krąpie. Kiedyś w żołądku 9-kilowego sandacza znalazł lekko nadtrawioną rybę, która wyglądała niemal tak samo jak 12-centymetrowy ripper Aqua. Była biała z ciemnoniebieskim grzbietem. Od tego czasu ten ripper jest dla niego pewniakiem. Łowi na niego swoje najcięższe sandacze i ma przekonanie, że jego sposób łowienia jest najlepszy.

A my, na razie bierni słuchacze, cóż mamy o tym sądzić? Czyżby wraz z pojawieniem się nowego pokarmu, babki byczej, intruza w naszym środowisku, sandacze podzieliły się na dwie grupy, z których jedna, starsza, żeruje tak jak dawniej, a druga dopasowała się do nowej bazy pokarmowej?

Pożyjemy, zobaczymy.
Wiesław Dębicki

Poprzedni artykułSKRWA
Następny artykułCHRONIĆ CZY ŁOWIĆ, A MOŻE CHRONIĆ ŁOWIĄC?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments