czwartek, 27 stycznia, 2022
Strona główna Łowisko BOLENIE W ŁYNIE

BOLENIE W ŁYNIE

W kraju jest wiele takich zakątków, gdzie łowi się tradycyjnie, nowinki docierają późno, a kiedy już dotrą, to traktuje się je z dużą rezerwą. Dzieje się tak z prostego powodu. Rybek wystarcza dla każdego, kto łowi na spławiczek, przystawkę lub na żywca. Więc po co się zabierać do spiningowania, skoro sprzęt jest o wiele droższy, a sukcesy niepewne? Często też w takich środowiskach panuje przekonanie, że na przykład bolenia, klenia lub jazia w ogóle trudno złowić, a co dopiero na spining. Tak właśnie jest jeszcze nad Łyną.

Pierwszy artykuł o Łynie ukazał się w polskiej prasie wędkarskiej przed dwoma laty. Nie o całej rzece, tylko jej fragmencie w pobliżu Sępopola. Piękny to zakątek naszego kraju. Wśród z rzadka rozrzuconych wsi i miasteczek z wyraźnymi śladami drugiej wojny płynie dzika rzeka. Turyści zaglądają tu rzadko, a wśród wędkarzy zdecydowanie przeważają miejscowi. Trochę więcej przyjezdnych spotyka się między Sępopolem i granicą państwa. Łowią głównie z brzegów, choć w ostatnich dwóch latach, podczas weekendów, pojawiają się trolingowcy. Na motorówkach. Ale nadal jest dziko i spokojnie, a ryby kuszą.

Po raz drugi trafiłem nad Łynę za sprawą dwóch spiningistów z Bartoszyc, pp. Tomasza Grzejdaka i Krzysztofa Telechowskiego. Do “Parady rekordów” przysłali, niestety po terminie, zgłoszenia o połowie medalowych boleni. Piękne to okazy, które budzą jeszcze większy podziw, kiedy się weźmie pod uwagę warunki, w jakich zostały złowione.

Zwykle otrzymujemy informacje o złowieniu pięcio- i sześciokilowych boleni w zbiornikach zaporowych, w Sanie, Odrze, Warcie i Wiśle. Wszędzie tam warunki terenowe nie nastręczają wędkarzowi większych problemów. Łatwo dotrzeć w odpowiednie miejsce i rzucić daleko, co często jest konieczne, żeby wyprowadzić w pole bolenia, rybę bardzo ostrożną. W zbiornikach zaporowych najtrudniej bolenia umiejscowić, więc wszystko inne schodzi na plan dalszy, a łowienie polega na rzetelnym czesaniu wody. Z kolei w dużych rzekach znaleźć go łatwo, nawet kiedy nie jest widoczny, bo nie żeruje przy powierzchni i nie rozbija swym cielskiem powierzchni wody. Jego rewirem może bowiem być każdy szypot, warkocz za główką lub doskonale widoczna na powierzchni przykosa.

Na Łynie jest zupełnie inaczej. Tam rzadko gdzie można zejść brzegiem do samej wody. Niemal wszędzie na przeszkodzie stoi kilkumetrowy pas trzcin. Dla odmiany w przewężeniach rzeki nad wodą wznoszą się wysokie skarpy, w dodatku gęsto porośnięte krzakami. W nurcie nie widać warkoczy wody ani załamań nurtu. Wykrycie tutejszych boleni jest tym trudniejsze, że podczas żerowania nie wzbijają fontann wody, jak to robią w innych rzekach. Owszem, czasami chlapną, ale częściej pozostawiają na powierzchni ogromne wiry. Takie, jakie czasami robią sumy.

  • Większość wędkarzy z Bartoszyc – mówi Tomasz Grzejdak – łowi w jeziorach. Sam też jeździłem na stojącą wodę. Na leszcze, okonie, płocie. Jeszcze nie tak dawno spining był mi całkiem obcy, a kiedy się do niego przekonałem, nie mogłem znaleźć nauczyciela, bo u nas mało ludzi tą metodą łowi. Wraz ze spiningiem zapachniała mi rzeka, bo ryb w niej zdecydowanie więcej, także gatunkowo.

Nie jest też tak wykłusowana jak jeziora. Zacząłem od 40-gramowego kija, plecionki i gum na 10-gramowych główkach. Łowiłem szczupaki, przypadkowo trafiały się sandacze. Kiedyś do tego ciężkiego sprzętu przypiąłem małego woblera. Złowiłem trzy klenie, pierwsze w życiu. Tak mnie to zachęciło, że zacząłem sprzęt odchudzać. Okazało się, że wybrałem dobrą drogę. Od tego czasu szczupaki, sandacze i sumy są dla mnie przyłowem, główny cel to bolenie i klenie. Teraz łowię kijem Jaxon 2,7 m (ciężar wyrzutu od 5 do 17 g) i żyłką 0,16 mm. Mam już też trochę więcej woblerów niż kiedyś. Łowię też na inne przynęty, ale woblery chyba są najlepsze. Ale co z tego, skoro u nas prawie ich nie można kupić. Nie ma tradycji spiningowania, to sklepy ich nie sprowadzają. Dlatego zdecydowaliśmy się z kolegą zgłosić nasze bolenie, bo za to można było otrzymać po pięć woblerów Bonito.

Krzysztof Telechowski ma dopiero kilkuletnią praktykę wędkarską. Zaczął od spiningowania. Spodobało mu się, złowił kilka rekordowych okazów. Od Tomasza, swojego nauczyciela, łowi zupełnie inaczej. Przede wszystkim zamiast żyłki używa plecionki. Posługuje się 40-gramowym kijem i uważa, że na ryby, z którymi być może przyjdzie mu się zmierzyć, to sprzęt delikatny. Największy boleń, którego wyjął z wielkim trudem, ważył blisko 6 kilogramów, ale w Łynie widział większe. Miał je nawet na kiju.

Bardzo się zdziwiłem, kiedy Krzysztof pokazał mi woblera i zapewniał, że na łyńskie bolenie jest on najlepszy. Była to 7-centymetrowa Rapala Countdown. Rzuca lekko pod prąd i pozwala, żeby woda znosiła go łukiem. Linkę skręca bardzo wolno. Bolenie biorą na środku rzeki albo tuż po przekroczeniu tej linii.

Klenie łowi zupełnie inaczej. Bardzo się do tego przydaje plecionka, bo nie tonie i pływający wobler można wypuścić z prądem bardzo daleko. Ślad leżącej na wodzie linki dokładnie mu pokazuje, gdzie się wobler znajduje. To ważne, kiedy spuszcza go obok leżących w wodzie drzew. Linka daje mu też komfort psychiczny. Nie musi się martwić, że będzie tracić przynęty w licznych zaczepach. W razie czego po prostu ciągnie i rozgina kotwice.

Tomasz wysoko ceni wobler Rapala Original. Wydał mu z łyńskich odmętów ładne bolenie, tłuste klenie i jazie. Na cienkiej żyłce podaje go pod drugi brzeg i powoli ściąga. Atakują go bolenie, ale klenie już nie. One wolą woblery pękate, o ostrej akcji, nie dłuższe niż pięć centymetrów. Taki wobler, pociągany wolno pod prąd, powinien zamiatać ogonkiem i ruszać nim nawet wtedy, kiedy się go na chwilę zatrzyma.

Ale najciekawsze jest chyba to, że w Łynie nigdy nie można być pewnym, co się wędki uczepi. Polujesz na bolenia, a tu jak grom z jasnego nieba w przynętę wali duży szczupak. O zmierzchu pod powierzchnię podchodzą klenie, ale czasem ni stąd, ni zowąd zawiśnie na kiju ogromny ciężar. To sum! Sandacz jako przyłów też do rzadkości nie należy. A wszystko w samotności, dziczy i ciszy.

(wdw)

W połowie listopada wybrałem się nad Łynę w okolicach Sępopola. Pojechałem na “ostatnie bolenie”. Po przejściu długiego odcinka rzeki, miałem na wędce delikatne skubnięcie. Kiedy zmieniłem przynętę na moją ulubioną, Rapalę Countdown, srebrną z ciemnym grzbietem, branie nastąpiło już w drugim rzucie. Ryba długo trzymała się w toni i skapitulowała dopiero po 15 minutach. Piękny boleń ważył 5,62 kg i miał 82 cm długości.
Tomasz Grzejdak

Chciałbym się pochwalić trzema boleniami o wadze 5,05 kg, 4,6 kg i 4,10 kg. Wszystkie złowiłem w rzece Łynie na 7-centymetrowe woblery Rapali “Original”. Każda z tych ryb dostarczyła mi wiele emocji podczas holu, ale najbardziej zapamiętałem branie największego z nich. Nie z racji wielkości, lecz z powodu sposobu brania. Jego uderzenie bardziej przypominało branie niedużej ryby niż tak dużego drapieżnika. W czasie holu też pokazał, co potrafi. Wariackie wyskoki, szaleńcze odjazdy i długotrwała walka.

Krzysztof Telechowski

Poprzedni artykułKRZYNIA
Następny artykułW OKOLICACH MYŚLIBORZA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments