wtorek, 27 września, 2022
Strona główna Morze - kutry MINĄŁEM SIĘ Z POWOŁANIEM

MINĄŁEM SIĘ Z POWOŁANIEM

Na pierwszą dorszową wyprawę namówił mnie kolega, na drugą już nie musiał. Łowienie dorszy tak mnie wciągnęło, że każdego tygodnia dwa dni spędzam na morzu. Koledzy ze mnie żartują, że minąłem się z powołaniem i zamiast skupować złom, powinienem zostać rybakiem.

Żeby do dorszowych wypraw mieć stałego partnera, na morskie wędkowanie namówiłem ojca. Zawsze jedziemy na dwa dni, bo na jeden to za krótko, a poza tym jeżeli dorsze jednego dnia biorą słabo, to nazajutrz z reguły jest lepiej. Na kutrze nie ograniczam się do łowienia. Rozglądam się, kto jak i na co łowi. Gdy jakaś wędka mnie zainteresuje, to proszę właściciela, żeby dał mi nią połowić. Jeżeli mi się spodoba, to po powrocie do domu ją kupuję. Tym sposobem kompletuję sobie sprzęt.

Mam kilka wędek dorszowych, ostatnio najczęściej łowię uptide spinem Kongera o długości 240 cm i masie wyrzutowej 60 – 200 g. Jest to kij bardzo mocny, ale z czułą szczytówką, która świetnie pokazuje każde puknięcie pilkera w dno. Składa się z dwóch części, ale dolnik ma tylko 60, a szczytówka aż 180 cm. Dzięki takiej konstrukcji wędzisko jest pozbawione przesztywnień na złączach, a że ma dużo przelotek, więc w czasie holu ryby wykorzystywana jest cała moc blanku. Na wrakach we Władysławie tego kija używałem nawet do 300-gramowych pilkerów. Na ostatniej wyprawie wpadły mi w oko świetne wędki YAD-a o nazwie Key West i Kingston, więc po powrocie do domu zaraz je zamówiłem.

Z kołowrotkami nie ma takiego problemu jak z wędziskami. Ważne, żeby się dobrze kręciły i były odporne na słoną wodę. Moje kołowrotki to morska tica taurus i karpiowa tica sporter. Na głębokie wody w okolicach Władysławowa zabieram jeszcze DAM-a, który ma bardzo pojemną szpulę.

Dorsze łowię tylko na plecionki. W łowiskach bez zaczepów używam linki o wytrzymałości 15 kg, najlepiej fireline Berkleya. Na wrakach, gdzie jest dużo zaczepów, stosuję tanią plecionkę o wytrzymałości 28 kg. Tylko raz wybrałem się na dorsze z żyłką i do tej pory pamiętam, jak się z nią męczyłem. Słabo przekazywała brania, przy zacięciu mocno się rozciągała i w rezultacie na trzynaście zaciętych dorszy osiem spadło mi w czasie holu.

Mam wiele rozmaitych pilkerów, ale najlepsze wyniki zapewniają mi delfinki. Na drugim miejscu jest bezimienny pilker oklejony folią holograficzną imitującą łuskę, na trzecim parasolka, a na czwartym tobiasz Dragona. Na głębokie wody mam pilkery, których w sklepie się nie kupi. Wiąże się z nimi ciekawa historia. W Łebie poznałem marynarza, który mi powiedział, że dziesięć lat temu zajął się produkcją pilkerów. Chciał je sprzedawać, ale nic z tego nie wyszło, bo koledzy go namówili, żeby zaczął od modeli o wadze 300 g. Te jednak na tutejsze wody okazały się za ciężkie. Kupiłem od niego cały ich koszyk, ale kiedy zobaczyłem, jakie są wielkie, to ręce mi opadły. Długo nie mogłem się przełamać, żeby nimi łowić. Wziąłem je dopiero na wraki do Władysławowa, żeby nie tracić drogich przynęt, i tam okazały się znakomite.

Bywa tak, że dorszom podoba się tylko jeden kolor przynęt i na inne brać nie chcą. Najpewniejsze są chrom i nikiel, bo przypominają dorszom szproty i tobiasze, stanowiące ich naturalny pokarm. Na drugim miejscu jest japoński róż, a na trzecim czerwień. Ciekawą przygodę miałem z tobiaszem Dragona. Łowiliśmy wtedy w Kołobrzegu. Na kutrze była cała wycieczka Niemców, a z Polaków tylko ja i ojciec. Dorsze brały bardzo słabo i wyciągaliśmy tylko sztuki zaczepione za kapotę. To się radykalnie zmieniło, kiedy na wędkę założyłem czerwonego tobiasza. W krótkim czasie złowiłem na niego kilkanaście dorszy, a Niemcy w dziesięciu chłopa tylko dwa. W końcu jeden z nich nie wytrzymał i powiedział: „Wszyscy odpoczywają, a der rote Kommunist (czerwony komunista) pracuje za wszystkich”. Dlatego jeżeli brań nie ma, to pilkery i kolory trzeba często zmieniać, bo może się uda trafić na ten, który je zainteresuje.

Przywieszki są dobre wtedy, gdy na gołe pilkery dorsze biorą słabo. Używam ich w łowiskach do 50 metrów głębokości. W głębszych przywieszka nie ma sensu, bo przez nią cały zestaw wolniej tonie, a przy podrywaniu z dna trzeba pokonywać większy opór. Przywieszki mocuję na 15-centymetrowym troku umieszczonym 50 cm nad pilkerem. Jako wabiki stosuję duże różowe twistery. Do ich zbrojenia używam haczyków Kamatsu o nazwie Aji. Są bardzo mocne, ostre i mają tak wyprofilowany kształt, że zacięte ryby z nich nie spadają. Świetną przywieszkę podejrzałem na jednej z wypraw. Jest to kotwiczka ozdobiona pęczkiem czerwonej włóczki. Często bywa ona skuteczniejsza od twisterów. Takie kotwiczki można też zakładać do pilkerów.

Dorsze biorą nie wyżej niż dwa metry od dna. Nigdy jednak nie podrywam przynęty tak mocno, bo znacznie lepsze wyniki dają skoki na wysokość od 50 do 100 cm. Po poderwaniu linkę luzuję, bo dorsze wolą, kiedy pilker pikuje swobodnie. Gdy uderzy w dno, zbliżają się do niego i atakują przy kolejnym poderwaniu. Przynęta opadająca na napiętej lince dłużej tonie, inaczej układa się w wodzie, robi mniej hałasu przy uderzeniu o dno i w rezultacie słabiej wabi dorsze.

Kiedy morze jest spokojnie i kuter nie dryfuje, rzucam pilkerem jak najdalej i skokami ściągam go do siebie. W czasie dryfu spuszczam przynętę z burty i kiwam nią przy dnie. Zawsze mam ze sobą dwie wędki z różnymi zestawami. Na jednej jest lżejszy pilker i przywieszka, na drugiej cięższy. Dla przykładu: w okolicach Kołobrzegu, gdzie najczęściej łowi się na głębokości od 16 do 23 metrów, używam pilkerów ważących odpowiednio 80 – 100 g i 120 – 150 g. Na ogół lepsze wyniki daje lżejszy zestaw, ale zdarzały się też sytuacje odwrotne. Dlatego w każdym łowisku warto używać obu zestawów.
Kiedy woda jest spokojna, stosuję moją metodę specjalną: przeciągam pilkera po dnie. Po zarzuceniu kij lekko opuszczam, potem powoli przesuwam pilkera po dnie o 40 cm. Wybieram luz i znów go przesuwam. Za trzecim razem wlokę go nieco dalej, a potem robię chwilę przerwy. Branie następuje zwykle wtedy, gdy pilker ponownie rusza.

Na kutrze staram się zająć miejsce na rufie. Stamtąd się łowi najlepiej, bo można rzucać w różnych kierunkach. Dodatkową zaletą rufy jest śruba statku. Jej ruch wabi dorsze i pobudza je do żerowania

Marek Dąbrowski
Bartoszów

Poprzedni artykułW GĄSZCZU ROŚLIN
Następny artykułALBUM „AMERICAN FISH DECOYS”

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments