niedziela, 26 czerwca, 2022
Strona główna Mucha KARDYNAŁY NA CELOWNIKU

KARDYNAŁY NA CELOWNIKU

Medalowego lipienia złowić łatwiej niż się to powszechnie uważa (choć łatwiej nie znaczy łatwo). Trzeba tylko przestrzegać kilku prostych zasad. Wśród nich jest i ta, by się zbytnio nie spieszyć. Kto chce jak najprędzej mieć w koszyku komplet, ten kardynała może w nim nigdy nie zobaczyć.

Większość z moich kilkudziesięciu kardynałów złowiłem na suchą muchę. Szukać ich trzeba tam, gdzie lipieni jest dużo. Im stado liczniejsze, tym większa szansa, że jest tam kilka sztuk dobrze wyrośniętych. Przez większość czasu kardynały pływają razem z innymi, ale głębiej, dlatego wędkarze rzadko do nich sięgają. Żerują krótko i tylko w wyjątkowo sprzyjających okolicznościach. Najłatwiej się do nich dobrać podczas rójek. Duże sztuki zaczynają żerować na powierzchni dopiero późnym wieczorem, kiedy natężenie rójki jest największe. Większość lipieni ustawia się wtedy na płytkich końcówkach płani, bo tam im najłatwiej zbierać płynące wierzchem owady. Duże lipienie żerują zazwyczaj kilka lub kilkanaście metrów wyżej, gdzie woda płynie wolniej, ale jest głębsza. Większość dużych lipieni złowiłem na suchą muchę w sierpniowe upały.

Być może wtedy owady roją się najbardziej masowo. Ale może być też tak, że w sierpniu lipienie są najmniej niepokojone przez muszkarzy, którzy zazwyczaj łowią wtedy pstrągi. Z pewnością brak wędkarzy nad wodą ma swoje znaczenie, bo zawsze najmniej lipieni łowiłem w soboty i niedziele. Gdy przez płań przejdzie kilku, a czasem nawet kilkudziesięciu muszkarzy, to lipienie są przepłoszone i pokłute, bardzo ostrożnie wychodzą do suchej muchy, a wiele brań nie jest zaciętych. Dlatego od kilku lat rezygnuję z łowienia w weekendy. Odpuszczam też jeszcze poniedziałki, żeby lipienie wróciły do naturalnego rytmu żerowania, i jeżdżę na ryby w środku tygodnia.

Jak najbliżej natury
Lipienie są ostrożne. Tylko małe sztuki agresywnie atakują niemal wszystko co spływa z wodą. Z każdym centymetrem długości lipieniowi przybywa doświadczeń i coraz trudniej go złowić. Nie na darmo największe lipienie bywają nazywane profesorami. Taki okaz zbierze tylko naturalnie wyglądającą muchę. Poświęcam sporo czasu na to, żeby dobrać przynętę jak najbardziej podobną do rojących się owadów. Chociaż wygodniej łowi się na duże muszki, zawsze zakładam przynęty niewielkie, bo lipienie mają skłonność do zbierania małych owadów, a z wiekiem ta tendencja chyba jeszcze się u nich nasila.

W czerwcu, kiedy większość spotykanych nad Dunajcem wędkarzy zakłada muchy nr 12 – 14, ja łowię na szesnastki, w sierpniu na osiemnastki, a od października już wyłącznie na sieczkę. Przynęta musi być położona na wodzie jak najciszej. Kiedy zdarzy mi się chlapnąć muchą o wodę, to wiem, że złowię co najwyżej trzydziestaka. Żeby końcówka przyponu była jak najmniej widoczna, wiążę ją z żyłki 0,10 mm. Muszę przez to rezygnować z zacinania, żeby nie zrywać przyponów. Kiedy widzę branie, to pozwalam przyponowi i sznurowi spłynąć jeszcze choćby pół metra w dół rzeki. W tym czasie lipień z muchą schodzi pod wodę i zacina się sam.

Bez pośpiechu
Kiedy poczuję na wędce dużego lipienia, staram się jak najbardziej uspokoić. Ze względu na mały haczyk i cieniutki przypon nie ma mowy o walce z kilogramowym lipieniem buszującym w nurcie. Pośpieszne lub siłowe holowanie takiej ryby musi się skończyć jej zwycięstwem. Dobitnie o tym świadczą pokiereszowane pyski starych lipieni, które już nieraz uwolniły się z haczyka.
Zaraz po zacięciu duży lipień przeważnie odchodzi na głęboką wodę i przypada do dna. Daję mu wtedy całkowitą swobodę
i tylko utrzymuję napięcie żyłki. Cały ciężar walki składam na sprężystość muchówki i tylko z wyczuciem przytrzymuję sznur w palcach. Zdarza się, że lipień ucieka w dół rzeki.

Jeżeli to możliwe, to schodzę za nim po płani. Niestety, czasami spływa w prądy i nie mam szans ani temu zapobiec, ani go tam utrzymać. Bywa też, że uporczywie „muruje” do dna w głębokim nurcie i mimo upływu czasu nie chce się stamtąd ruszyć. Wtedy ostrożnie schodzę poniżej i utrzymując niewielkie napięcie sznura staram się go ściągnąć w dół. Zazwyczaj po pięciu – dziesięciu minutach walki na głębokiej wodzie lipień jest zmęczony. Dopiero wtedy próbuję go stopniowo ściągać na przybrzeżną płyciznę. Tam jest słabszy nurt i mogę już pewniej kontrolować hol osłabionej ryby. Schodzę do niej i czekam, aż całkiem opadnie z sił. Wtedy wystawiam pyszczek lipienia nad wodę i ściągam go bokiem po powierzchni, jak leszcza. Największą satysfakcję daje mi podebranie takiego okazu ręką.

Złudna magia kompletu
Nawet dobry muszkarz, który – chcąc jak najszybciej zdobyć komplet – zabiera każdego miarowego lipienia, ma niewielką szansę złowienia okazu godnego uwagi. Owszem, łowi dużo, ale jego zdobycz rzadko przekracza 35 cm. Nawet gdy lipienie biorą mu bardzo dobrze, to zazwyczaj zatrzymuje trzy pierwsze. Obawia się bowiem, że gdy tego trzeciego wypuści, to złowić następnego już mu się nie uda. A przecież w rzece jeden kardynał przypada na kilkaset zwykłych lipieni i znikome jest prawdopodobieństwo, że akurat on znajdzie się w pierwszej trójce. Dlatego gdy się tylko zorientuję, że lipienie żerują wyjątkowo dobrze, usiłuję złowić ich jak najwięcej, bo w ten sposób moje szanse rosną.

Rezygnuję wtedy z kompletu i wypuszczam każdą rybę poniżej 40 cm, a przynajmniej zostawiam w koszyku jedno wolne miejsce. Czasem udaje mi się je zapełnić, częściej wracam bez kompletu albo nawet o kiju, ale zawsze z wiarą, że niebawem znowu będę miał komplet, i to kardynalski. Może już następnym razem.

Wiesław Flejtuch
Sułkowice k. Krakowa
Notował J.K.

Poprzedni artykułCZAS JĘTKI
Następny artykułKULINARNE ZWYCZAJE CZERWCOWYCH PŁOCI

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments