wtorek, 28 czerwca, 2022
Strona główna Spinning O RZECE, MORZU I PRZYNĘTACH

O RZECE, MORZU I PRZYNĘTACH

Nieprzerwanie, dziesiątki lat, łowił w Łupawie. Kiedyś rzeka dawała dużo białorybu i nie było żadnych ograniczeń w stosowaniu przynęty podczas łowienia płotek, okonków, leszczy, a nawet karpi, mimo że jest to zimna i bystro płynąca woda. Powoli się to zmieniało…

Trudno nawet sobie wymarzyć ciekawsze spotkanie od tego, jakie miałem z Wojciechem Leszczyńskim, któremu czas, od dziewiątego roku życia, upływa nieprzerwanie z wędką w ręce. A to za sprawą rodziców, którzy się na Pomorze przeprowadzili spod wrocławskiej Sobótki. Gnani chęcią poznania nieskazitelnej przyrody, w poszukiwaniu utęsknionego, po wojennych przeżyciach, spokoju, znaleźli swoje miejsce w Smołdzinie. Do morza blisko, jeszcze bliżej do jezior Gardno i Łebskiego, a w ogródku przed domem płynie piękna Łupawa. Dla ogarniętych pasją wędkowania wymarzone miejsce.

Wojciech od tamtych czasów zawsze, z wędką w ręce, towarzyszył na wędkarskich wyprawach rodzicom. Dzisiaj prawie każdego dnia łowi ryby, a że wokoło jest dużo wody, umiejętności i doświadczenie ma większe od wielu kolegów po kiju.

Nieprzerwanie, dziesiątki lat, łowił w Łupawie. Kiedyś rzeka dawała dużo białorybu i nie było żadnych ograniczeń w stosowaniu przynęty podczas łowienia płotek, okonków, leszczy, a nawet karpi, mimo że jest to zimna i bystro płynąca woda. Powoli się to zmieniało. Zakazano stosowania robaków, ze względu na obecność pstrągów, którymi i tak rzekę mało kiedy zarybiano.

Łupawa jest jedną z piękniejszych pomorskich rzek. Jeszcze długo przed wojną Niemcy porobili na niej spiętrzenia wykorzystywane jako rezerwuary wody dla maleńkich elektrowni. Zniszczyli przy tym naturalny bieg, kształtowany przez przyrodę w ciągu kilkunastu tysięcy lat. Ale i dzisiaj rzeka przeżywa swój dramat. Nad jej brzegami buduje się pstrągarnie, które zanieczyszczają rzekę i podnoszą ciepłotę wody niszcząc przystosowaną do życia w innych warunkach roślinność. Zmienia się również rybostan. Przyczynia się do tego także poddawanie brzegów ciągłym regulacjom.

Tłumacząc, że rzeka może zalać nieużytki faszynuje się jej brzegi i wykłada specjalnymi, nie przepuszczającymi wody matami. Rzecz trudna do wyobrażenia. Zamiast walczyć o to, by przyroda wyglądała tutaj możliwie naturalnie, zamiast zarybiać rzekę, robi się odwrotnie. Jest to tym bardziej niezrozumiałe, że się to dzieje w rejonie Polski, w którym kiedyś niepodzielnie panowały pegeery, a dzisiaj mało kto ma pracę. I zamiast liczyć na rozwój wędkarskiej turystyki, na rozwój której nie potrzeba prawie żadnych pieniędzy, robi się wszystko, by jej w ogóle nie było.

Dla pana Wojciecha trudności zawsze były wyzwaniem. Zaczął więc poszukiwać przynęt, które by – jak mówi – nigdy go nie zawiodły na pstrągowych wyprawach. Wyjątkowe zdolności do majsterkowania poprzez obrotówki, woblery i gumy doprowadziły go do… wahadłówek. Rzecz jasna nie od razu do takiej, jaką dzisiaj łowi. Krok po kroku, zdobywając coraz większe doświadczenie, które w zasadzie sprowadzało się do liczby złowionych pstrągów na jednej wyprawie, jako miernika skuteczności przynęty, dopracował się błystki wahadłowej o niespotykanych kształtach.

Na oko wydaje się, że powinna wykonywać nieskoordynowane ruchy i mocno rzucać na boki. Tymczasem przemyka w wodzie, jak błyskająca srebrną łuską mała rybka. Każda blaszka ma niepowtarzalne kształty, bo od momentu wycięcia z blachy nierdzewnej do wyklepania ostatecznych kształtów, wszystko jest wykonywane ręcznie. Blacha okazała się tak skuteczna, że właściciel zaczął się z nią wyprawiać na trocie. Na te ryby zrobił większy model i z grubszej 1,2-mm blachy. Pstrągowe wykonuje z cieńszej. Takie właśnie ułatwiają prowadzenie przy powierzchni i wpół wody.

Kiedy zaś chce łowić przy dnie, dociąża je łańcuszkiem. Ów łańcuszek to odpowiednia do głębokości liczba ciężarków typu stil zaciśniętych na wolframowym przyponie. Twierdzi, że takie dociążenie jest najkorzystniejsze dla pracy przynęty i dla wygody łowienia. – Obciążenie założone na żyłkę, pół metra z przodu – mówi – utrudnia precyzyjne rzuty
i nadaje blasze niekontrolowaną akcję.

Pstrągi nie są jedyną pasją Wojciecha Leszczyńskiego. Już przed wieloma laty zafascynowały go połowy w morzu.
I tutaj długo zgłębiał tajniki. Znikąd bowiem odpowiedniej literatury, nie było też kogo podpatrywać. A przecież brzegowe wędkarstwo związane jest z zarzucaniem zestawu co najmniej na 120 metrów. Ale kiedy się zabrał do łowienia, zobaczył, jak trudno jest posyłać ciężki zestaw na odległość większą niż 50 metrów. Długo trwało dobieranie, a później przerabianie wędzisk i kołowrotków, zanim w pełni poznał uroki dziennego łowienia z morskiego brzegu.

Ale to już osobna historia, tak jak i ta, że pan Wojciech przekaże nam swoją wiedzę o morskim, brzegowym wędkowaniu i o jeziorowym łowieniu na Gardnie i Łebskim.

Wiesław Dębicki

Poprzedni artykułPRZYSMAKI Z ŁOSOSIA
Następny artykułERA MARCHEWKI

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments