poniedziałek, 27 czerwca, 2022
Strona główna Spinning BOLENIE ZE STOJĄCEJ WODY

BOLENIE ZE STOJĄCEJ WODY

W ostatnich latach nauczyliśmy się łowić bolenie, choć z wędkarskiego punktu widzenia są to ryby trudne. Dzisiaj boleniami wygrywa się zawody, są też wędkarze, którzy w łowieniu boleni się specjalizują. Przyczyniła się do tego dostępność specjalnych przynęt, cienkich, ale mocnych żyłek i coraz lepszy sprzęt. Połów boleni w rzekach jest w miarę popularny, a dla niektórych nawet łatwy, ale w wodach stojących nie wszyscy sobie z nimi radzą. A przecież w Polsce jest wiele zbiorników zaporowych i jezior, w których pływają bolenie.

Bolenie łowię od maja do końca października, a nawet w listopadzie, jak jest ciepły. Czas ten dzielę na trzy okresy, w każdym z nich bolenie dają się łowić na inne typy przynęt. Na początku sezonu, w maju i do połowy czerwca, łowię je na 7-centymetrowe wahadłówki. W zasadzie słowo wahadłówka do moich blach nie pasuje, bo one się nie wahają, nawet nie lusterkują. Używam wyłącznie cienkich plecionek, najgrubsza ma 0,08 mm. Taka plecionka pozwala rzucać na odległość 50-60 metrów i zacinać pewnie nawet z daleka. Jest zupełnie nierozciągliwa, więc nadgarstkiem mogę nadawać przynęcie takie ruchy, na których mi zależy. Na moim zestawie z plecionką bolenie przeważnie zacinają się same, a podczas holu prawie nigdy nie spadają.

Najczęściej łowię w spodniobutach i wchodzę do wody poza pas roślinności. Tam jestem dla ryb mniej widoczny, nic mi też nie przeszkadza machać kijem podczas rzutów. Najpierw rzucam wzdłuż brzegu, potem wachlarzem w stronę środka akwenu, aż dojdę do miejsca za plecami. Bolenie bowiem mogą przebywać wszędzie. Gdziekolwiek by jednak nie pływały, mam na nie skuteczny sposób. Gdy przynęta jest jeszcze w powietrzu, zamykam kabłąk i wykonuję coś w rodzaju zacięcia. Ten ruch sprawia, że przynęta spada na wodę z impetem i charakterystycznym pluśnięciem, a wokół niej tworzy się wianuszek bąbelków.

Niemal natychmiast zaczynam ją ściągać, bo cała sztuka polega na tym, żeby linka pozostała napięta. Często się zdarza, że boleń atakuje, gdy tylko przynęta upadnie na powierzchnię. Jeżeli jednak nie uderzy, to linkę mam napiętą i natychmiast w dość szybkim tempie ściągam przynętę tuż pod powierzchnią. Co pewien czas ruchem nadgarstka, a nie całym kijem, wykonuję takie ruchy, które powodują, że blaszka przyśpiesza. Wtedy rzuca nią raz w lewo, raz w prawo i lusterkuje. Niemal tak samo zachowują się spłoszone ukleje. Właśnie obserwacja uklejek pozwoliła mi z bardzo wielu boleniowych przynęt wybrać takie, które najbardziej przypominają naturalny pokarm. Spłoszona ukleja nie kolebie się na boki, tylko odskakuje od toru, po którym płynie. Właśnie wtedy jej łuski błyskają jak lusterka.

Drugi okres połowu boleni następuje wówczas, gdy one zaczynają pożerać narybek. Łowię je wtedy bardzo małymi przynętami. Daleko nimi rzucić się nie da, ale narybek też nie pływa z dala od brzegu. Ryby są tu mocno płochliwe, dlatego pamiętam o stroju maskującym, a do łowiska podchodzę bardzo ostrożnie. Bolenie łowię na małe wahadłówki. Są to kopie tych, których używałem wiosną, tamte jednak miały siedem centymetrów, te najwyżej cztery. W tym okresie moimi przynętami są również paprochy na dwu– lub trzygramowych główkach oraz małe obrotówki z przeciążonymi korpusami.

Czając się na bolenia, nigdy nie rzucam tam, gdzie on akurat żerował, bo zanim przynęta doleci do celu, bolenia dawno już tam nie będzie albo upadnie mu na głowę i go przepłoszy. Siedzę na brzegu lub stoję w wodzie bez ruchu i przyglądam się, jak boleń uderza w drobnicę (o tej porze roku atakuje wyłącznie przy powierzchni, więc dobrze go widać). Na tej podstawie próbuję odgadnąć, po jakiej trasie pływa. Uprzedzam więc jego kolejny atak i kilka razy rzucam tam, gdzie wedle moich kalkulacji powinien uderzyć. Gdy tylko przynęta upadnie na wodę, prowadzę ją metr lub dwa powoli, a później raptownie przyspieszam, bo tak by to robiła uciekająca rybka. Zazwyczaj kończy się to przyjemnym dla wędkarza ciężarem na kiju.

Jesienią ponownie w ruch idą duże blachy, nawet 9-centymetrowe. Teraz im na dworze jest chłodniej, tym łowię bliżej dna, przynętę prowadzę o wiele wolniej, ale w zmiennym tempie. Zdarza się, że przerywam zwijanie i pozwalam przynęcie opaść na napiętej lince. Na dłuższą chwilę kładę ją na dnie, a potem znowu ściągam.

Kiedy łowię brodząc, szukam boleni tam, gdzie widzę drobnicę, natomiast łódkę ustawiam przy podwodnych górkach lub na zarośniętych, niezbyt głębokich blatach. Pogoda nie ma większego wpływu na nasze wyniki. Tyle tylko, że podczas flauty lepiej bolenie widać, a kiedy wieje, łatwiej je podejść.

Adam Adryanowski
Notował Dariusz Borkowski

Poprzedni artykułNA ZAWODACH
Następny artykułCZARTOWSKIE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments