czwartek, 30 czerwca, 2022
Strona główna Grunt LESZCZ NA UPATRZONEGO

LESZCZ NA UPATRZONEGO

Żeby łowić nieprzypadkowo duże leszcze, trzeba dobrze znać łowisko.

Jezioro Wierzbiczańskie, znajdujące się niespełna 10 km na wschód od Gniezna, ma powierzchnię 174 ha i bardzo rozwiniętą linię brzegową z licznymi trzcinowiskami. Można je podzielić na dwie strefy: płytką południowo-zachodnią i głęboką północno-wschodnią. Do końca lat 80. głębsza część słynęła z dużych leszczy. Łowiono je w ogromnych ilościach korzystając z mało wyrafinowanego sprzętu i prostych zanęt, które składały się głównie z paszy dla zwierząt.

Czasy te dawno minęły, pozostała jednak garstka wędkarzy, którzy nadal umieją wyciągać kilkanaście złotych łopat w czasie jednej zasiadki. Wędkarze ci niechętnie dzielą się swoim doświadczeniem, ale obserwując gdzie łowią i jakimi technikami, można sporo uszczknąć z ich wiedzy.

Przyglądałem się tym, którzy łowili z brzegu. Stosowali zestawy gruntowe ze sprężyną zanętową i białymi robakami na haczyku. Za wskaźnik brań służyła im małpka lub elektroniczny sygnalizator. Sprężynę mocno oblepiali zanętą i zarzucali daleko od brzegu. Co kilkadziesiąt minut, jeżeli brań nie było, wędki przerzucali, starając się trafić w to samo miejsce. Precyzja była konieczna, ponieważ podawanie zanęty w sprężynie było jedynym sposobem nęcenia. Łowisko bowiem znajdowało się daleko i dorzucenie zanęty ręką nie wchodziło w rachubę. Starali się rzucać dokładnie w to samo miejsce, żeby leszczy nie odciągać od głównego dania, czyli przynęty.

Kilkakrotnie przepłynąłem łodzią po tym łowisku i za pomocą sondy złożonej ze sznurka i ciężarka przebadałem jego dno. Zorientowałem się, że ich sprężyny dolatują tam, gdzie kończy się spad prawie całkiem pokryty koloniami racicznic. Stwierdziłem też, że jest tam głęboko na mniej więcej dziesięć metrów, a później dno robi się płaskie i pokrywa je cienka warstwa mułu.

Zacząłem od wyszukania północnego spadu dna, który się kończy właśnie na dziewięciu – dziesięciu metrach. Północną część zbiornika wybrałem dlatego, że woda szybciej się tam nagrzewa od padających prostopadle słonecznych promieni. Drugim argumentem za tą decyzją byli wspomniani wcześniej wędkarze, którzy latem polowali tam z gruntówkami na leszcze. Pogranicze spadku i płaskiego dna zacząłem obficie nęcić. Zanętę sypałem do wody przez sześć dni z rzędu. W siedmiolitrowym wiaderku było jej po brzegi, a składała się z pęczaku, pszenicy, półsurowej kukurydzy i makaronu. Wszystko było zaprawione przyprawą do piernika. Zanętę rozsypywałem dosyć szeroko, na powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych. Dopiero siódmego dnia wypłynąłem na zasiadkę.

Łowiłem mało finezyjnym zestawem. Spławik o wyporności ośmiu gramów, żyłka główna 0,22, przypon osiemnastka, haczyk nr 2, a na nim makaron kolanko Lubella. Na łowisku zjawiłem się przed świtem. Rozsypałem zanętę, zarzuciłem wędki. Tafla wody była gładka niczym lustro.

Kilkanaście minut przed piątą zobaczyłem pierwsze spławiające się leszcze. Złotobrązowe grzbiety bezgłośnie przewalały się pomiędzy moimi wędkami. Patrzyłem jak zahipnotyzowany. Wielkość leszczy oceniałem na jakieś 3-4 kilogramy. Chwilę potem antenka spławika pacnęła o wodę i lekko zadrgała. Zaciąłem i poczułem przyjemny ciężar. Pierwszy leszcz ważył 2,80 kg, drugi 2,30 kg. Złowiłem jeszcze kilka, ale ważyły mniej niż dwa kilogramy. Pierwszy raz w życiu złowiłem tak duże leszcze i w takiej ilości. Niemniej niedosyt wrażeń pozostał, bo sztuki powyżej trzech kilogramów nie udało mi się wyjąć. A wiem, że one w tej wodzie pływają.

Od tamtej pory połów dużych leszczy nie jest dla mnie czymś niezwykłym. Wymaga jednak ciągłej obecności nad wodą, by przynajmniej co dwa dni zanęcić upatrzone miejsce. Ale nie jakąś śrutą ze sklepu, tylko grubą zanętą złożoną z pszenicy, makaronu i kukurydzy. I bez obawy o przenęcenie.

Patryk Bielecki
Poznań

Poprzedni artykuł14. PUCHAR „WĘDKARZA POLSKIEGO”
Następny artykułWAKACYJNE PŁOCIE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments