poniedziałek, 28 listopada, 2022
Strona główna Zawody 14. PUCHAR "WĘDKARZA POLSKIEGO"

14. PUCHAR „WĘDKARZA POLSKIEGO”

Zgłoszeń było bardzo mało, zaledwie 114, najmniej w czternastoletniej historii naszego Pucharu. Ilość zgłoszeń na poprzednie imprezy z tego cyklu przekraczała dwieście, a w pierwszych latach sięgała pięciuset. W Połańcu pobiliśmy więc rekord minimum.

Zaproszenia wysłaliśmy do stu osób, bo tyle mieliśmy miejsc noclegowych. Ostatecznie na zawody przyjechało 85 wędkarzy. Nie to nas jednak zdziwiło. Z Pucharem wędrujemy po całej Polsce. Chcieliśmy bowiem, i nadal chcemy, żeby w ten sposób stwarzać okazję do spotkań z coraz to innym wędkarskim środowiskiem. Podczas pucharowych imprez na Mazurach, w Kwidzynie, Głębinowie, Cedyni, Słubicach itp. poznawaliśmy wędkarzy, których wiedza i umiejętności godne były rozpropagowania.

Kiedy więc zaczęły napływać zgłoszenia osób, które w tegorocznych zawodach chciałyby uczestniczyć, nasze zdziwienie nie miało granic. Z tego bowiem rejonu Polski, gdzie miały się one odbyć (i się odbyły), na udział w nich zdecydowało się zaledwie kilkoro wędkarzy – czwórka z Buska-Zdroju (w tym jedna pani) i czterech z Nowej Dęby, z klubu spiningowego Zander, który podjął się organizacji 14. Pucharu WP.

Przyczyny tej niżówki trudno jednoznacznie określić, ale można sądzić, że okoliczni wędkarze dobrze to wiślane łowisko znali albo przynajmniej o nim słyszeli. Wiedzieli zatem, że jest ono trudno dostępne i mało rybne. Na odcinku od Połańca do Zawichostu zawody odbywały się bardzo często, ale rzadko osiągano na nich dobre wyniki wagowe. Co nas zatem skłoniło, żeby tu właśnie wyznaczyć kolejne pucharowe spotkanie? Po pierwsze – mieliśmy informacje, że jest tu sporo ryb małych i średnich, a jest dobre, bo złowienie jednej dużej ryby nie powoduje wypaczenia ostatecznego wyniku. Po drugie – i ten motyw był dla nas ważniejszy – chcieliśmy z naszą imprezą wejść tam, gdzie nas jeszcze nie było. Cóż, jedno i drugie nie wypaliło.

Wody w Wiśle było niewiele. Żeby zająć wygodne stanowisko, trzeba się było przedrzeć przez wiklinowe chaszcze. Nadzieja była taka, że w opaskach i bystrych nurtach między piaszczystymi wyspami i płyciznami da się łowić klenie, okonie i bolenie. Niestety, woda była martwa. Gdzieniegdzie prysnęła drobnica, od czasu do czasu zaoczkowała jakaś rybka. Łowiło się dosłownie jak w studni.

Drugiego dnia, w niedzielę, było jeszcze gorzej. Wprawdzie poziom wody wyraźnie się podnosił, ale po powierzchni płynęły różnorakie bytowe nieczystości oraz fragmenty drzew, wiklinowych krzaków i traw zabrane przez nurt z brzegów. Spiningowanie było więc bardzo trudne, a do tego ryby były tak samo nieaktywne jak dnia poprzedniego.

Wisłę ujarzmiają kamienne opaski. Tak zwane materace, uplecione z wikliny, układa się jak najdalej od brzegu, później przytwierdza je do dna zasypując kamieniami. Tym sposobem nurt się zawęża i rzeka staje się na jakiś czas spławna. W zamian za to gdzieś dalej prąd wyrzuca ogromne ilości piachu i iłów tworząc wyspy, przykosy i wymiały.

Opaski to najlepsze wiślane łowiska dostępne z brzegu. Niektóre kamienie, z których je usypywano, są ogromne. Jeżeli znajdują się pod wodą, tworzą pieczary, w których kryją się ryby drapieżne. Sama zaś opaska, najczęściej kilkusetmetrowa, silnie zaburza przepływ. Dzięki temu niektóre ryby, np. kleń, jaź, boleń, mają świetne warunki do żerowania (opasek trzyma się również drobnica).

Inny rodzaj wiślanych umocnień brzegowych to tak zwane klatki. Powstały z główek wybudowanych po to, żeby zawęzić nurt rzeki. Później szczyty tych główek połączono kamiennymi groblami. Stworzono tym samym opaskę, która ma za plecami baseny, jakby małe jeziorka. Ilość wody w nich zależy od stanu wody w rzece. Jeżeli jest on wysoki, woda przelewa się do basenu razem z rybami. Kiedy opadnie, ryby zostają w basenie jak w klatce.

Opaski i klatki to najlepsze łowiska, wiec nic dziwnego, że interesowali się nimi prawie wszyscy uczestnicy Pucharu. Jedni pokonywali wiele kilometrów próbując coraz to nowych miejscówek, inni pozostawali na jednym stanowisku, bo zauważyli na powierzchni, że jakaś ryba tam żeruje i byli święcie przekonani, że w ciągu tych kilku godzin uda im się ją złowić.
Jak było naprawdę i która taktyka okazała się lepsza, opowiedzą sami zawodnicy. Przedtem jednak o kilku sprawach bardzo ważnych i mniej ważnych.

Rafał Cieszyński
Knurów
zdobywca 14. pucharu “wędkarza polskiego”
Wiedziałem, że na tych zawodach ryb będzie niewiele, a kiedy się jeszcze dowiedziałem, że woda jest niska, postanowiłem łowić jazie i klenie. Na każdym stanowisku stosowałem sposób sprawdzony w sytuacjach kiedy z rybami było kiepsko. Zaczynałem łowić małą obrotówką z seledynowym skrzydełkiem w czarne paski, taką, jak się to mówi, żarówą. Dopiero kiedy zobaczyłem, że błystkę odprowadza jakaś ryba, dobierałem przynętę odpowiednią do jej wielkości i gatunku. Do obrotówki wychodziły tylko małe okonie i klenie. Szedłem w coraz to inne miejsce z nadzieją, że gdzieś trafi mi się wymiarowa ryba.

Od rana woda była martwa, oznak żerowania nie było widać, chociaż małe rybki pływały pod powierzchnią. W pewnym miejscu moją uwagę zwróciło dziwne ich zachowanie. Nie wyskakiwały na powierzchnię, tylko bardzo szybko uciekały na boki, jakby pod nimi płynęła jakaś duża ryba. Zanim zająłem stanowisko dogodne do rzutu, to zjawisko kilka razy się powtarzały. Nabrałem wówczas przekonania, że drobnicę atakuje jakiś drapieżnik. Pomyślałem nawet, że to może być węgorz, bo te spokojne ataki w niczym nie przypominały okonia, szczupaka, ani tym bardziej bolenia.

Po drugim rzucie poczułem uderzenie. Walka była dziwna i po chwili wyciągnąłem na piasek dorodnego leszcza! Był zapięty za pyszczek. Złowiłem go na tę obrotówkę, która była sondą. Tą samą przynętą rzucałem nadal. Za którymś razem miałem podobne branie i znowu holowałem ładnego leszcza. Niestety, kiedy był już w miejscu płytkim, na kilka centymetrów, odbił się od dna i wyczepił. On też przynętę miał w pysku. Tej wielkości leszcze w pojedynkę nie pływają, więc musiało tam być całe stado. Zerwany leszcz widocznie je wypłoszył, bo brań więcej nie było. Miejsce, w którym żerowały leszcze, było charakterystyczne. Około 10 metrów poniżej główki nurt Wisły spowalniały dwa głazy, których szczyty wystawały nad powierzchnię. Przynętę prowadziłem powoli tuż obok głazów. Brania następowały w odległości około 2-3 metrów od nich, w miejscu w którym tworzył się wsteczny prąd.

Drugiego dnia zawodów nastawiłem się wyłącznie na małe ryby. W takiej sytuacji zawsze pojawia się obawa, która i teraz mnie nie opuszczała. Co będzie, jeżeli przynętę zaatakuje duża ryba. Ale im dłużej wędkowałem, tym ta obawa była coraz mniejsza. Godziny chodzenia, w zasadzie przedzierania się przez mokry wiklinowy busz i wszędzie tylko małe, niewymiarowe rybki. W końcu dotarłem do kamiennej opaski. W gęstych krzakach wikliny znalazłem kilka stanowisk. Z zegarmistrzowską dokładnością obławiałem z nich kamień po kamieniu. W końcu moja szczęśliwa obrotówka sprowokowała okonia. Garbus przynosi szczęście, więc go poklepałem po garbie, żeby mnie też nim obdarzył. Widocznie posłuchał, bo zdobyłem 14 Puchar.

Tomasz Sendal
Oława
Drugie miejsce
Wisłę znam jedynie z opowiadań ojca, który kilka razy brał udział w zawodach w tym regionie. Nastawiłem się na łowienie boleni i kleni, przygotowałem mnóstwo woblerów, ojca i mojej produkcji. Zacząłem pechowo. Sędzia mi źle wytłumaczył i po kilkukilometrowej wędrówce zamiast na dobre miejsce wpadłem na piaszczyste i płytkie łachy, gdzie ryb ani śladu. Na ten spacer, w miejsce, którego żadna wędkarska stopa nie skaziła, straciłem trzy godziny. W powrotnej drodze zatrzymałem się w pierwszym miejscu obiecującym rybę. Była to stara, niewielka, mocno rozmyta główka. Pierwszy rzut na napływ i mam zaczep. Po krótkiej szarpaninie udaje mi się uwolnić przynętę. To 4-cm, wiele razy sprawdzony wobler, który zrobił mój ojciec. Czarny ze srebrną łuską. Drugi rzut i historia się powtarza. Klnę w duchu i próbuję uwolnić przynętę. Nagle czuję, że to nie zaczep. Silne szarpnięcie dużej ryby. To kleń albo boleń. Ryba zaczyna uciekać z nurtem i po kilkunastu metrach się wypina. Szczęście dopisało mi na kolejnej główce. Na taki sam wobler, ciut większy, mówimy na niego płotka, złowiłem półkilowego bolenia. Miałem szczęście. Wyjąłem go pięć minut przed końcem pierwszej tury zawodów. W drugim dniu łowiłem w Szczucinie. Po długiej wędrówce dotarłem do długich, nowo usypanych główek. W takich miejscach zawsze kręci się sporo ryb. Już w trzecim rzucie złowiłem ładnego okonia na wobler prowadzony wzdłuż główki. Na drugiej główce zobaczyłem uciekającą w powietrze drobnicę. Podejrzewając, że zamieszanie robi szczupak założyłem stalkę i srebrną gumę z kolorowym brokatem. Pierwszy rzut, zacięcie i siedzi. Duża ryba poszła na środek klatki, tam straciła siły i przyciągnąłem ją do brzegu. Zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem ponad 1,5 kg leszcza. Ostrożnie go wyholowałem, bo był zapięty za skórkę. Później długo nie miałem żadnej ryby, dopiero pod koniec zawodów na wobler, też na płotkę, złowiłem sporego okonia.

Krzysztof Kozak Świdnica
(III miejsce)
W niedalekiej Koprzywnicy mam rodzinę i często ją odwiedzam, ale tutejszą Wisłę znam słabo, bo wolałem wyprawiać się nad okoliczne rzeczki pstrągowe. Po treningach na początku maja postanowiłem, że podczas zawodów o Puchar WP będę małymi gumkami łowić okonie przy opaskach i w licznych na międzywalu kaczych dołkach.

Zacząłem łowić z opadu na białe paproszki zakładane na główki o wadze 2 i 2,5 g. Używałem wędziska Robinson Titanium o długości 2,75 m i ciężarze wyrzutowym do 5 g. Żyłka główna miała średnicę 0,14 mm. Na wypadek, gdybym się spotkał ze szczupakiem, założyłem cienki wolframowy przypon o długości 30 cm.

Okazało się jednak, że przy tym stanie wody wykonanie planu (okonie!) nie jest proste. Wyjąłem tylko krótkiego okonka i szczupaczka. Ponieważ opaska przy moście kolejowym była gęsto obstawiona, zszedłem w dół Wisły. Zajęło mi to półtorej godziny. Były tam piękne główki i druga duża opaska. Tu też łowiłem tylko pojedyncze małe ryby.

Zaskoczyła mnie niewielka ilość miarowych ryb przy główkach. Można było nałowić całą siatkę kleników i okonków, ale do wagi nie bardzo było co przynieść. Przez cały dzień wydłubałem pięć miarowych okonków, największy miał ledwie 20 cm. Razem ważyły niecałe pół kilograma, czyli tyle co jeden kleń albo mały boleń.

Drugiego dnia postanowiłem szukać opasek i łowić tam na woblery, bo słyszałem od innych wędkarzy, że bolenie obżerają się wylęgiem. Od mostu w Szczucinie schodziłem w dół prawą stroną rzeki. Po godzinie przedzierania się przez krzaki i zarośla dotarłem do jakiejś opaski. Rzucałem na skos w dół rzeki srebrzystym storkiem o długości 2 cm. Po rzucie go przytrzymywałem licząc na klenia, a potem podciągałem skokami wzdłuż opaski. Nieoczekiwanie w trzecim rzucie trzymanego w miejscu woblera zaatakował półtorakilowy boleń. To jedno branie dało trzy razy lepszy wynik wagowy niż cała sobotnia dłubanina. Liczyłem, że może mi się uda taki połów powtórzyć, ale nie brały już ani bolenie, ani klenie. Dopiero pod sam koniec tury przy kamieniach opaski złowiłem jeszcze okonia.

Po tej dwudniowej lekcji nauczyłem się bardziej doceniać wiślane opaski. W Odrze zawsze łowię na główkach, a tutaj opaski okazały się dużo ciekawsze.

Ireneusz Miechowicz
SŁAWACINEK STARY
Nastawiłem się wyłącznie na duże ryby i niebawem się przekonałem, że postąpiłem słusznie. Zaraz po sygnale złowiłem małego szczupaka i zaciąłem dużego suma, który jednak spiął się już po kilku minutach holu. Słuszność przechodziła w zwątpienie, kiedy przez następne cztery godziny biczowałem wodę bez żadnego rezultatu.

Wtedy postanowiłem zastosować mniejszą przynętę. Założyłem cykadę i w drugim rzucie złapałem garbusa. I na tym znowu się skończyło. Prawdopodobne miałbym więcej brań, ale zapomniałem szpuli z cieńszą żyłką. Dlatego małe przynęty na plecionce nie pracowały optymalnie.
Po godzinie zaczął padać deszcz. Nie miałem peleryny, więc schowałem się pod mostem, a tam na płyciźnie, co chwilę woda ożywała po atakach małych kleni i okoni. W pewnym momencie przepłynęła barka. Wzbudziła małą falę, która wdarła się na piaszczyste wypłycenie. Rzuciłem swoją ulubioną srebrną wahadłówką tam, gdzie wylana na piasek fala wody wracała w nurt, i złowiłem okonka.

Drugiego dnia zmieniłem taktykę i nastawiłem się na łapanie małych ryb. W poszukiwaniu ciekawych miejsc przedzierałem się przez wikliny. W końcu dotarłem do miejsca, w którym w wyniku połączenia główek powstały charakterystyczne klatki. Woda w nich była spokojna oraz dużo cieplejsza niż w rzece, jednak oznak żerowania ryb nie zauważyłem. Obrzucałem to miejsce różnymi przynętami bez efektów.
Postanowiłem więc ponownie wrócić nad rzekę. Tu przy opasce, w szybkim nurcie, na cykadę złapałem okonia. Była to moja jedyna, a zarazem ostatnia ryba drugiego dnia.

Paweł Grzesiak
Busko-Zdrój
Znam Wisłę, bo mieszkam zaledwie 20 km od miejsca, gdzie były rozgrywane zawody. Wiedziałem, że przy niskim stanie wody ryby będą brać słabo. Postanowiłem więc obławiać opaski i szukać tam jazi i kleni. Jako przynęty używałem woblerów własnej produkcji.

Ryby trudno było znaleźć, ponieważ się nie spławiały. Szukałem ich tam, gdzie nurt spowalniały podwodne przeszkody. W pewnym miejscu moją uwagę zwróciła duża ilość drobnicy. Postanowiłem poprowadzić tam woblera. W trzecim rzucie poczułem pobicie. Ryba szybko uciekła w nurt, jednak z każdą chwilą słabła. Wkrótce wyciągnąłem ją na kamienisty brzeg. Moją zdobyczą okazał się dorodny jaź o długości 45 cm.

Postanowiłem pozostać tam dłużej, jednak brań już więcej nie było. Sądzę, że walczący jaź, którego złowiłem, spłoszył wszystkie inne ryby. Zmieniałem co chwilę przynęty, ale bezskutecznie, wróciłem więc do szczęśliwego woblerka. Po jednym z kolejnych rzutów nastąpiło uderzenie, po chwili wyholowałem klenia. Wracając do punktu sędziowskiego co chwilę obławiałem rzekę. W ten sposób udało mi się złowić jeszcze okonia.
Nazajutrz taktyka z pierwszego dnia zupełnie mnie zawiodła. Choć zdołałem obłowić trzy kilometry Wisły, do wagi wróciłem o kiju.

Czesław Sowiński
ZIĘBICE
Zamierzałem łowić tylko na opasce i tylko jednym woblerem własnej produkcji. Idąc w górę rzeki co chwilę rzucałem, ale bez żadnego rezultatu. W końcu upatrzyłem sobie ciekawe miejsce. Obok nurtu były tam wsteczne prądy, a nad powierzchnię wystawały kamienie. Prawie po każdym rzucie miałem pobicie, jednak żadnej ryby nie mogłem zaciąć. Dopiero po dłuższym czasie złowiłem okonia, a zaraz potem klenia. Były tam też jazie, ale nie mogłem ich upolować. Natomiast co chwilę do mojego woblera dobierały się małe klenie i okonie. Pod koniec udało mi się złowić świnkę (36 cm) oraz krąpia.

Gabriel Domański
Biała Podlaska
Znalazłem ryby, ale nie potrafiłem skłonić ich do brania. Na długiej i dosyć głębokiej opasce trafiłem na miejsce, gdzie woda dosłownie się gotowała, tak zaciekle bolenie atakowały drobnicę. Łowiłem przez długi czas bo widziałem kilka boleni grasujących w zasięgu rzutu. Widziałem, że atakowały jakieś srebrne rybki, próbowałem więc je łowić na podobne do nich woblery. Bez skutku. Już miałem iść w inne miejsce, ale jakaś przekora kazała mi założyć wobler pomalowany jak okoń. W pierwszym rzucie wyjąłem bolenia, a w chwilę potem 46-cm szczupaczka. Brania się skończyły, bolenie zniknęły.

Monika GorgoŃ
Busko-Zdrój
Wisła to moje ulubione łowisko, ale w tym rejonie nie byłam. Niby podobna do tej, która jest kilkanaście kilometrów dalej patrząc pod prąd, ale jednak jest inna. Kiedy trafiłam na głęboką opaskę, postanowiłam dokładnie ją obłowić, bo takie miejsca to jedne z lepszych wiślanych łowisk. Łowiłam głęboko schodzącym srebrnoczarnym woblerem, który przed zawodami dostałam od kolegi. Złowiłam dwie ryby. Najpierw 36-cm jazia, potem dokładnie dwa razy mniejszego 18-cm klenia. Oba zaatakowały, kiedy wobler bardzo wolno ciągnęłam pod prąd. Ale, co ważne, wobler był tak zrobiony, że się głęboko zanurzał i cały czas czułam jak stuka sterem w kamienie.

Marek Rolnik
Szklarska Poręba
Na kiju miałem suma, nawet nie wiem jaki był duży, bo go nie zobaczyłem. Przez kilka minut zachowywał się spokojnie, krążył w dołku za główką. Już myślałem, że może uda mi się go wyjąć, ale nagle się zdenerwował i ruszył w Wisłę. Wyciągnął z kołowrotka kilkadziesiąt metrów żył-ki i ją urwał.

Tadeusz Furmaniuk
Toruń
Szczupaka złowiłem na opasce. Wziął w przybrzeżnych kamieniach, metr ode mnie, kiedy już miałem wyciągać przynętę z wody. Nawet go nie zaciąłem i ślizgiem wyjąłem na brzeg, gdzie się wypiął. Skusił się na trójkolorowego twistera, czarno-biało-czerwonego, założonego na 10-g główkę.

Sławomir Kołodziejski
Trzcianka
Ciekawą przygodę miałem z różowym woblerem. Wcześniej rzadko na niego łowiłem, bo ryby go omijały szerokim łukiem. Teraz, kiedy przez długi czas nic nie mogłem złowić, często zmieniałem miejsca i przynęty. W końcu na agrafkę trafił właśnie ten różowy wobler. Już w pierwszym rzucie walnął w niego spory okoń, chyba z ciekawości, bo czegoś takiego pewnie w życiu nie widział. W miejscu, gdzie go złowiłem było na dnie kilka dużych kamieni bo nad nimi marszczyła się woda. Po prostu obiecujące łowisko. Po kilku rzutach w ten sam różowy wobler uderzył boleń. Duży, bo na początku nic nie mogłem zrobić, to on dyktował warunki. Walczyłem z nim przez kilka minut. Na początku najpierw poszedł daleko z nurtem, a kiedy udało mi się go zatrzymać, wtedy ruszył w stronę brzegu. Powoli ściągałem go metr po metrze w swoją stronę. Nagle poczułem jak żyłka szoruje chyba po gałęziach. Tak mi się wydawało bo było to pod powierzchnią. Podciągnąłem bolenia jeszcze kilka metrów i żyłka się przetarła.

Dariusz Ferens
Szczytno
Przydał się wobler Bonito, który otrzymałem w prezencie przed zawodami. Na opasce, na głęboko schodzący model, złowiłem klenia.

Józef Wyspiański
Ziębice
Łowiłem tutaj na mistrzostwach Polski w 2002 r., dlatego przyjechałem tylko z pudełkiem małych woblerów. Zamierzałem przy opaskach łowić jazie i klenie. Przyłowem miał być szczupak, ale uznałem, że przy tym jego wymiarze (50 cm) szanse złowienia miarowej sztuki są mizerne i ze stalek zrezygnowałem.

Na opaskę w pobliżu mostu kolejowego ruszyło kilku wędkarzy, wolałem jednak łowić tam z nimi niż przedzierać się przez gąszcz krzaków i szukać nieprzepłoszonego łowiska. Widziałem pojedyncze ryby tuż przy kamieniach. Założyłem 4-cm woblera, perłowego z czarnym grzbietem. Po rzucie podciągałem go wzdłuż opaski pod prąd, powoli i jednostajnie. Choć klenie zbierały muszki z powierzchni, branie nastąpiło na głębokości co najmniej metra w momencie, gdy woblerek stukał o kamień. Obłowiłem opaskę trzy razy różnymi woblerkami, jednak ani klenie, ani jazie już mi się nie trafiły. Brały okonie, ale największy miał tylko 17,5 cm.

Józef Sendal
Oława
Na opasce były dwie poprzeczne rafki. Zwłaszcza pierwsza z nich wydawała mi się bardzo ciekawa. Łowiłem tylko małymi, zrobionymi przez siebie woblerami o wyglądzie płotki. Były to jedyne przynęty dobre i na to łowisko, i na słabo żerujące ryby. Jedne pracowały mocno, inne słabo, używałem ich na zmianę. Najpierw obłowiłem napływ rafki podając przynętę w taki sposób, żeby penetrowała coraz głębszą wodę. Liczyłem na to, że tym sposobem uda mi się złowić z napływu kilka ryb, bo jeżeli którąś z nich zatnę blisko brzegu, to ona nie wypłoszy tych, które pływają głębiej i dalej. I rzeczywiście, złowiłem z napływu trzy okonki.

Później obławiałem drugą rafkę, ale bez skutku. Wróciłem na pierwszą i znów łowiłem z napływu. Poczułem na kiju dużą rybę. Szła pod prąd. Myślałem, że to ładny kleń, tymczasem była to półtorakilowa brzana.

W drugim dniu łowiłem w miejscu, w którym nikogo przede mną nie było. Przedzierałem się tam przez gęste chaszcze. Dotarłem nad rzekę, w zasadzie strumyczek uchodzący do Wisły. W takich miejscach zawsze kręci się drobnica i podchodzą drapieżniki, postanowiłem dokładnie je obłowić. Zobaczyłem, że jakiś drapieżnik płoszy drobnicę i posłałem tam 3,5-cm wobler. W drugim rzucie poczułem delikatne przytrzymanie, a po zacięciu spory opór. Ryba z dużą szybkością poszła pod prąd, kiedy się zatrzymała nie chciała pójść w moją stronę, tylko przez pięć minut krążyła w jednym miejscu. Byłem pewny, że podobnie jak dzień wcześniej zapiąłem brzanę. Dopiero pod nogami zobaczyłem dużego jazia. Kiedy mnie zobaczył, wyszedł na powierzchnię, zaczął szarpać pyskiem i wytrzepał z niego wobler.

Grzegorz Sternik Ćmielów
Na tym odcinku Wisły łowiłem już wiele razy, bo często odbywają się tu zawody spiningowe. Z góry wiedziałem, że jedynym sensownym łowiskiem jest opaska. Na białego twisterka długości 5 cm podawanego na żyłce 0,18 mm złowiłem przy niej kilka okonków. Jeden duży uciekł mi przy podbieraniu.

Widząc, że okonie prawie nie biorą, zająłem się kleniami, z których ta opaska słynie. Przynętą był 3-centymetrowy zielono-biały wobler. Nad wędkarzami, którzy byli tu po raz pierwszy, miałem przewagę, bo wiedziałem, że część opaski znajduje się pod wodą. Tego jej fragmentu nie widać, ale wiedziałem, gdzie go szukać. Okazało się, że nikt tam jeszcze łowił.

Przy skraju zatopionej opaski brań nie było, więc zacząłem stamtąd rzucać ukosem na napływ zatopionej główki. Liczyłem nie tylko na klenie, ale i na wszelkie inne drapieżniki. Już po kilku rzutach miałem branie, najprawdopodobniej był to szczupak, ale mi błyskawicznie odpadł. W następnym rzucie wziął szczupak o długości 52 cm. Wyholowałem go bez trudu, bo woblerka zabezpieczyłem bardzo cienką stalką. Na tym odcinku Wisły taka ostrożność jest konieczna. O półmetrowego szczupaka tutaj trudno, ale małych jest sporo. Szkoda ich męczyć obciętymi woblerkami, szkoda też tracić przynęty.

Jacek Moćko
Busko-Zdrój
Przyjechałem tu z takim zamiarem, że będę łowić bolenie, klenie i jazie. Tymi trzema rybami zazwyczaj wygrywa się tu zawody spiningowe. Szedłem lewym brzegiem w górę rzeki. Po godzinie marszu znalazłem kilka ciekawych płycizn. Przez gruby żwir przelewała się po nich bystra woda. Jeszcze przedzierałem się przez wiklinę, kiedy chlapnął boleń. Nie widziałem gdzie, ale szybko wypatrzyłem najbardziej prawdopodobne miejsce. Żeby tam dorzucić, wszedłem w woderach do wody.

Na wędce wisiał już specjalnie na tę okazję przygotowany 6-centymetrowy srebrzysty wobler Stork. Trzonki jego kotwiczek owinąłem ołowianym drutem. Dzięki temu mogę go daleko rzucić i prowadzić bardzo szybko, bo nawet wtedy trzyma się prosto. Łowiłem szesnastką. Boleń wziął w drugim rzucie dokładnie w miejscu, które przewidziałem. Uderzył w momencie, kiedy przytrzymany w nurcie wobler spływał wzdłuż piaskowej łachy.

Robert Zollner
Nowa Dęba
Miałem upatrzoną główkę, przez którą nawet podczas niżówki przelewa się woda, ale tym razem był tam piasek. Stanąłem powyżej główki i obławiałem jej szczyt 4-cm woblerem własnej roboty. Po 10 minutach wziął boleń. Uderzył tuż pod nogami. Miałem już w torbie dowód, że bolenie żerują, więc poszedłem obławiać pobliskie piaszczyste przykosy. Niestety, bicia boleni nie było tam widać. Zszedłem więc 6 – 7 km w dół rzeki. Są tam piękne długie tamy, a w nich sporo szczupaków. Nie żałowałem długiego marszu. Szczupaki żerowały w najlepsze.

Założyłem cienką plecionkę i stalkę, a jako przynęty użyłem wiele razy sprawdzonego woblera. Na obrzucenie trzech dobrych miejsc miałem tylko półtorej godziny. Najpierw szukałem ryby na napływie, potem na przelewie, a na koniec na skraju warkocza i w stojącej wodzie za główką. Złowiłem jednego szczupaka. Stał przy samym szczycie główki, na skraju nurtu.

Marek Kulesza
Ostrołęka
Ryby żerowały bardzo słabo. Wypatrywałem boleni. Zaczęły uderzać dopiero wtedy, gdy słońce schowało się za chmury. Zaraz potem spadł obfity deszcz. Było to pół godziny przed końcem zawodów. Żerowały na środku rzeki na wprost mnie. Po twardej piaskowej łasze udało mi się wejść na tyle daleko w nurt, że byłem w stanie dorzucić do nich przynętę. Był to 9-cm srebrzysty wobler podarowany mi przez Piotrka Mołdocha z Zamościa.

Wkrótce miałem uderzenie. Boleń zaatakował, gdy tylko wobler upadł na wodę. Ważył 1,5 kg. Po wyholowaniu próbowałem złowić następnego, ale bolenie były już spłoszone i nie reagowały na moją przynętę. Były znacznie większe od tego, którego miałem już w torbie, i pewnie dlatego bardziej ostrożne. Brakowało mi też czasu. Gdybym miał jeszcze z pół godziny, pewnie złowiłbym jeszcze jedną sztukę.

Radosław Gałat
Szczecin
Najlepsze miejsca zajęli już rano gruntowcy, a pozostałe przełowili spiningiści. Dlatego postanowiłem poszukać takiego miejsca, gdzie jeszcze nikt nie łowił. Poszedłem w największe chaszcze. Znalazłem niewielką główkę, do której nie wiodła żadna ścieżka. Pokonanie stu metrów zajęło mi pół godziny, a jeszcze musiałem przy tym uważać, żeby przedzierając się przez suche trzciny nie wypłoszyć ryb.

Ten trud opłacił mi się sowicie. Kryjąc się za zielskiem, stanąłem u nasady główki. Na wędce miałem 7-centymetrowego woblera własnej roboty. Był podobny do uklejki. Żeby przy szybkim prowadzeniu dobrze trzymał się pod powierzchnią, wkleiłem mu pod ster pasek ołowiu. Pierwszy rzut na napływ przyniósł mi szczupaka. Chwilę odczekałem i rzuciłem z drugiej strony główki. Natychmiast uderzył boleń. Dwa rzuty i dwie dobre ryby! Po dłuższej chwili wypatrzyłem dużego bolenia, który żerował na końcu warkocza. Żeby do niego dorzucić, musiałem wejść na główkę. Jeden – dwa rzuty, a potem boleń zapadał w głąb albo odchodził poza zasięg wędki. Wracał po półgodzinie i po kilku rzutach znowu odchodził. Na pocieszenie złowiłem drugiego, ale wypadł mi z siatki, kiedy się w drodze powrotnej przedzierałem przez krzaki. Widać nie był mi pisany.

Relację przygotowali:
Szymon Ciach,
Wiesław Dębicki,
Jarosław Kurek,
Wojciech Sobota

Poprzedni artykułRYDWAN
Następny artykułLESZCZ NA UPATRZONEGO

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments