piątek, 7 października, 2022
Strona główna Grunt NAJGORSZA ZNACZY NAJLEPSZA

NAJGORSZA ZNACZY NAJLEPSZA

Późną jesienią, od początków października aż do nastania silnych mrozów, spędzam razem z kolegą prawie każdy wolny wieczór na miętusowym łowisku, najczęściej na Dunajcu. Czekaliśmy na jak najgorszą pogodę, kiedy szalała śnieżyca, wiało albo chlapało deszczem i śniegiem. Wyniki były pewne.

Najlepiej, kiedy takiej paskudnej pogodzie towarzyszyła mętna woda. Mogło to być naturalne zmącenie po deszczach, ale wodę mogły też mącić pracujące kilka kilometrów wyżej spychacze. Wtedy miętusy brały znakomicie. Duże znaczenie miał też poziom wody w rzece. Najlepiej, kiedy był średni i stabilny lub gdy bardzo wolno opadał. Jeżeli poziom był wysoki, rzeka przybierała, a woda była mocno zmącona, miętusy nie brały nawet podczas jesiennej szarugi.

Najlepsze brania były późnym wieczorem. Pierwsze miętusy wyciągaliśmy jeszcze przed zmierzchem, a potem żerowanie coraz bardziej się nasilało. Ale nad wodę wybieraliśmy się już późnym popołudniem, żeby zawczasu obejrzeć stanowiska, nałowić ryb na przynętę, naszykować wędki i przypony. Duże miętusy grasowały w ławicach i przeczesywały łowisko regularnie co kilkadziesiąt minut. Jest to bardzo widowiskowe. Kilku wędkarzy łowi obok siebie. Na brzegu ustawili rzędem sześć, czasami osiem wędek. Branie jest najpierw na pierwszej wędce, potem na drugiej, trzeciej i tak po kolei aż do ostatniej. Czasem w ciągu jednego wieczoru takie serie brań powtarzały się kilka razy. Gdy zapadły zupełne ciemności, brań było już mniej. Ustawały zwykle około godziny 21.

Nie zawsze brały duże miętusy. Najwięcej łowiliśmy takich, które miały po mniej więcej 40 cm. Te żerowały inaczej, nie pływały też ławicą. Można to było poznać po ataku na przynęty. Brania były pojedyncze i bardzo zdecydowane. Duże chwytały przynętę spokojniej.

Miętusy brały zawsze w tych samych miejscach. Najczęściej były to głębokie opaski między główkami, z dnem żwirowym lub kamienistym. Nigdy nie złowiłem miętusa na mule ani na piasku. Najlepsze były łowiska pokryte głazami i plątaniną faszyny. Im więcej zaczepów, tym lepsza miejscówka. Oczywiście rwało się tam niemiłosiernie. Na jeden wieczór szykowaliśmy przynajmniej po dziesięć przyponów. Po zerwaniu zestawu, a także po wyjęciu głęboko zaczepionego miętusa, nie traciliśmy czasu na wiązanie haczyków, tylko zakładaliśmy nowy przypon. Zapas przyponów z nałożonymi już na haczyki przynętami rozkładałem na jasnej ścierce tuż obok siebie.

Stosowaliśmy zestawy możliwie najprostsze. Gruntowe wędziska z kołowrotkami, żyłki główne 0,30 mm, kuliste przelotowe ciężarki o wadze 20 – 50 g i przypony z żyłki 0,25 mm długości od 20 do 50 cm. Krótkie przypony stosowaliśmy tam, gdzie było bardzo dużo zaczepów. Dłuższe przypony są jednak lepsze. Mniej płoszą miętusy, bo przynęta, poruszana nurtem, zachowuje się bardziej naturalnie, a w dodatku penetruje większy obszar dna. Ponieważ stosowaliśmy duże przynęty, pasowały do nich haczyki od nr. 2 do 2/0.

Przynętą były przede wszystkim rybki. Uklejki mające po 5 – 7 cm zakładaliśmy w całości, większe ryby cięliśmy na filety. Filet nie mógł za bardzo wystawać poza haczyk, bo wtedy trafiały się puste zacięcia. Miętusom bardzo smakowały filety z kleni, ale najlepiej brały na kiełbie. Rybki te często znajdowaliśmy w ich żołądkach.

Zawsze łowiliśmy na ryby świeżo złowione. Miętusy mają tak znakomity węch, że nawet lekko podstarzała przynęta już ich nie interesuje. Z łatwością wyczuwały też inne nieprzyjemne zapachy. Ponieważ w tych czasach paliłem papierosy, przed zakładaniem przynęty dokładnie myłem ręce wodą i przecierałem ziemią, żeby na przyponie lub haczyku nie zostawiać zapachu tytoniu.

Na wypadek, gdyby się nie udało nałowić rybek na przynętę, braliśmy ze sobą rosówki, czerwone robaki, wieprzową wątróbkę lub inne tego typu mięsne smakołyki. Miętusy pożerały dosłownie wszystko. Nieraz z powodzeniem łowiliśmy je na złapane po drodze żaby (wówczas jeszcze nie były pod ochroną) albo wygrzebane z darni ślimaki.

Złowione miętusy były patroszone, a ich wnętrzności, łącznie z wątróbką, przeznaczane na przynętę i zanętę. Razem z czerwonymi robakami siekaliśmy je na drobne kawałki i wkładaliśmy do obciążonej kamieniem ażurowej siatki po owocach. Taka siatka z zanętą, podrzucona w pobliże zastawionych wędek, potrafiła zdziałać cuda. Miętusy zaczynały ostro żerować i brania mieliśmy znacznie częściej niż siedzący obok inni wędkarze.

Pomimo swojej żarłoczności miętusy są płochliwe. Dlatego chodząc po brzegu staraliśmy się stąpać cicho i nie łamać patyków. Oszczędnie używaliśmy też latarek. Nie było mowy, by świecić na powierzchnię wody. Jeżeli paliliśmy ognisko, to w zagłębieniu tak osłoniętym od strony rzeki, żeby blask ognia nie padał na wodę. Nieraz przyszło nam zmarznąć i wrócić do domu bez ryby, ale urok tych wieczorów nad Dunajcem był niepowtarzalny. Szkoda, że coraz trudniej o dobre łowisko na jesienne wieczory.

Zbigniew Tomana
Kraków

Zanim nastaną przymrozki przekopuję ogródek w poszukiwaniu dżdżownic. Te zwykłe ziemne robaki, blade i niezbyt żywotne, są doskonałymi przynętami na miętusy. Przez pewien czas łowiłem miętusy na pęczki czerwonych robaków lub dendrobeny kupione w sklepie. Wyniki miałem mizerne. Doszedłem do wniosku, że miętusom przeszkadza ostry, nieprzyjemny zapach, jaki one wydzielają. Powróciłem więc do robaków wykopanych w ogródku. Wtedy brań miałem o wiele więcej.

Później, w innych porach roku, sprawdzałem, czy ta sama reguła potwierdzi się podczas połowu innych ryb, np. jazi i okoni. Zawsze robaki wykopane z ziemi były zjadane chętniej niż te, które pochodziły z hodowli. Zapas dżdżownic przechowuję zimą w piwnicy, w wiaderku wypełnionym płatami darni.

Paweł Grzesiak
Busko-Zdrój

W połowie lat dziewięćdziesiątych, podczas wyprawy na dunajeckie miętusy, spotkałem w Bogumiłowicach wędkarza, który łowił inaczej niż wszyscy. Często zmieniał miejsce, a na nowym stanowisku stale przerzucał wędki. Nietypowe w jego łowieniu było jeszcze i to, że nęcił miętusy wabikiem uwiązanym na długim kiju.

Z początku myślałem, że na końcu sznurka jest umieszczona w siatce wątróbka lub posiekane rosówki. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem, że obciążony ołowiem sznurek jest ubrany, jak choinka, blaszkami, kapslami i kawałkami mosiężnych rurek. Wszystko to, przymocowane na krótkich troczkach, przy potrząsaniu w wodzie bardzo głośno dzwoniło i szczękało.

Gdybym był rybą, uciekałbym przed tym hałasem na kilometr. A jednak wędkarz ten miał już w torbie kilka miętusów, mimo że co chwila dzwonił tym wabikiem tuż przy zarzuconej wędce. W dodatku przekonywał mnie, że taki wabik, nazywany przez niego kamarem, doskonale wabi miętusy, kiedy one słabo żerują. Twierdził, że w ten sposób łowi od lat i prawie zawsze ma lepsze wyniki niż inni wędkarze.

Zbigniew Tomana

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments