czwartek, 29 września, 2022
Strona główna Spinning MOIMI WOBLERAMI KIERUJE WODA

MOIMI WOBLERAMI KIERUJE WODA

Odkąd p. Zdzisław Wysokolski z Goleniowa przeszedł w stan zawodowego spoczynku – a stało się tak zaledwie kilka lat temu – może się całkowicie oddawać pasji wędkowania. Zaczął też dla własnych potrzeb strugać woblery. Dzisiaj, kiedy z nim rozmawiam, aż się wierzyć nie chce, że w tak krótkim czasie posiadł tak dużą wiedzę o tych przynętach.

Przez Goleniów płynie Ina. To jedna z ciekawszych pomorskich rzek. Szybki nurt, wiele bystrzy, równie wiele zastoin, szczególnie tam, gdzie są liczne meandry. Gdzieniegdzie rzeka przedziera się przez las, częściej jednak płynie pośród podmokłych łąk w dużej pradolinie. Pod głównym nurtem zawsze są kamienie lub żwir, ale że bieg rzeki jest prawie naturalny, tuż obok na dnie odkładają się piaskowe wymiały lub namuły. To bogactwo środowisk decyduje o różnorodnym rybostanie. Oprócz ryb prądolubnych jest także dużo sandaczy i leszczy. Ale królową Iny jest troć.

Rzece tej daleko do popularności Regi, nie mówiąc o Parsęcie albo Słupi, chociaż trocie są i były w niej zawsze. Dopiero jednak w ostatnich kilkunastu latach ich ilość znacznie się zwiększyła. Więcej też pojawia się wędkarzy, którzy w styczniu polują na kelty. Najczęściej są to miejscowi, niewielu przyjeżdża ze Szczecina, bardzo rzadko spotyka się wędkarzy z poza tego regionu.

Dla spiningisty Ina jest bardzo trudna, bo przynęta nie ma tu gdzie rozwinąć swoich lotów. W miękkich łąkach rzeka wyrzeźbiła głęboką rynnę. Wzdłuż brzegów rosną olchy i wikliny. W takiej rzece ryby przebywają w miejscach najgłębszych lub pod nawisami krzewów, które w wodzie moczą swoje gałęzie. I trzeba nie wiadomo jakiej przynęty, żeby chociaż przez chwilę defilowała obok dobrych stanowisk. Ciężkie przynęty, owszem, się nadają, nie zawsze jednak ryby chcą w nie uderzać. Ale przecież rynny to nie jedyne miejsca, w których się ryby spotyka. Są również bystrza i spowolnienia nurtu. Jednym słowem jest duża rozmaitość łowisk, a w takich warunkach najlepszymi, chociaż nie uniwersalnymi przynętami, są woblery. Ale o nich niech już mówi p. Zdzisław.

Woblery kupowane w sklepach mają dwie istotne wady. Po pierwsze są drogie, a po drugie niedopasowane do łowiska. Tego się od razu nie zauważa. Dopiero gdy się długo łowi w jednej rzece, widać, że inne też by się przydały. W sklepach nie ma dużego wyboru. Zamiast więc szukać potrzebnych mi woblerów tracąc przy tym czas i pieniądze, sam zacząłem je robić.

Pierwsze woblery łatwo zrobić. Problemy zaczynają się później, kiedy się ich robi coraz więcej. Wtedy zauważa się różnice. Widać też, że w jeden wobler ryby biją, a do drugiego nawet nie podpływają. Chce się więc robić coraz lepsze. A lepsze to nie znaczy ładniejsze, chociaż to też ma znaczenie.

Do wprawy dochodzi się niejako automatycznie. Z niekształtnego kawałka lipowego drewna wychodzą coraz to ładniejsze korpusy, kolejne malunki też są coraz lepsze. Nabiera się doświadczenia w mieszaniu farb, doborze odpowiednich lakierów itd. Ale to jest druga sprawa. Pierwsza jest akcja.

Kiedy do tego doszedłem, to nawet kilka razy przerabiałem stery. Rzekę mam kilkadziesiąt metrów od bloku, w którym mieszkam. Bywało więc, że żona już podawała obiad, a ja jeszcze na krótką chwilę wyskakiwałem nad wodę, żeby przetestować przerobiony właśnie wobler. Pożądany skutek dają nieraz bardzo drobne korekty, ale w zasadzie dotyczą one tylko steru. Uszkiem do mocowania żyłki można tylko wobler ustabilizować, żeby się w wodzie nie wywracał na boki.

Jeżeli akcja woblera mi nie odpowiada, to przede wszystkim pilnikiem zwężam ster. Dzięki temu akcja staje się drobniejsza. Skrócenie steru powoduje, że wobler płycej się zanurza. Akcję woblera można też zmienić umieszczając ster bliżej oczka do żyłki lub dalej od niego. Dla mnie jednak jest najważniejsze, żeby wobler nie chodził jak po sznurku. Ma nim sterować woda. Ma iść drobnym ściegiem (amplituda odchyleń ogona powinna być niezbyt duża – przyp. red.) i każdy, nawet najmniejszy, niezauważalny prąd wody ma go ponieść w jedną lub drugą stronę.

Ale o tym, czy wobler będzie tak właśnie pływał, decyduje nie tylko ster, lecz także obciążenie. Do każdego woblera wkładam kawałki ołowiu. Z początku umieszczałem je jak najniżej, bo takie woblery były bardzo stateczne. Później ołów wkładałem coraz głębiej w korpus, by był jak najbliżej grzbietu.

Tym sposobem uzyskałem coś, co można by określić jako twórczą niestabilność. Kiedy wobler nie jest jeszcze uzbrojony i położę go na wodzie, to nigdy nie będzie leżał grzbietem do góry. Właściwą pozycję przyjmuje dopiero wtedy, gdy dopnę do niego kotwiczki. To jest bardzo krucha stabilizacja, więc żeby go przysposobić do łowienia, bardzo dokładnie wklejam ster i reguluję ustawienie uszka. Wobler nadal zachowuje pewną niestabilność, ale właśnie ona sprawia, że każdy prąd wody lub szarpnięcie wędką trochę zmienia jego akcję. Inaczej rusza ogonkiem, zaczyna lustrować, odpływa w bok itp. Wykonuje więc takie ruchy, które drapieżną rybę prowokują do ataku. Dla mnie zrobić wobler to godzina, ale żeby go dostroić, to czasem nawet trzy wyprawy na ryby nie wystarczą.

Nie ma woblerów uniwersalnych, to znaczy takich, które są dobre o każdej porze roku i wszelkie ryby da się na nie złowić. Mogę zrozumieć, że jakiemuś ich gatunkowi nie odpowiada wielkość woblera, natomiast nie wiem, dlaczego duże znaczenie ma również jego kolor.

Na woblery 7 – centymetrowe można łowić trocie, łososie i pstrągi, ale na jazie one już się nie nadają. Na jazie robię woblery, które są przynętami pierwszego rzutu. Są małe, 3 -centymetrowe, podobne do owadów. Kiedy wypatrzę oczkujące jazie, taki właśnie wobler im podaję. Atak następuje zwykle wtedy, gdy tylko przynęta dotknie wody. W ten sposób często też łowię klenie. Ale kiedy kolor woblera im nie odpowiada, to nawet do niego nie podpłyną.

Zrobiłem wobler z cienkim i długim korpusem, przypominający pijawkę. Pomalowałem go na czarno. I nagle tam, gdzie dotąd łowiłem tylko jazie, zaczęły brać także szczupaki. Nawet nie wiedziałem, że one tam są. Pijawka była dobra bodaj przez miesiąc, także w wielu innych miejscach. I nagle jak nożem uciął, nic na nią nie mogłem złowić. Za rok okazała się ponownie skuteczna i to niemal w tym samym czasie, w drugiej połowie maja.

O swoim wędkowaniu mogę powiedzieć tak: nie łowię na dziko. To znaczy, że poluję na ryby konkretnego gatunku, a wcześniej staram się jak najlepiej je poznać. Głębokiej wiedzy dostarcza nauka, bardzo wiele o rybach wiedzą sami wędkarze, ale ryby i tak potrafią nas zaskakiwać. Najciekawsze dla mnie są godziny ich żerowania, a w pracach naukowych nic o tym nie znalazłem. W różnych łowiskach jest z tym rozmaicie, ale w Inie to według żerowania zegarki można regulować. Ryba puknęła w przynętę albo się zapięła i jednocześnie słyszę kościelne dzwony. Jest więc południe. Druga pora żerowania przypada na czas między czwartą a piątą po południu. Owszem, rano też złowiłem wiele ryb, ale to były pojedyncze sztuki i zapewne wzięły tylko dlatego, że wobler przepłynął im tuż koło pyska.

Jeszcze trochę o tym, jak łowię woblerem. Powiedzmy, że poluję na trocie. Woblery na połowy letnie i zimowe akcję mają podobną. Prowadzę je też w tym samym tempie, tzn. bardzo wolno. Inne są natomiast miejsca, w których trocie mogą się znajdować, bo inny jest poziom wody i jej natlenienie. Zawsze jednak jest to woda głębsza i przeważnie zacieniona. Cień mogą rzucać krzaki lub korzenie nadbrzeżnych drzew, ale także uskok dna znajdujący się przy głębszej rynnie. Dlatego trzeba też patrzeć, z jakiego kierunku na rzekę pada słońce.

Zaczynam łowić woblerem, który nie schodzi głęboko. Rzucony pod drugi brzeg spływa na lekko napiętej żyłce. Skręcam ją bardzo powoli, czasem nawet tylko oddaję z kołowrotka. Jeżeli prąd wody jest silny, to spływający wobler cały czas się rusza. Później zakładam taki, który pływa trochę głębiej (nigdy jednak nie używam woblerów, które szorują po dnie). Czasami branie jest już w pierwszym rzucie po zmianie. Z jednego miejsca rzucam kilkanaście razy. Niekiedy przytrzymuję przynętę w jednym miejscu, ale nie dłużej niż pół minuty. Tę sztuczkę stosuję tylko tam, gdzie wobler wpływa pod gałęzie nadbrzeżnych krzewów.

Gdy się często łowi w tej samej rzece, to łatwo zapamiętać, gdzie ryby najczęściej biorą. Tym miejscom zawsze poświęcam więcej uwagi. Ale i w tym jest coś zastanawiającego. Wiele bowiem razy ryb w nich nie mogłem złowić, brały natomiast tam, gdzie nigdy przedtem ich nie spotkałem. Może dlatego, że przede mną łowił tam ktoś inny? Pewności nie mam. Ale wiem jedno: w rzece nie ma miejsc lepszych i gorszych. Wszędzie można złowić jakąś rybę.

Zdzisław Wyskolski
Notował wd.

Poprzedni artykułNA KLENIE
Następny artykułJAZIE Z WISŁY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments