środa, 26 stycznia, 2022
Strona główna Lód OKONIE PRZEZ DUŻE „S”

OKONIE PRZEZ DUŻE „S”

Czorsztyński zbiornik zaporowy jest dość młody (napełniono go w roku 1997), ale tzw. wysyp okoni ma już za sobą. I chociaż wiele dużych sztuk już z niego wyłowiono, pozostało ich jeszcze sporo. Przekona nas o tym Przemysław Banach z Nowego Targu, z którym powędrujemy po czorsztyńskim lodzie.

Podwodna topografia zbiornika nie ma dla Przemka tajemnic. Prawie dzień po dniu obserwował teren zalewany spiętrzanymi wodami Dunajca. Wcześniej poznał niemal każdy kamień na jego brzegu. Jest bowiem doskonałym spiningistą i przez wiele lat polował tu na głowacice, a będąc policjantem, przez kilka sezonów patrolował zbiornik pływając po nim motorówką. Wie zatem dobrze, że jest to łowisko rybne, ale zarazem bardzo niebezpieczne. Wieją tu bardzo silne wiatry, które przyczyniły się już do niejednej tragedii. W bliskiej okolicy rozbijają się o lasy i skały, wytracają impet na nierównościach terenu, ale po tafli zbiornika hulają jak po stolnicy. W okamgnieniu ze spokojnej wody robi się żywioł nie do okiełznania, któremu żadna łódka nie jest w stanie się przeciwstawić.

Więc nie o rybach zaczyna Przemek opowiadać, kiedy już stoimy nad brzegami zbiornika. Przestrzega. Radzi, by pierwszy raz na czorsztyński lód wybierać się z kimś, kto jest z tym łowiskiem obeznany. Zimą wiatry są tu równie groźne jak latem, ale dochodzi jeszcze spuszczanie wody – przecież to zbiornik zaporowy! – i oparzeliska, powstające za przyczyną wody przesączającej się przez grunt. Taki miejscowy przewodnik wskaże też, gdzie najlepiej zapuścić wędkę.

Teraz możemy już wysłuchać jego opowieści o czorsztyńskich rybach pod lodem…

o Łowienie okoni zaczynałem od blaszki. To był najlepszy sposób zaraz po zalaniu zbiornika. Okoni było bardzo dużo, były wszędzie. W dodatku cały czas się przemieszczały. One pływały pod lodem, my – bo łowiłem z kolegami – chodziliśmy za nimi po lodzie. To świetne wędkowanie. Robi się dziurę w lodzie i spuszcza błystkę. Kilka ruchów na różnych poziomach i jeżeli brań nie ma, znowu kilkanaście kroków przed siebie. Kiedy któryś z nas trafiał na stado, wierciliśmy dziury obok niego. Wtedy małych okoni się nie łowiło. Gdy trafiliśmy na ławicę, w której przeważały dwudziestaki, zostawialiśmy ją w spokoju i szukaliśmy większych.

Ten sposób dawał też dodatkową korzyść: wzbogacał wiedzę o zbiorniku. Wprawdzie przed zalaniem cały ten teren dobrze znałem, ale woda ciągle coś zmienia. Cały czas płynie, a jej uciąg jest nierzadko całkiem spory. Jedne więc miejsca pokryły się mułem, inne zostały odsłonięte. Tam, gdzie przed zalaniem był humus, teraz jest żwir, z którego wystają spore otoczaki.

Znajomość zbiornika okazała się szczególnie ważna, kiedy okoni zaczęło ubywać. Wielu wędkarzy się zniechęcało. Narzekali. Przywykli do tego, że gdziekolwiek usiedli, tam okonie były, a każdą złowioną sztukę zabierali do domu. Dzisiaj w czorsztyńskim zbiorniku brakuje zwłaszcza takich okoni, które mają po 25 – 30 centymetrów. To dlatego, mówią niektórzy, że w przeszłości nie udało się jakieś tarło. Być może, wiem jednak, że nieokiełznany wędkarz też potrafi zrobić w wodzie spore spustoszenie. Okonie rosną bardzo wolno. Kiedy wędkarze łowili najwięcej, dzisiejsze trzydziestki miały po 15 – 18 cm. Wtedy każdego dnia z pierwszego lepszego miejsca można ich było złowić kilka kilogramów. Później okonie – a było ich już znacznie mniej – zaczęły się trzymać tylko dogodnych miejsc. Dla wędkarzy, którzy dno znają słabo, stały się nie do złowienia. Ja i moi przyjaciele na brak dużych okoni się nie skarżymy. Łowimy je, bo wiemy, jakie miejsca okonie lubią, wiemy też, gdzie takie miejsca w zbiorniku się znajdują.

W doborowej kompanii, w której nikomu nie zależy na tym, żeby złowić dużo, wiedzę zdobywa się szybko. Mimo to dwa lata starałem się złowić spod lodu okonia, który by ważył więcej niż kilogram. Dziś łowię o wiele większe, ale satysfakcja z takiego wyczynu nadal jest duża, nawet bardzo duża. Takich okazów nie łowię bowiem od przypadku do przypadku. O tych rybach mogę powiedzieć, że ich nie złowiłem, tylko wypracowałem. Musiałem wiedzieć, czy tego dnia jest korzystna pogoda (inna o każdej porze roku), jakie wybrać miejsce (to zależy m.in. od poziomu wody w zbiorniku), odpowiednio podać właściwą mormyszkę.

Przez kilka lat nasze doświadczenia się sumowały. Poznawanie zbiornika zaczynaliśmy od łowienia na blaszki. Kiedy jeden z nas złowił okonia, drugi obok wiercił dziurę. Posuwaliśmy się krok po kroku za okoniami. Jeżeli kilka nowych dziur nie dawało ryby, wierciliśmy następne, ale już w innym kierunku. Gdy po jakimś czasie odwracaliśmy się za siebie, trasa naszej wędrówki była widoczna jak na dłoni. Ślady na śniegu pokazywały, w których otworach okonie brały, a których nie obławialiśmy zbyt długo, bo ryb w nich nie było. Co ciekawe, otwory obfitujące w rybę nigdy nie tworzyły linii prostej, lecz układały się w dużą literę “S”. To było regułą. A przecież łowiliśmy w wielu rewirach zbiornika. Niemal na każdej wyprawie pokonywaliśmy po kilka kilometrów i czasami nawet dwa razy dziennie stwierdzaliśmy ze zdumieniem, że znów linia występowania okoni, z jakiegoś podwodnego powodu, była wygięta jak “S”.

Żeby lepiej poznać wszystkie okoliczności, zaczęliśmy sondować te przeręble, w których okoni było dużo. Okazało się, że najlepsze łowiska zawsze sąsiadowały z jakimś wzniesieniem dna, choćby niewielkim, o niezbyt ostrych krawędziach. Z czasem poznawaliśmy także inne prawidłowości. M.in. zauważyliśmy, że te najlepsze miejsca są bardzo łatwe do przełowienia i że powinno się do nich powracać dopiero po kilku tygodniach. Stwierdziliśmy też, że jeżeli końcówka tej umownej litery, pisanej na lodzie przeręblami, ma jakąś wyraźną anomalię (skupisko kamieni, zatopiony krzak lub karcz itp.), to właśnie tam są największe okonie. Im bliżej tej anomalii, tym wyraźniej rosła waga łowionych ryb. I jeszcze jedna ważna właściwość owej litery “S”. Ona nigdy nie określała jednakowej głębokości. Wyłącznie występowanie ryb.

Podlodowa błystka pozwala szybko rozpoznać strukturę dna (twarde, miękkie). Jeżeli zaś będziemy liczyć, ile zwojów żyłki odwija się ze szpuli kołowrotka zanim przynęta osiądzie na dnie, to łatwo i z dokładnością do kilku centymetrów odtworzymy sobie w wyobraźni jego konfigurację. Z zapamiętaniem atrakcyjnych miejsc nie ma problemu, bo na brzegach jest wiele stałych charakterystycznych punktów odniesienia. Błystka nie pozwala natomiast precyzyjnie obłowić leżących na dnie karczy i kamieni. To można zrobić tylko mormyszką.

Długo nie mogłem się do mormyszki przekonać. Wydawało mi się, że to sposób nudny, bo mało dynamiczny. Każdemu wywierconemu otworowi musiałem poświęcać o wiele więcej czasu niż gdybym go obławiał błystką. Z czasem jednak używanie mormyszki stało się koniecznością. Okoni ubywało, a wiele dobrych łowisk powoli się zamulało. Spore do niedawna połacie twardego dna stale się zmniejszały, aż pozostały z nich tylko kupki kamieni lub kilka wystających z mułu karczy.

Właśnie wtedy się przekonałem, że błystka nie jest tak precyzyjna jak mormyszka. Na przykład przy obławianiu karcza. Błystką złowiłem jednego sporego okonia, później miałem co najwyżej delikatne stuknięcia w przynętę. Mormyszką, z takiego samego miejsca, wyłuskiwałem kilka sztuk. Ale też dopiero teraz się okazało, ile korzyści dały stosowane poprzednio błystki. Duży obszar dna miałem ostukany, więc żeby znaleźć okonie, wystarczyło mi kilka minut. Pole poszukiwań było bowiem ograniczone do kilku metrów. Inni musieli przeszukiwać hektary, bo tam, gdzie im kiedyś brały okonie, dzisiaj leżała warstwa mułu.

Teraz, kiedy dno się w znacznym stopniu ustabilizowało, widać wyraźnie, że okonie trzymają się swoich stałych miejsc. Kiedyś dużo pływały i trzeba je było ścigać. Dzisiaj wystarczy precyzyjnie podawać przynętę, by z jednej dziury wyłowić kilka ładnych sztuk. Jeżeli jednak trafi się z dziurą choćby metr np. od karcza, można nie złowić nic, nawet kiedy okonie dobrze żerują.

Okonie spotyka się też w miejscach pozbawionych zaczepów, gdzie kiedyś były łąki. Ale przebywają tam tylko krótko przed tarłem. Dlatego, gdy wiosna już blisko, zawsze tych miejsc pilnuję. Wywiercam dwie – trzy dziury, bo tyle wystarcza, żeby się przekonać, czy są tam okonie. Jeżeli są, to będą jeszcze przez kilka tygodni, a o złowieniu dużej sztuki zadecyduje tylko szczęście. W tym bowiem czasie okonie są przemieszane, duże z małymi. Tylko raz udało mi się wyjąć z jednej dziury samicę ważącą 1,55 kg, a zaraz po niej dwa mleczaki o wadze 1,05 i 1,1 kg. Ale takie połowy zostają w pamięci do końca życia.

Zawsze natomiast można spotkać okonie tam, gdzie kiedyś rosły krzaki lub drzewa i do dzisiaj pozostały po nich jakieś szczątki. Czorsztyńskie okonie nie trzymają się ostrych spadów i ich krawędzi. Lubią stać na blatach. Często są na nich rozproszone, ale jeżeli na blacie jest jakiś wystający karcz lub kamień, to dużego okonia można być pewnym.

Mój sprzęt to zwykła podlodowa wędka, do której dokręciłem stare shimano z dragiem. W tych bowiem kołowrotkach nie zawodzi hamulec, a to ważne, kiedy na cienkiej żyłce holuje się ryby, których waga przekracza czasami półtora kilograma. Kształt mormyszki nie ma dla mnie większego znaczenia, ważny natomiast jest jej ciężar. Musi on być idealnie dobrany do głębokości łowiska i sprężystości kiwaka. Kiwak nie ma prawa zwisać, kiedy mormyszka znajduje się na dnie. Musi zachować sprężystość, żeby można było wprowadzić mormyszkę w drobne drgania. Duże okonie bardzo tego potrzebują.

Istotny jest też jej kolor. O tym przekonałem się już nieraz, zwłaszcza podczas bardzo słabego żerowania. Nęcę wtedy jokersem. Taka zanęta jest dla okoni bardzo atrakcyjna i na pewno do niej przypłyną. Nawet jeżeli akurat nie żerują, to zwrócą uwagę na wijące się i pachnące robaki. Kiwak pokazuje wtedy lekkie trącenia. To dowód, że okonie są. Żeby je sprowokować do brania, nie trzeba dawać na haczyk więcej ochotki lub inaczej ją zakładać. Wystarczy podać mormyszkę w innym kolorze. Żółtą, fioletową, błyszczącą… któraś z nich okaże się najlepsza.

Doświadczenia własne i moich kompanów dowodzą, że najpewniejsze są te mormyszki, którymi nauczyliśmy się łowić. Każdy z nas ma inną mormyszkę i inną nadaje jej pracę. I każdy łowi ryby. Tak jest na każdej wyprawie.

Z czorsztyńskimi okoniami związana jest jeszcze jedna prawidłowość. Jeżeli w łowisku są małe okonie, to dużego się tam nie złowi. Wyjątkiem jest okres przedtarłowy, bo wtedy ryby różnej wielkości są ze sobą przemieszane. Dlatego zawsze zaczynam od przeszukiwania. Bywa, że okonie biorą niemal w każdej dziurze, ale tylko małe lub średnie. Także tam, gdzie kilka dni wcześniej łowiłem duże. Wtedy wiadomo, że na dużego okonia nie ma co liczyć. Nawet na szczęśliwy przypadek.

Przemysław Banach
notował Wiesław Dębicki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments