sobota, 29 stycznia, 2022

WIELE LAT TEMU…

Wędkarz nie wiedział, czy nadziana na haczyk kukurydza – rzucona w wodę jeszcze przy słońcu, kiedy mógł zobaczyć, jak opadła na wolny od zarośli skrawek dna – leży ciągle na żółtym piasku, bo przecież mogło się zdarzyć, że ją obskubała jakaś drobna rybka lub….

Zapadał ciepły, letni zmierzch. Nad wodą przemknęła ostatnia jaskółka. Jeszcze przez moment w powietrzu wibrował jej pożegnalny krzyk i nastała cisza. Przyczajony na brzegu starorzecza wędkarz wpatrywał się w coraz bardziej widoczne w tężejącym mroku zielone światełko spławika. Zatarły się kontury drzew po drugiej stronie wody, głosy z odległej wsi zdawały się coraz bliższe, łagodne podmuchy wiatru niosły pomieszane zapachy dojrzałych zbóż i słodkich lip. Wędkarz patrzył z niepokojem, czy aby spławik nie przesuwa się w bok, nie niknie wciągany w wodę przez jakąś przypadkową i całkiem mu teraz niepotrzebną rybę. Nie chciał tego, bo jakikolwiek plusk na wodzie mógł spłoszyć nadpływające ku nadbrzeżnej mieliźnie ostrożne i płochliwe Czerwone Oko. A czuł całym sobą, że jest Ono blisko – ale jeszcze w głębi, którą opuści dopiero z nastaniem pełnej, smolistej nocy.

Wreszcie szarość przeszła w czerń i wędkarz widział już tylko świecący spławik. Im dłużej się w niego wpatrywał, tym bardziej przypominał mu on zielonkawy i delikatnie lśniący brylant. Ten blask go niepokoił, bo mógł przecież ostrzec Czerwone Oko przed zasadzką. Było już jednak za późno, aby jakoś temu zaradzić. Miał nadzieję, że Ono wpłynie na płyciznę tuż przy brzegu, tam, gdzie od wielu dni rzucał garściami kukurydzę między kępy podwodnych roślin wyrastających z jasnego, piaszczystego dna. Teraz mógł tylko czekać i śledzić samotny w ciemności zielony punkt, a także wierzyć, że ta wypatrzona przed tygodniami Ryba istnieje i do niego przyjdzie…

…Wiele lat temu pewien chłopiec złowił w Warcie ogromną płoć. Przyniósł ją do wsi i wszyscy się dziwili, jaka to duża i niespotykana ryba. – Nie, takich płoci nie ma – mówili, kręcili głowami i grubymi, spracowanymi paluchami szturchali w łuski przypominające srebrne monety. – To pewnie bardzo duża jaźwica albo jakiś pomiot, do diabła z tym, daj to świniom – tak mu poradzili. Ludzie w końcu rozeszli się do własnych spraw i chłopiec już sam nie wiedział, co myśleć o swojej zdobyczy. I wtedy przyszedł do niego zgarbiony, zniszczony latami i bimbrem chłop, co życie spędził stawiając siatki i sznury w Warcie. Wziął wzgardzoną przez wieś rybę w dłonie, długo na nią patrzył i delikatnie odłożył na blat stołu. – Ino się nie ciesz, chłopak, bo to zły znak dla ciebie. Zabiłeś matkę wszystkich ryb w rzece, zabiłeś Czerwone Oko, coś ty narobił! – i nie czekając na odpowiedź, zniknął w otwartych drzwiach…

Wędkarz nie wiedział, czy nadziana na haczyk kukurydza – rzucona w wodę jeszcze przy słońcu, kiedy mógł zobaczyć, jak opadła na wolny od zarośli skrawek dna – leży ciągle na żółtym piasku, bo przecież mogło się zdarzyć, że ją obskubała jakaś drobna rybka lub niepostrzeżenie pożarł flegmatyczny lin. Najmądrzej było jednak nie ruszać niczego i tkwić wytrwale w tej gęstej czerni, pod niewidoczną kopułą z chmur. Patrzył na spławik.

Światełko jakby drgnęło. Położył dłoń na rękojeści wędziska. Spławik przesunął się odrobinę, znieruchomiał i z nagła począł odpływać w bok, drgać, podskakiwać. Wędkarz poderwał się ze stołeczka i szerokim, miękkim ruchem zaciął rybę. Opór, uderzenie w wędzisko, terkot kołowrotka, dziki taniec spławikowego światełka… Po paru sekundach wiedział, że to nie karp, który pomknąłby w czerń na dziesiątki metrów od brzegu, i nie leszcz, bo ten przewinąłby się tuż pod powierzchnią wody i bezradnie chlapnął ogonem. Czyżby to jednak ta wielka płoć, którą widział przez chwilę, kiedy sunęła tuż pod błyszczącą taflą starorzecza? Ryba szarpała mocno wędziskiem, odskakiwała na boki, wysnuwała żyłkę z kołowrotka, pozwalała ściągnąć na szpulę parę metrów żyłki i znów uciekała w ciemność. Zielone światełko spławika biegało to w lewo, to w prawo, topiło się w wodzie i wtedy zmieniało się w mglistą, drgającą kulę…

…Wtedy, przed laty, chłopiec został sam ze swoją rybą. Przez całą noc patrzył na nią, dotykał jej głowy i płetw, gładził łuski i odkrył, że pokrywa ją niewidoczna, ale wyczuwalna opuszkami palców – niby wata, niby chropowatość, coś, na co nie miał określenia. A kiedy przyszedł ranek, zakopał Czerwone Oko w ziemi, za stodołą…

Ryba się poddawała, była coraz bliżej brzegu, chlapnęła ogonem raz i drugi. Łowca, trzymając teraz wędzisko jedną ręką, wyciągnął z kieszeni kurtki latarkę i w jej świetle zobaczył coś, co się w wodzie srebrzyło i opalizowało. Jeszcze nie wiedział, czy to aby nie kleń lub leszcz. Schylił się więc… To była płoć! Ogromna, niewiarygodna, błyskająca czerwienią płetw, leżała tuż pod jego nogami, w błocie rozdzielającym wodę i ziemię.

Wygrał, miał tę rybę. Ukucnął i świecąc sobie latarką patrzył na zdobycz. Próbował ocenić jej wagę, długość, ale ani tknął ją palcem. Mógł ją zabić, wziąć do domu i rankiem sfotografować, zmierzyć i zważyć, a potem uzyskać to, co można by nazwać oficjalnym poświadczeniem połowu. Ale przecież to nie była zwykła, duża płoć, lecz bardzo stare Czerwone Oko, od wielu lat przemierzające toń wody, zapadające w głębie i cichymi nocami wpływające na płycizny. Kiedyś, tak bez prawdziwej potrzeby, zabił rybę i wziął ją do wsi, żeby się pochwalić. Nic na tym nie zyskał, a może bardzo wiele stracił…

Pochylony nad Czerwonym Okiem patrzył na rozwarty pysk, z którego wystawało żółte ramię haczyka. Ryba była zacięta czysto i wystarczał jeden jego ruch, aby ją uwolnić. Wędkarz nie zastanawiał się dłużej i delikatnie, dwoma tylko palcami wypchnął ten kawał zakrzywionego drutu z wargi starego zwierzęcia. Płoć – czy to wystraszona dotykiem, czy czując ulgę – nagłym ruchem ogona odbiła się od podłoża, rozchlapała wodę i błoto, błysnęła srebrem łusek i zniknęła w toni starorzecza. Wędkarz zgasił latarkę i nagle nie wiedząc, co dalej robić, stał bez ruchu na brzegu.

Poczęło mżyć. Bez pośpiechu spakował swój sprzęt i wolno ruszył do samochodu. Na skutek zmęczenia nie czuł radości z przygody, ale też nie żałował, że wypuścił rybę na wolność. Cóż z tego, że gdzieś tam nie ukaże się jego fotografia z wielką płocią? Przecież dobrze będzie pomyśleć czasami o Czerwonym Oku przemierzającym wody starorzecza, o starej Matce wszystkich ryb. Tych, które złowi, i tych, których nigdy nie napotka.

Stefan M. Krakowski

Poprzedni artykułLATO, TO KARPIE I BRZANY
Następny artykułPRZECZYCE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments