środa, 30 listopada, 2022
Strona główna Bez kategorii Opowiadanie ZMAMY SIĘ JAK ŁYSE KONIE

ZMAMY SIĘ JAK ŁYSE KONIE

W czasie pewnego gorącego lata siedzieliśmy wraz z przyjacielem przy stole przed wędkarskim domkiem popijając schłodzone piwo, a on opowiadał mi o początkach swojej przygody z rybami, którą zaczynał u boku starszego, doświadczonego spiningisty.

To było niemal w połowie listopada, mniej więcej przed trzydziestu laty. Przez tydzień przebywałem z tym wędkarzem nad jego ulubionym jeziorem, które przed nim nie skrywało tajemnic. Jezioro jeszcze nie zamarzło, za to zamarzały przelotki naszych spiningów i przymarzała do wędziska żyłka. Ku mojemu zdziwieniu (wcześniej przeczytałem trochę wędkarskiej chałtury) mój partner omijał stoki głębokich sielawowych akwenów i kotwiczył łódkę w dużej płytkiej zatoce. Jeszcze większe było moje zdziwienie, kiedy niemal codziennie w ciągu dwóch, najwyżej trzech godzin obaj łowiliśmy po 2 – 4 szczupaki. Były to przeważnie średniaki w granicach 1,5 – 2,5 kilograma.

Po dwa, zamrożone, zabraliśmy do domu, dwa albo trzy zjedliśmy na miejscu, zaś resztę zwróciliśmy naturze. Pamiętam to w miarę dokładnie, bo były to pierwsze w moim życiu tak obfite połowy, a młodzieńcza pazerność i chęć pochwalenia się wynikami w domu sprawiały, że z bólem serca wypuszczałem złowione ryby. Dziś wiem, że mój starszy kolega uczył mnie wówczas czegoś więcej niż tylko łatwego zdobywania mięsa. Dawał mi właściwy przykład postępowania i takiego samego stosunku do wędkarstwa oczekiwał ode mnie. Już wtedy stosował wyższy wymiar ochronny dla szczupaka (50 cm!), a poza tym był przeciwny połowom spod lodu i rozgrywania zawodów – jak mawiał – w zabijaniu, przede wszystkim ze względów etycznych, ale również dlatego, że na każdym kroku spotykał się z rozpasanym kłusownictwem, z rabunkową gospodarką rybacką i ze złodziejstwem samych rybaków.

Na łowisku przebywaliśmy każdego dnia krótko i tylko przed południem, resztę czasu przesiadywaliśmy w ogrzanym domku. Mój starszy kolega uwielbiał wieczory przy grzanym czerwonym winie, więc kiedy zasiadaliśmy do stołu, usiłowałem dowiedzieć się od niego jak najwięcej o wędkarstwie. Chętnie zapoznawał mnie z jeziorem i służył radami, ale nie odkrywał przede mną żadnych tajemnic. Z jego opowiadania wynikało, że łowił tak samo jak wszyscy: na tych samych łowiskach i przy użyciu takich samych przynęt. Jedynie późną jesienią, kiedy na ogół bywał tu sam, udawał się na odległe letnie łowisko, podczas gdy zjawiający się tu od czasu do czasu „obcy” spiningiści szukali szczupaków na stokach głębokich akwenów. Wyraźnie mnie rozczarował, czego nie starałem się ukrywać. Wszak mówiono o nim, że to najlepszy spiningista na tym jeziorze. Postanowiłem jednak cierpliwie czekać. Liczyłem na to, że przecież w którymś momencie się odkryje. I rzeczywiście. Pewnego wieczoru sięgnął do swojej przeszłości.

  • Kiedy zaczynałem łowić na spining – mówił – nie było tylu teoretyków wędkarstwa, ilu jest dzisiaj. Z własnej inicjatywy i według swojego pomysłu prowadziłem zapiski o pogodzie, z których jednak nic nie wynikało: nigdy nie powtórzyły się takie same warunki i takie same lub zbliżone wyniki połowów. Szybko zarzuciłem tę „naukową” praktykę i zacząłem łowić na pełnym luzie. Nad wodę wybierałem się wtedy, kiedy miałem na to ochotę, kiedy się chciałem zrelaksować. Przebywając gdzieś na pustkowiu, daleko od ludzi czułem się wyjątkowo uduchowiony, czasami miałem nawet wrażenie, że nawiązałem kontakt z Bogiem! Możesz to uznać za dziwactwo lub egzaltację, ale tak właśnie było. Jednocześnie moje wędkarskie wyniki, choć nie rekordowe, postawiły mnie w czołówce spiningistów mojego koła. A zważ, że to koło liczy prawie trzystu członków!

Tę niezłą passę przerwały problemy osobiste. Zaczęło mi się rozpadać małżeństwo. Żona okazywała mi jawną niechęć. Wędkarstwo z przyjemnego hobby stało się sposobem na ucieczkę z domu i pretekstem do przebywania w towarzystwie kolegów, często bardziej pasjonujących się nadużywaniem alkoholu niż łowieniem ryb. Na łowisku przebywałem tyle samo czasu co niegdyś, ale wyniki połowów osiągałem mizerne. Ten stan trwał przez kilka lat. Aż pewnego razu poznałem czarującą kobietę. Inteligentną, wykształconą i do tego niezwykle urodziwą. Niestety, była szczęśliwą żoną i matką. Mogłem jedynie o niej myśleć, upajać się wspomnieniem jej uroku. Przebywając na łowisku zacząłem zauważać także piękno przyrody. Podziwiałem malownicze zatoczki, przelatujące z jednego półwyspu na drugi kukułki, szybującą mi nad głową kanię czarną, pustułkę zawisającą wysoko nad koroną starej sosny…

Tyle piękna w jednej chwili! Na dodatek nie wiadomo skąd i dlaczego przyszły sukcesy. W ciągu dwóch lat złowiłem dwie szóstki, ósemkę i dziesiątkę. Na tym jeziorze był to wynik fenomenalny! W trzecim roku wyholowałem szesnastkę. Osiągnąłem to bez wysiłku, bez pogoni za rekordami, bez dużych kosztów, bez „naukowego” podejścia i bez spełnienia wielu rzekomo niezbędnych warunków. Te wszystkie szczupaki złowiłem na najzwyklejsze błystki wahadłowe, na łowiskach, w których łowili i dalej łowią wszyscy spiningiści mojego koła.

Liczyłeś zapewne na to, że zdradzę ci tajemnicę cudownej przynęty albo jakiegoś magicznego bajeru i pewnie znowu się rozczarowałeś? Mój przypadek zdaje się sugerować, że na wyniki wędkarza spiningisty duży wpływ ma jego stan psychiczny. W odróżnieniu od wielu „uczonych” wędkarzy nie upieram się jednak przy tym poglądzie, bo rzecz wydaje się nie do udowodnienia (przynajmniej na tym etapie wiedzy). Zapewne mnie przeżyjesz, doczekasz innych czasów, innego wędkarstwa i być może na wspomnienie mojego dzisiejszego wywodu uśmiechniesz się z pobłażaniem, ale prędzej czy później ogół wędkarzy przyzna rację mnie, a nie owym czarodziejom od wymyślnych przynęt. Zapewne pozostanie też grupka nieprzejednanych. Ci przeniosą się na wyznaczone zbiorniki obfitujące w ryby. Tam będą mogli zaspokajać swoją żądzę krwi, mięsa i laurów.

Kiedy skończył, zapytałem z powątpiewaniem: – Jaki wpływ na wyniki połowów może mieć psychiczna kondycja wędkarza? Nie widzę żadnego związku… – Taki sam – odpowiedział – jak niczym nieuzasadnione malowanie na błystkach kolorowych kresek i kropek i doczepianie do niej najróżniejszych dodatków na podobieństwo odpustowych kogucików!
Tą odpowiedzią mi zaimponował. Tak jak mówił przeżyłem go, doczekałem się „innego wędkarstwa”, ale wcale nie zamierzam się z niego śmiać. Za to śmieję się z wielu nawiedzonych wynalazców. A swoją drogą musisz przyznać, że spełnienie jego wizji nie wydaje się już tak odległe jak wtedy.

W tym momencie mój przyjaciel, spojrzawszy na zegarek, przerwał swoją opowieść, ja zaś na zakończenie naszego spotkania dodałem jeszcze: – Czy wiesz, że myślę podobnie jak twój były kolega i nauczyciel? – Wiem – odpowiedział wstając od stołu i przyjacielsko klepnął mnie po ramieniu. – Przecież znamy się jak łyse konie!

Andrzej Remlein

Poprzedni artykułPANI WSZĘDOBYLSKA
Następny artykułMORSKIE TĘCZAKI

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments