sobota, 22 stycznia, 2022
Strona główna Grunt TO BYŁA WYPRAWA CAŁKIEM NIEUDANA

TO BYŁA WYPRAWA CAŁKIEM NIEUDANA

Karpiarza spotyka wiele niespodzianek kiedy jest na dzikim łowisku. Po pierwsze samo łowisko jest nieprzewidywalne. Po drugie nigdy nie można przewidzieć w jaki sposób zachowają się koledzy po kiju, który na co dzień korzystają z tej wody. Po trzecie na karpie zasadza się przez co najmniej tydzień, a z tego faktu wynikają kolejne problemy. O jednym taki zdarzeniu….

Karpiarze, jak i inni wędkarze, też cierpią na chorobę, która objawia się ciągłym poszukiwaniem nowych łowisk. Z holmesowską dociekliwością oglądają zdjęcia innych karpiarzy, próbując dociec, gdzie też to zdjęcie ze złowionym okazem zostało zrobione. Sam zaś widoczny na fotografii okaz badają przez lupę, by po skórze, bliznach na niej i łuskach rozpoznać, czy czasem tej ryby nie widzieli już kiedyś na innym zdjęciu. Podejmują także różne inne starania, żeby dotrzeć do wody nieprzełowionej, a najlepiej takiej, na której żaden inny karpiarz nigdy się jeszcze nie zasadzał. Istnieje bowiem duże prawdopodobieństwo, że w takiej wodzie są karpie, które dorosły do monstrualnych rozmiarów. Przekonanie takie opiera się na dwóch przesłankach. Pierwsza: dużego karpia, ważącego ponad 20 kg, nikt nie wyciągnie, jeżeli się do tego wcześniej nie przysposobi. Druga: takie ryby z dziecinną łatwością omijają sieci. To słuszne wnioski, ale odnoszą się głównie do akwenów niewielkich. Z dużymi, takimi jak jeziora powyżej 200 ha
i zbiorniki zaporowe, jest inaczej. Są one trudne do przełowienia, a karpiarz spotka się tam z zupełnie innymi problemami.

Włocławski Zbiornik Zaporowy na Wiśle to ogrom wody ciągnący się przez kilkadziesiąt kilometrów od Płocka do Włocławka. Duże karpie są tu z całą pewnością. Nikt nimi Wisły nie zarybiał, ale sporo ich ucieka z tysięcy hodowli ulokowanych na dopływach tej wielkiej rzeki. Ci uciekinierzy, w miarę dorastania, przemieszczają się w kierunku większej wody. Sieciami trudno te karpie wyłowić, bo mają wiele kryjówek, np. w okolicach zalanego koryta rzeki. Żyją sobie w miarę spokojnie i miejsce pobytu zmieniają tylko wtedy, gdy to wynika z ich biologicznego kalendarza. Przed karpiarzem, który chce w takim zbiorniku łowić, stoi niełatwe zadanie. Musi się bowiem od wiarygodnego informatora dowiedzieć, w których miejscach już się ktoś zasadzał i z jakim wynikiem, gdzie jeszcze są w miarę dobre łowiska i jak się do nich dostać.

Na takie, a – jak się później okazało – również na inne problemy natknął się Faił Abdułajew.

O tym, że we włocławskim zalewie są duże karpie, dowiedział się od znajomego, który w Płocku prowadzi sklep wędkarski. Jak również o tym, że amatorów na nie jest niewielu. Uzyskał też pomoc w wyborze łowiska.

Zdecydował się na wschodni brzeg, ale kiedy tam dotarł, mina mu zrzedła. Do samej wody nigdzie tam dojechać nie można. Uniemożliwia to wysoka skarpa, lasy i zagajniki bez dróg oraz uprawne pola. Mimo to odwiedził kilka miejsc z przewodnikiem. Jedno z nich mu się spodobało. Kłopot polegał na tym, że aby tam dotrzeć, trzeba by jechać przez łąkę. Na szczęście gospodarz się na to zgodził. Inaczej Faił musiałby za każdym razem pokonywać na piechotę kilkaset metrów niosąc sprzęt, zanęty i wszelkie inne wyposażenie. Szczęście uśmiechnęło się do niego po raz drugi, bo droga przez łąkę była wprawdzie stroma i z dwoma ostrymi zakrętami, ale akurat sucha. Po deszczu nawet traktor nie dałby jej rady. Kiedy więc dojechał do brzegu, wśród mieszkańców pobliskiej wsi wywołał sensację. Jak długo sięgała ich pamięć, nikt tu jeszcze nie wędkował. Łowisko było obiecujące: płytka zatoka lekko wcinająca się w brzeg. O tej porze roku (jest koniec maja) karpie wpływają na takie płytkie rozgrzane wody, żeby się wytrzeć.

Faił i Paweł Sałata, który mu w tej wyprawie towarzyszył, trafili na łowisko około południa. Szybko napompowali ponton i kiedy jeden popłynął sondować dno, drugi zaczynał mieszać gotową zanętę i gotować kukurydzę, siemię lniane i groch. Było pogodnie i ciepło. Na pierwsze popołudniowe nęcenie poszło 15 kg zanęty (były w niej jeszcze kulki boilies i dwa kilo grochu). Wywieźli ją pontonem około 80 metrów od brzegu. Miejsce zaznaczyli dobrze widoczną bojką, żeby podczas donęcania procą było łatwo dostrzelić. Kiedy słońce kładło się na horyzoncie, obok bojki zobaczyli spławiającego się karpia. Zapowiadało się więc obiecująco, bo wyglądał na niemałą sztukę. Cóż z tego, kiedy w nocy przyszedł taki huragan i tak splątał wędki, że rano trzeba było stracić mnóstwo czasu, żeby je rozplątać. Ale czasu mieli jeszcze wiele, bo na wędkowanie przeznaczyli trzy noce i cztery dni. Wcale to jednak nie był koniec karpiowych przygód.

Od rana, po rozplątaniu wędek, zaczęło się ponowne nęcenie. W ciągu dnia w trzech turach trafiło do wody ponad 20 kg zanęty. Cały dzień wypełniło gotowanie kukurydzy, grochu i siemienia, mieszanie z sypką zanętą i rozgryzionymi na pół kulkami boilies (żeby ich prąd wody po dnie nie przesuwał). Trzeba też było przyjmować liczne wizyty chłopców z pobliskiej wsi.

Łowisko było płytkie, miało jakieś 120 cm. Wiedzieli, że duże, ostrożne ryby nie zapuszczą się tutaj w dzień. Faił liczył na późny wieczór albo noc. W nocy jednak zamiast karpi przypłynęli rybacy. Najpierw pytali o zezwolenia, potem się zdziwili, że ktoś tutaj łowi ryby, a na koniec zarzucili sieć w pobliżu bojki i kilkakrotnie przeciągnęli ją po dnie. Wyłowili trochę małych leszczy i okoni. Później się okazało, że to nie rybacy ze spółki “Sum” z Płocka, tylko… kłusownicy.

Kolejny dzień i noc bez brania. Za to dużo nęcenia. W wodzie było już ponad 80 kilo zanęty. Dopiero przed świtem Faił wyciągnął 8-kilowego karpia. No, coś się wreszcie ruszyło. Do wody trafia kolejna porcja zanęty z nadzieją, że dzisiejszego wieczora i w nocy podejdą duże ryby. Ale nie podeszły. Za to około południa znów przypłynęli rybacy. Tym razem prawdziwi. Z łódki wysnuwali, jakieś 150 metrów od brzegu, kilkusetmetrową sieć. Jej środek znalazł się równo na wysokości bojki oznaczającej miejsce nęcenia. Sieć na końcach miała liny, za które ciągnęli rybacy stojący już na brzegu. Dwóch za liny górne, dwaj pozostali wybierali linę dolną. Praca musiała być zgrana, żeby się sieć nie oderwała od dna, gdyż wtedy uciekłyby z niej ryby.
Trzeba było szybko zwijać wędki, bo inaczej zestawy wplątałyby się w sieć. Nie pozostawało nic innego, jak czekać na wyniki rybackiego połowu. Był bardzo obfity, nawet rybacy to przyznawali. Tak jak przewidywał Faił, karpi w sieci nie było. Bo w dzień – mówił – w tym łowisku nie ma prawa ich być. Za to znalazło się tam kilkadziesiąt jazi (najmniejszy miał 2 kg) i trochę leszczy. Wszystkie tłuste i w dobrej kondycji, bo dno zbiornika wyścielone jest ochotką. Było też kilka okoni i japońców.

Tak się zakończyła wyprawa Faiła Abdułajewa na duże karpie z włocławskiego zalewu. W rubryce strat trzeba zapisać cztery dni i trzy noce, kilkadziesiąt kilogramów drogiej zanęty, spore pieniądze wydane na dojazd i licencje. Po stronie korzyści figurują dwa doświadczenia. 1. Nawet w tak ogromnej wodzie można karpie zwabić i złowić, pod warunkiem że się wybierze odpowiednie miejsce i zastosuje właściwą zanętę. 2. Na łowisku wędkarz nie zawsze jest panem.

Wiesław Dębicki

Poprzedni artykułWOBLERY JAK Z BAJKI
Następny artykułWZDRĘGA SPOD BALONA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments