sobota, 29 stycznia, 2022

UDANY POCZĄTEK

Wprawdzie od biedy można było i tutaj popróbować szczęścia, ale mnie korciło zajrzeć do podmiejskich jeziorek, które znałem od najwcześniejszych lat mojego wędkowania.

Korzystając z pomyślnej pogody zacząłem już w końcu marca przepatrywać wody w okolicach Zawichostu. Wyglądałem miejsc, w których po zimowej przerwie mógłbym znowu zarzucić wędki. Nad Wisłą było ich jednak niewiele. Co niższe brzegi, a także główki, pokrywała jeszcze pozimowa woda, a stanowiska położone wyżej całymi dniami zajmowali już wędkarze zarówno miejscowi, jak i przyjezdni. Nie miałem im jednak czego zazdrościć, gdyż jeżeli coś od czasu do czasu wyciągali, to tylko białą drobnicę i wszędobylskie jazgarze. Być może dlatego, że miejsca te były zbyt już obtłuczone i co grubsze ryby omijały je z daleka. Poza tym zajmowane przez nich stanowiska były zupełnie odkryte i wystawione na porywiste przedwiosenne wiatry. Zimne jeszcze podmuchy przenikały nawet przez grube kurtki.

Wprawdzie od biedy można było i tutaj popróbować szczęścia, ale mnie korciło zajrzeć do podmiejskich jeziorek, które znałem od najwcześniejszych lat mojego wędkowania. Tam co prawda też przeważała drobnica, zwłaszcza żarłoczne okonie, ale były też szlachetniejsze ryby: liny, karasie, a nawet średniej wielkości szczupaki często biorące również na robaka. A tej wiosny na taką właśnie rybę szczególnie można było liczyć. Zima bowiem była stosunkowo lekka. Wisła w ogóle nie zamarzła, jeziorka zaś lód pokrył tylko raz i to na krótko, a był tak cienki, że nie utrzymałby ciężaru kłusownika, gdyby ten zechciał swoim zwyczajem grabić rybę z niezbyt głębokiej wody podrywką lub nawet drygawicą. Nie wystąpiła też zimowa przyducha. Ryb więc nic przez te zimowe miesiące nie ubyło, a te, które tam żyły, z pewnością nieco przecież podrosły.

Ruszyłem więc któregoś kwietniowego popołudnia w kierunku Winiar omijając leżące na skraju nadwiślańskiej kępy jeziorka, gdyż woda w nich jeszcze należycie nie opadła i nawet przybrzeżne zarośla były zalane. Zatrzymałem się dopiero przy przedostatnim, ósmym z kolei, które mi się najbardziej spodobało, a przy tym już od lat miało u mnie dobrą markę. Przeważająca część brzegu była wprawdzie jeszcze pod wodą, ale dość spory jego kawał od strony południowej stanowiło łagodne wzniesienie, pokryte grzywą zeszłorocznych, zeschłych traw. Można było zająć na nim niezłe stanowisko, co też niezwłocznie uczyniłem, po czym zacząłem szykować obie moje spławikówki do postawienia.

Jeziorko to, zwane potocznie przez wędkarzy płytkim dołem, było rzeczywiście dość płytkie, gdyż tylko od strony północnej miało do jednego metra głębokości, natomiast tu, gdzie się zatrzymałem, nie więcej niż 70 centymetrów, a więc w sam raz na lina. Dodatkową zaletą tego miejsca były rosnące na płyciźnie kępki sitowia, pomiędzy którymi z pewnością krążyły ryby, o czym świadczyło lekkie drganie poszczególnych łodyg.

Zgodnie z przewidywaniami na brania nie musiałem długo czekać, nastąpiły one już w kilka minut po postawieniu wędek. Nie zapowiadały jednak ryb godnych uwagi, gdyż były ostre i przerywane. Po zacięciu wyciągałem jeśli nie płoć lub krasnopiórę, to okonia nie dłuższego niż dłoń i wszystko to wyrzucałem z powrotem do wody.

Dopiero przed zmrokiem nastąpiło wreszcie branie, jakiego oczekiwałem. Jeden z moich spławików zaczął najpierw drobniutko podrygiwać w miejscu, a po dłuższej chwili ruszył z miejsca między kępki szuwarów przynurzając się stopniowo, aż zupełnie znikł pod wodą na granicy zasięgu mojej wędki. Zaciąłem więc jak należy i poczułem wreszcie tak dobrze znany mi od lat, obiecujący opór. Na końcu wędki się zakotłowało, a potem złowiona ryba, burząc wodę, zaczęła się zbliżać z pluskiem w zakosach do brzegu, na który szczęśliwie wyholowałem złocistego lina, długiego na jakieś 55 centymetrów.

Narobił on w wodzie sporo hałasu i włażąca mi poprzednio na haczyk drobnica się wypłoszyła. Za to oczekiwane przeze mnie liny zaczęły brać coraz częściej. Gdy o szarej godzinie, zwinąwszy wędki, ruszyłem do domu, niosłem w siatce cztery dorodne sztuki. Do tego trzeba jeszcze doliczyć dwa mniejsze linki, które wypuściłem. Tak udany połów to dobra wróżba na początek nowego sezonu.

Michał Starzyk

Poprzedni artykułZNIEWIEŚCIAŁE SAMCE
Następny artykułNA JAZIE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments