poniedziałek, 28 listopada, 2022
Strona główna Grunt ZA GRĄŻELAMI

ZA GRĄŻELAMI

Moim karpiowym łowiskiem są nadodrzańskie starorzecza, gdzie trudno o miejsce, które można by długo i regularnie nęcić. Dlatego zacząłem szukać ryb tam, gdzie inni wędkarze nie zaglądają. Znalazłem je za grążelami. Są to znane żerowiska ryb, ale nikt tam nie łowi, bo wszyscy się boją, że na mocnych łodygach grzybieni pozrywają zestawy.

Karpie z odrzańskich starorzeczy zaczynają dobrze brać, gdy woda osiągnie 10 st. C. Zwykle przypada to na połowę maja. Po kilku słonecznych dniach z temperaturą powietrza wynoszącą 17 – 18 st. karpie w poszukiwaniu pożywienia wychodzą w nocy na nadbrzeżne płycizny. Ten pomyślny dla wędkarzy okres trwa do połowy czerwca, ale może się przeciągnąć do końca miesiąca. W lipcu jest gorzej. W ciepłej wodzie karpie mają mnóstwo pokarmu naturalnego, który odpowiada im bardziej niż kukurydza albo proteinowe kulki. Dobre brania wracają w sierpniu i trwają do pierwszych przymrozków. Największe sztuki biorą jesienią.

Karpie żerują najlepiej, kiedy przez dwa – trzy dni utrzymuje się ciśnienie 1000 – 1020 hPa. W takich warunkach na regularnie nęconym łowisku powinno być w ciągu nocy przynajmniej kilka brań. Niewielki wzrost lub spadek ciśnienia karpiom nie przeszkadza, ale na gwałtowne zmiany są bardzo wrażliwe i przestają wtedy żerować. Spadek liczby brań można też zauważyć w czasie pełni. Podczas innych faz Księżyca wyniki nie odbiegają od normy.

Tam, gdzie wędkarzy wielu, duże karpie są ostrożne i nieufne. Bardzo łatwo je spłoszyć. Kiedyś na zmianę z kolegą łowiliśmy karpie w jednym miejscu przez cały miesiąc. Plonem każdej zasiadki były dwie – trzy sztuki. Brania się skończyły, kiedy na cyplu oddalonym o 150 metrów rozbił namiot inny wędkarz. Musieliśmy się przenieść, ale w poprzednim miejscu nadal sypaliśmy zanętę i od czasu do czasu próbowaliśmy łowić. Jednak karpie znów zaczęły brać dopiero wtedy, gdy cypel opustoszał.

Moje łowiska znajdują się blisko brzegu. Dlatego gdy wybieram stanowisko, zwracam uwagę przede wszystkim na to, czy jest odosobnione. Karp lubi spokój i w pobliżu nikt nie powinien się kręcić. W wodzie głos rozchodzi się o wiele lepiej niż w powietrzu. Wystarczy, że w nocy w pobliżu przejedzie samochód albo ktoś przyjdzie pogadać – do rana brań już nie będzie.

Wybór łowiska trzeba poprzedzić obserwacjami. Nim zaczniemy nęcić, musimy mieć pewność, że karpie w ogóle się tam pokazują. Najłatwiej się o tym przekonać na przełomie dnia i nocy, bo wtedy się spławiają. Dno łowiska powinno być piaszczyste lub pokryte cienką warstwą mułu. Jeśli będzie zbyt miękkie, to zanęta ugrzęźnie i ryby jej nie znajdą. Dno pokryte żwirem lub kamieniami karpi nie przyciąga, bo mało tam jest larw, robaków i innych żyjątek. Charakter dna sprawdzam przeciągając po nim koszyczek zanętowy. Po piasku idzie lekko, a na kamieniach podskakuje. Z mułu wychodzi z lekkim oporem, a na siatce zostają ślady błota.

Miejsca za grążelami to naturalne żerowiska karpi, ale bez regularnego nęcenia nawet tam trudno liczyć na dobre wyniki. Zawsze przygotowuję dwa stanowiska. To drugie, rezerwowe, się przyda, kiedy brania zaczną słabnąć, co najczęściej następuje po 2 – 3 tygodniach. Do wstępnego nęcenia używam kukurydzy. Nigdy jednak nie nęcę surowymi ziarnami. Zalewam je wrzątkiem i tak zostawiam, aż ostygną. Sparzone ziarna bardziej karpiom smakują, więc chętniej wracają w nęcone łowisko. Przy okazji można kukurydzę słodzić i aromatyzować, żeby przyzwyczaić karpie do jednego smaku i zapachu.

Trzeba uważać, żeby ziarna przeznaczone do nęcenia nie były zbyt miękkie ani popękane, bo szybciej od karpi zainteresują się nimi płocie, leszcze, a nawet byczki. W wybrane miejsce wsypuję co dzień 1,5 kg podgotowanej kukurydzy. Łowić można już po tygodniu, ale pośpiech nie jest wskazany. Dobre wyniki przychodzą dopiero po trzech tygodniach. Kiedy zaczynam łowić, przechodzę na nęcenie kulkami proteinowymi, bo w taką zanętę wchodzą większe karpie niż w kukurydzę. Codziennie wrzucam 100 – 150 kulek o średnicy 18 mm. Łowisko rezerwowe nadal nęcę kukurydzą.

Kukurydzę przeznaczoną na przynętę trzeba cały dzień moczyć w wodzie. Można do niej dodać aromatu i barwnika, a także osłodzić ją miodem lub cukrem. Z tym jednak należy uważać, żeby nie przedobrzyć. Woda powinna być jak lekko osłodzona herbata. Na bardzo słodką kukurydzę częściej od karpi biorą leszcze i duże płocie. Namoczoną kukurydzę gotuję przez godzinę. W miarę jak wody ubywa, ziarna zaczynają pękać. Właśnie one są najlepsze na haczyk, bo karpie bardzo je lubią. Kulki i kukurydza nie powinny się kolorem odcinać od dna, bo w płytkich łowiskach będą je wyjadać wodne ptaki. Jeżeli łowimy blisko grążeli, przynęty mogą być zielone, a jeśli nieco dalej, to jasnobrązowe (taki kolor daje miód).

Zawsze łowię na dwie różne przynęty. Na jednej wędce mam kukurydzę, na drugiej kulki. Na kukurydzę jest więcej brań, ale na kulki biorą większe karpie.

Kulki proteinowe robię z prostych składników, dostępnych w każdym sklepie spożywczym. W ich skład wchodzi mleko w proszku, mąka kukurydziana, mąka pszenna, mączka sojowa, miód, jajka i cynamon jako aromat. Nigdy nie łączę dwóch zapachów, żeby nie mieszać karpiom w głowach. Mają się przyzwyczajać do jednego, zawsze tego samego. W wodzie kulki nie mogą mięknąć, bo wtedy będą na nie brać leszcze lub inne białe ryby.

Karp zaraz po zacięciu idzie w zawady, dlatego zestaw do łowienia blisko grążeli musi być bardzo mocny. Żyłka nie może mieć mniej niż 0,30 mm. Zrezygnowałem z przyponu i haczyk wiążę bezpośrednio do żyłki głównej. Dzięki temu zredukowałem ilość węzłów, które są najsłabszym punktem zestawu. Obciążeniem jest ciężarek w kształcie kropli z krętlikiem, umieszczony przelotowo na żyłce. Najczęściej łowię blisko brzegu, więc 10-gramowy ciężarek wystarcza, by zestaw zarzucać i utrzymać w jednym miejscu. Włos robię z żyłki, której średnica zależy od wagi przynęty. Do kukurydzy wystarczy 0,08, ale do kulek musi być 0,10 mm.

Cieńsze przy energicznym wyrzucie mogą pękać. Włos powinien być krótki, żeby przynęta była oddalona od haczyka najwyżej o 0,5 cm. Przy dłuższym włosie jest dużo pustych brań. Do blokowania przynęt najlepsze są stopery naturalne. Trawa jest za słaba i może nie wytrzymać w czasie gwałtownego brania, ale świetne są kolce dzikiej róży, bo nie miękną w wodzie nawet po bardzo długim czasie.
Po zarzuceniu nigdy nie ściągam zestawu po to, żeby go wyprostować. W czasie przesuwania po dnie haczyk może się wbić w jakiś patyk albo liść i na tak udekorowaną przynętę karp już nie weźmie. Zestaw zostawiam tak jak wpadł do wody. Podciągam tylko delikatnie żyłkę, a napina ją ciężar sygnalizatora.

Kazimierz Groń
Wrocław

Poprzedni artykułRYBY Z KOMPASEM
Następny artykułO ŚWICIE I O ZMIERZCHU

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments