wtorek, 28 czerwca, 2022
Strona główna Grunt NAJPIERW SMAK, PÓŹNIEJ ZAPACH

NAJPIERW SMAK, PÓŹNIEJ ZAPACH

Łowienie karpi to u nas w Brzeszczach koło Oświęcimia niemal tradycja. Jest ich dużo. Pływają w niezliczonej ilości glinianek, wyrobisk żwiru i stawach, które zawsze były nimi zarybiane.

Kilkanaście lat temu zacząłem łowić karpie na kulki proteinowe. Było wówczas trudno o łowne kulki. Kto takie miał, był nie lada szczęściarzem, bo duże ryby miał jak w banku.

Wtedy liczyły się tylko kulki sprowadzane z zagranicy. Krajowe bardzo im ustępowały. Kulki rodzimych producentów w porównaniu z zachodnimi miały skuteczność jak jeden do stu. Jeśli chciałem mieć wyniki, kulki wysokoproteinowe musiałem sprowadzać z Niemiec. Były bardzo drogie, trudne do zdobycia, ale nieporównanie łowniejsze od krajowych.

Właśnie z tamtych czasów notuję pierwsze swoje doświadczenia we własnoręcznym robieniu kulek. Zaczęło się od tego, że znajomi przywieźli mi z Niemiec kulki i miks z przepisem, jak go wykorzystać. Wyszły o wiele taniej niż gotowe kulki z tej samej firmy. Wyniki jednak miałem gorsze niż na gotowe kulki.

Tu miałem pierwszą naukę, że kulka kulce nierówna. Zacząłem więc eksperymentować. Znalazłem w gazecie przepis – to był pierwszy krok. Poznałem podstawowe składniki, z których kulki są robione, tak zwaną bazę. Kolejne nauki związane były z dodatkami, smakami, zapachami. Po prostu eksperymentowałem. Robiłem partię kulek na określonych składnikach i łowiłem nimi sam, ale rozdawałem też znajomym i czekałem na wyniki cudzych doświadczeń. Robiłem kolejną partię kulek, już z innymi składnikami, następną, i tak dalej. Wyniki swoje i znajomych sumowałem i zapisywałem. Stopniowo dochodziłem do konkretnych wniosków na podstawie coraz to bogatszych kuchennych doświadczeń.

Dużo eksperymentowałem ze składem kulek, żeby wyeliminować przypadki. Ja i moi znajomi na jedne kulki mieliśmy więcej brań niż na inne. Oceniałem, że skoro karp przy pobieraniu pokarmu przede wszystkim kieruje się węchem, eksperymentowałem więc głównie z zapachami. Po kilkunastu latach doświadczeń mogę powiedzieć, że była to ślepa uliczka. Najważniejszy bowiem jest skład kulki, dokładniej mówiąc – jakość produktów, z jakich została wykonana.

Sam zapach, na który wielu z nas zwraca uwagę, nie ma tak dużego znaczenia. Dbają o niego firmy, produkujące kulki proteinowe, dzięki czemu nieustannie rozszerzają ofertę. Koło się kręci: kiedyś były kulki proteinowe tylko o zapachu owocowym, później pojawiły się pachnące mięsem lub owocami morza, następnie różne kombinacje tych zapachów, w sumie kilkadziesiąt. A naprawdę najważniejszy jest skład kulki i jakość użytych składników do jej wyprodukowania. Zapach ma znaczenie, ale w porównaniu ze składem kulki jest dopiero na dziesiątym miejscu. Używam niewielu aromatów do produkcji kulek, przeważnie sprawdzonych, takich jak anyż, czosnek, cynamon, róża, pomarańcza. Za bardzo dobry uważam nowy zapach wątroby z miodem.

W ogóle zapachy są skuteczne pod warunkiem, że nie są syntetyczne. Te, których używam w swoich kulkach, sprowadzam z Włoch. Robią je tam kapucyni. Są to naturalne wyciągi, bardzo skondensowane, bo jeden milimetr z niewielkiej buteleczki wystarcza na kilogram miksu.

Dowiedziałem się o nich przypadkowo. Kilka lat temu we Włoszech poznałem tamtejszego wędkarza. Podczas rozmowy okazało się, że obaj lubimy łowić karpie. Od razu zostaliśmy kolegami. Pasquale, mój nowy znajomy, był kiedyś jednym z najbardziej znanych włoskich karpiarzy. Od kilku lat już nie startuje w zawodach, przestał pisać do włoskich wędkarskich gazet, ale wiedzę o karpiach ma ogromną. Dużo się od niego nauczyłem.

Pasquale ma nieduży staw, w którym pływa trochę dużych karpi, takich między 10 a 15 kg wagi. To jego poletko doświadczalne. Karmi te karpie i obserwuje, jak reagują na różny pokarm. Pokazał mi, jak działają na nie konserwanty. Po prostu karpie z daleka omijają kulki z konserwantami. Używa więc tylko naturalnych zapachów, produkowanych właśnie przez kapucynów.

Wiele razy obserwowałem, jak karmił karpie kulkami swojej produkcji i kupowanymi w sklepie. Kulki robione przez Pasquale małe i duże karpie jadły bez przerwy. Natomiast firmowe kulki karpie mniejsze jadły zwykle pierwszego dnia, czasami tylko w drugi dzień, a bywało, że w ogóle ich nie ruszały. Największe karpie jadły firmowe kulki, ale bardzo mało i tylko w pierwszym dniu. Są dwie przyczyny takiego zachowania karpi – to konserwanty i syntetyczne zapachy.

Najłatwiej poradzić sobie z konserwantami, będącymi w spożywczych produktach, z których robi się kulki. Przy kupowaniu takich składników jak jajka, mąka, mleko w proszku, kazeina można wybrać świeże i takie, które mają bardzo krótki okres przydatności do spożycia. Gorzej ze znalezieniem naturalnych zapachów, ale warto się temu poświęcić, bo gra warta świeczki.

Konserwanty przedłużają żywotność kulek, ale i bez nich można zrobić trwałe kulki. Pasquale trwałość kulek osiąga w taki sposób, że długo je suszy. Robię tak samo. Po ugotowaniu suszę kulki przez siedem do dziesięciu dni. Najpierw w piekarniku, później na słońcu. Często je przekładam, żeby z każdej strony odprowadziły z siebie wilgoć. Wieszam je następnie w przewiewnym miejscu, w woreczku przepuszczającym powietrze. Kulek robię tyle, żeby wystarczyło mi ich na kilka tygodni, a w taki sposób przygotowywane kulki nie spleśnieją. Traci się na to dużo energii, gazu i prądu, jest też pracochłonne. Może prościej byłoby dosypać jakiegoś proszku, żeby kulki nie pleśniały. Kulka byłaby wtedy miękka, ale z konserwantem, który karpie tak łatwo wyczuwają.

Bazą moich kulek jest mąka sojowa i kukurydziana, dodaję też mleko w proszku dla niemowląt, bo ma najwięcej białka. Ważną częścią są składniki wysokobiałkowe. Najlepsze jest naturalne białko zwierzęce, do masy kulkowej dodaję więc larwy ochotki, wodzienie, artemie, małże mielone razem ze skorupą. Cenię też sobie – karpie również – jako dodatek płynny pokarmy dla ludzi chorych, niemogących jeść stałego pożywienia. Dodaję też pokarm dla żółwi, gołębi lub dla psów. Oczywiście nie zapominam o składnikach przyspieszających trawienie, takich jak mielone konopie i zioła oregano lub anyż.

Kulki robię na zamówienie, pod konkretny akwen. Zanim sprzedam pierwszą partię, staram się dowiedzieć jak najwięcej o łowisku. Ważny jest dla mnie rodzaj dna. Jest to istotne dlatego, że w mule są ochotki, a na twardym raki i racicznice. Wiedząc to, domyślam się, co jedzą karpie, i dopasowuję skład kulek do łowiska. Na przykład w tym roku, pod koniec kwietnia, pojechałem z kolegą nad niewielkie jeziorko koło Świebodzina. Mieliśmy zapas przeróżnych kulek, ale przez pierwsze dni nie było brania, choć karpie pokazywały się w łowisku. Jak zawsze na długie zasiadki, obowiązkowo zabrałem miks do robienia kulek. W tym łowisku było bardzo dużo racicznic. Zmęłliśmy je bez skorup, dodaliśmy do miksu i od razu zaczęły się brania. Złowiliśmy kilka karpi ważących od 13 kilogramów w górę.

Na łowiska, gdzie jest dużo raków, dobrze dodać do kulek ich zmielone mięso. Ale pamiętać też trzeba, że na liczbę brań wpływ ma wielkość kulek. Tam, gdzie jest przewaga ochotki i racicznic, kulki mogą być niewielkie, ale w łowiskach, gdzie jest dużo raków, kulki obowiązkowo muszą być duże, po 25-30 mm średnicy, i bardzo twarde. Jeżeli wiem, że klient łowi w miejscach, gdzie dno pokrywa roślinność, robię dla niego kulki pływające i radzę, żeby stosował na przynętę tak zwanego bałwanka. Na włosie kulka tonąca na dole i pływająca u góry. Jeżeli taki system jest na karpia, to kulka tonąca powinna dotykać dna, a jeżeli jest przeznaczony na amura, powinna pływać 5-7 cm nad dnem.

Długość nęcenia zależy od wody. Na dużej wodzie trzeba nęcić przez cztery do siedmiu dni. Na pierwszy dzień nęcenia poza kulkami do wody powinny też pójść kulki zmieszane pół na pół z gotowaną kukurydzą. Na pewno pierwsze na łowisko trafią małe karpie. To dobrze, bo żerując, wydzielają jakiś zapach, który przyciąga większe sztuki.

Żeby złowić karpia, trzeba dobrze rozeznać łowisko, bo ryby te mają miejsca lepsze i gorsze. By znaleźć najlepsze łowisko, trzeba dobrze wysondować dno. Najlepiej zagarnąć z niego trochę materii, wejść do wody i sprawdzić dno. Jeśli dno ma lekki namuł, w którym jest ochotka, są też jakieś ślimaki, a podłoże jest twarde, to w takim miejscu należy sypać zanętę. Karpie na pewno przyjdą.

Polecam mało znany, a bardzo skuteczny sposób układania zanęty. Kulki rozsypuje się po kole. Pierwsze koło ma pięć metrów średnicy, rozsypać w nim należy około dwustu kulek. Na drugie koło po obręczy dziesięciu metrów sypię tyle samo kulek. Ponieważ jednak są na większej powierzchni, to na dnie leżą rzadziej. Wreszcie trzecie koło i znowu tyle samo kulek, ale te są już bardzo rzadko. Wystarcza to jednak, by naprowadziły karpie na zestawy. Najwięcej brań jest w centralnym kole, w miejscu, w którym od kulek było najgęściej. Największe karpie biorą na obrzeżu centralnego okręgu, gdzie warstwa namułu jest najgrubsza.

Zupełnie inaczej układa się zanętę, kiedy w okolicy łowiska są zaczepy. Karpie w tych zaczepach mają schronienie, z którego wypływają tylko na czas żerowania. Wyszukuję więc w okolicy tych podwodnych przeszkód, którymi są na przykład zatopione drzewa, jakieś półki, górki podwodne, i na ich powierzchnię wysypuję gros zanęty, a do nich od zaczepów usypuję ścieżki z kulek. Część tych kulek kruszę, żeby smak produktów lepiej się z nich wydobywał. Kulki kruszę do czasu, zanim nie złowię kilka pierwszych karpi, później nęcę całymi kulkami. Karpie już nauczyły się ich smaku, a to mnie i im wystarcza.

O kulkach należy jeszcze wiedzieć to, że do dłuższego nęcenia używa się kulek zrobionych z bardzo drobno zmielonych składników, bo takie najdłużej się rozpuszczają.

Bardzo częstym przyłowem do karpi są amury. Czasami tak zdominują łowisko, że o karpiu można tylko pomarzyć. Wtedy warto łowić na kulki, w których dominującym objętościowo składnikiem będzie suszona trawa albo sproszkowane owoce, na przykład truskawki lub banany.

Damian Obłąk
Brzeszcze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments